Reklama
Bez kategorii (107)
Przez bezdroża za marzeniami. Arctic Circle Trail – adres fascynującej wyprawy
Napisał Wojciech Szota
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część II
Słychać wzmagający się szum. Szlak przez bezdroża tonie w strugach deszczu. To drugi tak ulewny dzień. Grupa wędrowców wytrwale brnie dalej po grząskim podłożu. Na twarzy jednej z dziewczyn widać już wielkie znużenie i ogromną desperację. - I kolejna migawka filmu: świetlista tafla błękitnego jeziora, czysta i nieskazitelna, niezmącona najmniejszą falą. Niczym magiczne lustro. Na nim płynące łódki kanu z wioślarzami. Dystans na dziś: 19,7 km. Ujęcie się zmienia. Widać mozolną przeprawę piechurów przez rwący nurt rzeki. Ostrożnie i powoli stawiają kroki na nierównym gruncie, pośród rzecznych kamieni. Uwagę natychmiast przykuwają szczupłe, drobne kobiety, z potężnymi plecakami, które – momentami – wydają się znacznie przewyższać rozmiarami swoje właścicielki.
Bezkres i cisza
Co jest tak fantastyczne? Bezkres i ta przejmująca cisza! Na Grenlandii, idąc przez 160 km, nie widzieliście żadnego domu, samochodu, samolotu, torów kolejowych. Dlatego jest pięknie! Bo to Natura, która nie została przekształcona przez człowieka – mówił Mateusz Albrycht, z zawodu leśnik, pasjonat Natury, ornitologii i podróży, prezentując młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej, nagrania i slajdy z arktycznej letniej wyprawy, uderzająco „inne” od klasycznych wakacyjnych wspomnień. Zniewalający horyzont, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
- Szliśmy dwunastoosobową ekipą, siedem pań i pięciu panów. I one też niosły, tak samo jak my, 20-kilogramowe plecaki. Bo tam były: ubrania, śpiwory, jedzenie, wszystko – słychać wyjaśnienia. - Najciekawsze mieliśmy przeprawy przez rzeki, było ich z dziesięć. Najwięcej wody – po pas, rwące potoki. Woda sakramencko zimna. Gdy zrobiliście krok do wody, od razu było czuć, jak wam się wbijają takie igiełki w stopy. Ale niestety, jak tego nie przejdziesz, dalej nie idziesz. To zakładasz buty, ja miałem kroksy, ktoś sandały i powolutku brniesz przez wodę. Największym problemem na szlaku nie były wysokie podejścia i zejścia, ale to, że tam jest cały czas mokro, torf i bagno. Trzeba, na nierównym terenie, ciągle się przedzierać w wodzie po kolana. Jak sobie poradziłem? Eksperymentalnie, kupiłem skarpetki z membraną, nieprzemakające. I to był strzał w dziesiątkę! Kurtki przeciwdeszczowe - 8 godzin opadów i jej nie ma, człowiek cały mokry. Buty przemoczone po dwóch dniach, a skarpetki nie przemokły przez cały wyjazd.
Dwa dni spaliśmy w takim domku – na prezentacji widać pustkowie i mały niepozorny czerwony budynek. - Gdy Inuici jeżdżą swoimi zaprzęgami, myśliwi, jak polują, to się tam zatrzymują. Głównie jednak nocowaliśmy w namiotach, śpiwór musiał być do temperatur minusowych, bo nocą dwa razy mieliśmy do – 5 stopni. A tu nasze śniadanko w postaci jajecznicy… w proszku. - Na filmie oglądamy podręczną kuchnię polową i krzątające się wokół niej osoby. - Tak sobie gotowaliśmy, mamy kuchenkę, garnuszek, rozrabiamy wodę, zalewamy i jemy. Mieliśmy dużo orzechów, batonów smakowych, liofilizaty, elektrolity, energetyczne wysokotłuszczowe racje kryzysowe. To nasza porcja żywieniowa, musieliśmy jeść ok. 3,5 - 3,8 tys. kalorii dziennie, spalaliśmy 6 300 kalorii, a więc cały czas był deficyt, wróciłem 10 kg lżejszy.
Przeszliśmy 145 km na nogach, ok. 20 km dziennie i 19 km przepłynęliśmy kanu. Zeszło nam 9 dni marszu, mieliśmy 3 dni zapasu trasy, ale wykorzystaliśmy tylko jeden z nich. Podróż była wymagająca, najpierw z Polski trzeba się dostać do Danii, do Kopenhagi. Dopiero stamtąd dotarliśmy do Nuuk, stolicy Grenlandii, potem do Sisimiut, gdzie zaczynał się szlak: Arctic Circle Trail. On ma długość165 km, łączy miejscowości Kangerlussuaq z Sisimiut – tłumaczy podróżnik. - To jedna z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która wiedzie przez dzikie krajobrazy Grenlandii. Rocznie przemierza ją tylko ok. 1500 osób z całego świata, ale dzięki temu spokojnie można podziwiać to piękno dookoła. Dlatego wybrałem ten kierunek. Moim marzeniem z dzieciństwa było, aby zobaczyć tę niedostępną krainę, i „Eskimosa” też. Poza tym, fascynuje mnie bezkresna przestrzeń, dzika przyroda, pociąga przygoda i trudność takiej wyprawy oraz brak turystycznych tłumów dookoła. I jest oczywiście jeszcze miłość do lodowców, które uważam za najpiękniejsze oblicze Natury.
Ten szlak przebiega przez obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, który od ponad 4200 lat, jest ważnym terenem łowieckim Inuitów, rdzennych mieszkańców. Zaczyna się on od jednego wybrzeża i dochodzi do lądolodu, pokrywającego 80% tej wyspy. Byliśmy tam w lipcu, czyli mieliśmy dzień polarny, nigdy nie było ciemno. Białe noce i cały czas słońce. To było dla nas bardzo dobre, bo szlak jest bardzo trudny, pogoda też, i ciężka do przewidzenia. Trasa nie jest dobrze oznaczona, szliśmy po GPS-e. Trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania terenowe. Na naszym szlaku były nie tylko bagna, rozlewiska, ale i rwące potoki, bo bardziej zaczęły się topić lodowce.
Na filmie widać surową scenerię i stado psów ciągnących sanie. - Tak wygląda zaprzęg zimowy, one ciągną sanie z Inuitem, obłożony jest tymi futrami. Dużo widzieliśmy sań rozbitych na trasie. Wypadki też się zdarzają. I psy tam nie mieszkają w domach. Jeśli rodzina ma sforę 12–15 osobników, które ciągną zimą zaprzęg, to trzymane są dalej od domu, bo szczekają, wyją, przenoszą choroby. O, widzicie te przestrzenie, możecie patrzeć i patrzeć... tylko przyroda i przestrzeń – na fotografiach widać rozległy bezkres, pełen intensywnych barw, a w tle domek i jezioro. - Mieszkaliśmy nad tym jeziorem i w nim się kąpaliśmy. I jeśli ktoś nie lubi zimnej wody, to kąpiel w tym jeziorze była... no tragicznie ciężka. Było strasznie zimno. Szło się przyzwyczaić, potem, jak już się wychodziło, było ciepło, i można było – jak tu zaprezentowany Kuba – chodzić w samych bokserkach i nie było problemu.
Jak jednak widać po osobach słuchających, które aż się otrzepują na myśl o tej „kąpieli”, pewien problem by jednak mógł być…
Urocza lodówka i święty nur z horrorów
- Tu mieliśmy niespodziankę przy przeprawie – prelegent zatrzymuje się przy kolejnej fotografii, na której można dostrzec piechura, który walczy z wyjątkowo niegościnnym podłożem. - W dolinie, po zimie, rzeka wylała, pozostawiając po sobie bagna. I mogę powiedzieć, że te oblepione buty ważyły nam 10 kg więcej. Potem, pojawiały się kolejne slajdy z niezwykłymi krajobrazami, wędrowcami pośród dziewiczej Natury i ryzykownymi ścieżkami.
- A to już lodówka – mówi pan Mateusz do młodzieży, prezentując – ku pewnej konsternacji widowni – zdjęcie… kaczki. One w Polsce pokazują się w okresie zimowym, tam można je było zobaczyć w miejscu lęgowym, w ich naturalnym środowisku. - Lodówka wygląda uroczo. W ciemnym tonie, z małą wdzięczną główką i krótkim dziobem.
- To śpiący w scenerii arktycznej szlachar – na fotografii widać też kaczkę, ale tym razem w wersji… rockowej, z irokezem na głowie. - Ona ma taki piłkowany dziobek, który umożliwia jej łapanie małych ryb. W Polsce występują przelotnie, na Pomorzu. To zaś wełnianka, roślina typowo związana z bagnami.
Tu, odziana w letnią brązową szatę, bo zimą jest w kolorze śniegu – pardwa górska. Jak się przystosowała do życia na Grenlandii? Nie ucieka, bo nie umie szybko latać, a więc… zapada w bezruch, zlewa się z tłem i trudno ją wypatrzeć. To zaś zając – bielak – tak samo jak pardwa zmienia kolor, latem jest brązowy, a zimą biały. A tu mamy, przeskakującą białorzytkę, występuje też w Polsce, tam dość popularna. - Na zdjęciu widać nieduży skrzydlaty okaz z wpadającym w oko, efektownym białym… kuprem.
(Dodać tu należy, że ten ptak jest dobrze znany miłośnikom... języka polskiego. To jeden z „solistów”, reprezentujący „trio ortograficzne” na narodowym dyktandzie, w składzie: białorzytka – gżegżółka (dawna nazwa kukułki) – kszyk (bekas). Uwaga! Istnieje też forma Grzegrzółki – to miejscowość na Pojezierzu Mazurskim – przyp. red.).
To zaś ptak dalekiej tundry, polował na komary, które żyły sobie w tych jeziorkach, w Polsce też spotykany na przelotach – Płatkonóg szydłodzioby. - Okaz bardzo ciekawy, bo to samica ma bardziej kolorowe ubarwienie od samca, a zazwyczaj jest na odwrót. Co więcej, samica składa jaja, ale to samiec musi je wysiadywać.
Hmm… I proszę, niby biegun, a równouprawnienie też dotarło…
- A to? Co może żyć na Grenlandii i tak wyglądać? – pada pytanie do sali.
- To łoś – słychać nieśmiało.
- To karibu, duże zwierzę, podobne do naszego jelenia, łosia. Tam się na nie poluje. - A to, co wam przypomina? Wśród młodzieży spora dezorientacja. - Na fotografii widać taką pomniejszą wersję polskiego żubra, ale na hipisowską modłę, z długim włosem, sierścią. - To wół piżmowy – objaśnia pan Mateusz. - Typowy ssak żyjący w Arktyce, jego skóra, futro, jest bardzo ciepłe, a więc często używane przez Inuitów, np. jako koce w saniach.
- A tu przepiękny ptak – nur lodowiec – arktyczny gatunek, w Polsce rzadko spotykany, to typowa szata godowa samca, tam można było je obserwować. Najpiękniejsze co jest w całej Arktyce to, że jest tam niezwykle cicho, żadnego zanieczyszczenia hałasem. Nikt nie trąbił, brak warczących silników, głośnej muzyki. Było tak cicho, że…w uszach, aż piszczy z tej ciszy. A jedyny głos, przenikający na wskroś Arktykę, to był głos nurów lodowców, naprawdę… spektakularny.
Istotnie, każdy, kto posłucha dźwięków, jakie wydaje nur, potwierdzi, że są one… kosmiczne. To zjawiskowy, metafizyczny święty ptak rodem z… horrorów. Raz usłyszany, pozostaje niezapomniany. Jego głos przyprawia o dreszcze, bo potrafi zawodzić jękliwie, pohukiwać, jodłować, a nawet… chichotać. Przez plemiona znad Jeniseju był uznawany za świętego, bo to właśnie on w czasie potopu miał wydobyć z toni błoto, które stało się początkiem lądów. Ptak szamanów. Skrzydlaty bohater powieści mrożących krew w żyłach, jak horrory Stephana Kinga, gdzie jego nieziemski głos idealnie buduje atmosferę grozy. Świetny pływak, doskonały nurek, który potrafi zgłębiać toń do 60 metrów. Jego wizerunek jest symbolem stanu Minnesota, widnieje też na kanadyjskich monetach jednodolarowych.
Kochajmy lodowce…
Na kolejnych slajdach prezentowanych młodzieży, już główny bohater. Potężny Lodowiec.
- Dotarliśmy do Kanagerllusaq, doszliśmy do czapy Lodowca Russella. To jedyny lodowiec w głębi lądu, który posiada potężną ścianę – od 20 do 60 m – i kiedyś ona była dużo większa, a ciągnie się na odległości wielu kilometrów. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, czujecie od niego tę wielkość, chłód i te fioletowe kwiatki, które tam kwitły, zobaczcie… – mówił podróżnik, prezentując niezwykłe zdjęcia i dodając z zachwytem: Lodowce są cudowne, to dla mnie jedna z piękniejszych rzeczy, jaką widziałem w życiu! Stoicie, panuje głucha cisza Arktyki i go słyszycie. Wszystko strzela, obrywa się bryła lodu, ogromny huk. Cudowna paleta barw: słońce i błękit, niebieski głęboki, granat, szary, biały.
Kiedyś ten lodowiec był tak wysoki, że tej góry, która jest z tyłu, nie było widać. Teraz bardzo zmniejszył swą objętość. Wyobraźcie sobie, że ta czapa, która stanowi 80% tego lądu latem, w 40% ona się topi w jednym momencie. Co w tym złego? Lodowiec jest biały, niebieski i ma kolory, które odbijają światło. Natomiast, gdy on się topi, odsłania kolejne połacie ziemi, które są ciemne, absorbują światło, czyli je pochłaniają, i oddają to ciepło, powodując jeszcze intensywniejsze topnienie tych lodowców. Niestety, zmiany klimatu są tam bardzo widoczne. Kochajmy lodowce, tak szybko odchodzą...
Na sali było cicho, wszyscy zasłuchani i chyba trochę duchem na dalekiej Północy. A potem już były podziękowania i brawa za tę klimatyczną i pouczającą opowieść, która nas zatrzymuje i sprawia, że zostajemy sam na sam z wieloma trudnymi pytaniami.
- Ja już wreszcie mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce wygląda naprawdę, bo tak w podręczniku, to wiem tylko, że jest zimno i jest lodowiec. To niezwykłe historie, zdjęcia i filmy – mówiła jedna z uczestniczek spotkania, dodając: - Na co dzień jesteśmy przeboćcowani, hałasy, szumy, sytuacje, to ciągle gniecie nasz układ nerwowy. A tu, nawet wczucie się w ten klimat, krajobraz, to rodzaj takiego wspaniałego wytchnienia...
Podróże z refleksją
Serce Krainy Lodu
To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, wydawało się pozostawiać uczestników spotkania w Bursie Szkolnej jeszcze w pewnej ciekawości i niedosycie. Bo jak naprawdę odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Co się dzieje z człowiekiem, gdy nagle na bezdrożach zostaje całkowicie odcięty od cywilizacji? Czy może poczuć ten pradawny „zew wolności” pośród nieskażonej Natury? Jak odnaleźć siebie na Grenlandii? Czy taka podróż zmienia spojrzenie na życie? Jak ustawia nasze „priorytety”? Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.
Żegnaj cywilizacjo!
- A teraz spróbujmy otworzyć magiczne drzwi do szafy i znaleźć się duchem, i sercem w odległej Arktycznej Narnii – Grenlandii. Większość z nas zapewne nigdy fizycznie nie dotrze do tych dzikich zakątków, a więc postarajmy się, by nasza opowieść miała taką barwę i ton, aby dla każdego urzeczywistnił się sen o Arctic Circle Trial. Powróćmy na szlak…
Kraina Lodu. Miasto Sisimiut – „tam, gdzie mieszkają lisy”. Brama do królestwa Natury, gdzie majestatyczne lodowce suną ku morzu, z głębin wynurzają się potężne czarne grzbiety wielorybów, a ośnieżone góry kuszą obietnicą arktycznej przygody. Na tle wysokich szczytów, ułożone jak do snu, bajecznie kolorowe domki, przytulone do skał nad oceanem, przywołują na myśl nierealny zaczarowany świat.
To był 4 lipca 2025 roku, gdy przygoda zapukała do drzwi. Za oknem nieprzyzwoicie pięknie: niebieskie niebo, krystaliczne powietrze, temperatura lekko powyżej zera. I ten chłód, który ostrzy zmysły. Powietrze, jakość „premium” – wspomina z uśmiechem Mateusz Albrycht. - Ten dzień aż pachniał… końcem pewnej epoki. To było rozstanie z przytulnym hotelem, łóżkiem bez kamieni w plecach, ostatnie takie śniadanie. Nasze pożegnanie z cywilizacją. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, w przytulnym wnętrzu jadalni hotelowej, która wyglądała jak małe muzeum Grenlandii z porozwieszanymi dookoła foczymi skórami i rozmawialiśmy, o tym co nas czeka, wiedząc, że tu „piękno” ma swoją cenę i my ją zapłacimy. Analizowaliśmy temat ryb i licencji na ich połów. Moim cichym marzeniem było przyrządzanie grenlandzkiej ryby, dlatego trzeba było tu poznać wszystkie zasady. Najważniejsze podczas wypraw jest poszanowanie lokalnych zasad, rytuałów i kultury.
- Czy pojawiła się niepewność, ten „gryzący” niepokój u progu takiej wyprawy, właściwie, na koniec świata?
- Jest oczywiście lekki stres, w tle to kłujące poczucie, że właśnie naciskasz „start” w rzeczywistości, której nie da się wyłączyć. Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju na ostatnie dopięcie logistyki. Plecak wyglądał jeszcze niewinnie, dopóki nie założyło się go na plecy. Dwadzieścia kilogramów, niby tylko cyfra. Ale potem ona nagle staje się mocno realna i zaczyna mówić do ciała bardzo dosadnym językiem. Po wyjściu z hotelu, dołączyliśmy do pozostałej części grupy, ostatnie informacje, spojrzenia na telefony, ze świadomością, że za chwilę staną się one bezużyteczne. Bo kończy się świat wygody i zaczyna ten, w którym liczy się pogoda, woda, siła w nogach i to, czy umiesz rozsądnie myśleć.
- Pierwsze kroki w nowym świecie? - Stawialiśmy w cudownych nastrojach, mijaliśmy bloki, uliczki, ludzi zajętych porankiem. Po drodze zobaczyliśmy mural z nurem lodowcem, obraz, który wyglądał jak symbol, cudownej więzi Natury i mieszkańców wyspy. Hałas ustępował, przestrzeń się otwierała, a cisza robiła się coraz gęstsza. Powietrze było tak czyste, że człowiek miał ochotę je zachować na później w butelce (śmiech). - Wtedy jednak nastroje się zmieniły, bo dotarliśmy do „miasta psów”, czyli przestrzeni, gdzie psy zaprzęgowe spędzają swoje życie. Szczeniaki podbiegały do nas z takim entuzjazmem, że dały nam energię. Taki mały zastrzyk miękkiej radości na twardym starcie. Tylko ona miała i drugie dno. Bo warunki były dla nich surowe: żadnych kojców jak u nas, żadnych porządnych bud, tylko prowizoryczne schronienia, psy na łańcuchach, rybny zapach jedzenia w powietrzu. W grupie odezwało się sporo cichych myśli, bo większość z nas ma swoje psy i dobrze wiemy, jak wygląda „ciepły dom”. Rozmawialiśmy o tym, ale bez oceniania, a z refleksją, że: świat jest różny, kultura jest różna, a my tu jesteśmy tylko gośćmi.
Za psią osadą weszliśmy na szutrową drogę i z każdym kilometrem krajobraz robił się bardziej arktyczny, surowy, ale i bardziej hipnotyzujący. Pogoda była bajkowa, dosłownie ładowała baterie. Słońce podnosiło morale jak… – wahanie w głosie – mocne espresso w poniedziałek rano. Szuter się kończył, ślady cywilizacji ustępowały. Została Natura. Jeziora z topniejącego śniegu, góry, bezkresna przestrzeń. Kwiaty, które kwitły tak intensywnie jak na krótkim urlopie życia „pięć minut i koniec”. W uszach panowała głucha cisza, przerywana tylko ptasimi śpiewami śnieguły i podświerki. Przy pierwszym jeziorku z krystaliczną wodą zrobiliśmy przerwę. Uzupełnialiśmy płyny. Woda była wszędzie, w potokach, strumieniach, mokradłach. W podłożu czuć było wodę: bagno, podmokłe miejsca. Fantastyczne tereny torfowe, skały, zieleń, surowość. Bażyna czarna, bagno arktyczne. Człowiek idzie i wie, że to nie jest scenografia. To Natura, która ma tu władzę, taki krajobraz, co resetuje głowę.
- Tworzyliście drużynę, ale właściwie wcześniej się nie znaliście?
- Tak, szliśmy razem, rozmawialiśmy i poznawaliśmy się, bo wielu z nas widziało się pierwszy raz. To jest zawsze ciekawy proces: człowiek z obcymi ludźmi wchodzi w teren, który wymaga zaufania. I nagle rozmowy robią się szybsze, prawdziwsze, bardziej konkretne. Bo tu nie ma miejsca na pozory. W trasie każdy szybko pokazuje, kim jest. Przestaliśmy być niedzielnymi turystami, zaczęliśmy być grupą, przed którą stoi wyzwanie. Działa ta klasyczna wyprawowa struktura organizacja marszu. Kuba jako organizator nadawał ton. Kto idzie z przodu, kto zamyka, co ile przerwa, kiedy obiad, jakie tempo.
I po kilku godzinach wydarzyło się coś, co zawsze mnie fascynuje: człowiek odcina głowę od świata. Przestajesz myśleć o rzeczach, które normalnie zjadają dzień. Zostaje tylko „tu i teraz”. Natura dyktuje rytm. Nagle ważne jest, czy masz suchą skarpetę, energię na kolejny pagórek, czy dasz radę przejść strumień bez dramatu. Ta pierwsza przeprawa przez lodowatą wodę była prawdziwym rytuałem inicjacji (śmiech). - Ściąganie spodni, butów, skarpet, wejście w lodowaty nurt. Z początku ekscytacja, adrenalina, śmiech, te wszystkie: „ooo!” i „zimne jak diabli!”. Potem to zaczęło wchodzić w tryb codzienności. Pomagaliśmy sobie, podawaliśmy ręce, pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nikt nie zrobił głupoty.
- Właśnie, tak niezwykła wyprawa musi mieć niezwykłych organizatorów?
- (uśmiech) Tak, są wyjątkowi! To Marta i Kuba. Taki „energetyczny duet” z Naturą i przygodą we krwi, pływaczka z zamiłowania i reprezentant Polski w kolarstwie na orientację. Małżeństwo z pasją do podróży, które uwielbia dzikie wyprawy do miejsc, w których przyroda wiedzie prym. Organizują je po całym świecie i naprawdę robią to świetnie, bo przy takich eskapadach „z adrenaliną” w tle, nie może być pomyłek czy niedociągnięć.
Smak Arktyki
- Noclegi w Arktyce chyba miały niezapomniany smak?
- O tak! W pierwszym dniu, wieczorem, kilometr przed bazą noclegową, zatrzymaliśmy się i dosłownie padliśmy na dywan z bażyny i bagna. Nad nami był błękit nieba, dookoła cisza, fiord i jezioro. Było tak pięknie, że człowiek nie chciał się ruszać. W ramach nagrody wypiliśmy po małym łyczku ziołowego... piwa (uśmiech), symbolicznie, bez szaleństw. I stwierdziliśmy, że robimy obiad.
Kartusze poszły w ruch, gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy liofilizaty. Były śmiechy i żarty. Pożywienie jest ważne, bo to paliwo do dalszej drogi. A potem długo leżeliśmy, patrząc w niebo i gadając. Takie rozmowy, które w normalnym świecie nie mają czasu się wydarzyć, bo ciągle coś „pilnego”. Tu pilne było tylko jedno: odpocząć i nacieszyć się chwilą. Nikt czasu nie liczył. To też luksus. Bycia tu i teraz. A dzień zakończył się fajerwerkiem. Bo gdy chcieliśmy rozbić namiot, Grenlandia zaplanowała nam coś innego. Pogoda zmieniła się o 180 stopni, zaczęło mocno wiać, zapewne, abyśmy nie mieli wątpliwości, kto tu rządzi. Porwało nam jeden z namiotów. W końcu je jednak rozstawiliśmy, napompowaliśmy maty, wyciągnęliśmy ciepłe puchowe śpiwory. Temperatura około zera.
- Ale poranek pewnie was napełnił nową, dobrą energią…
- (śmiech) No, niezupełnie. Obudził nas deszcz. Nie „kropiło”. Padało. A właściwie lało. Woda była wszędzie. Torf wciągał jak gąbka, podłoże oddychało wilgocią a strumyczki stały się rwącymi strumieniami. I końca opadu nie było widać. Prognozy były bezlitosne. O słońcu możemy zapomnieć. Jutro i przez kolejne pięć dni miało być deszczowo, wietrznie, ciężko. Wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo mieliśmy telefon satelitarny. Bez niego nie jest możliwa taka wyprawa. Dlatego, że gdyby ktoś z nas miał kontuzję, uraz nogi, nie mógł dalej iść, to on jest jedynym sposobem poinformowania o tym służb i wezwania helikoptera. I wiemy, że to się zdarzało, bo na trasie w domkach, gdzie dwa razy nocowaliśmy, znaleźliśmy „Arctic book”, taki grenlandzki dziennik podróży, gdzie każdy mógł wpisać swoje odczucia z wyprawy i w dwóch miejscach wyczytaliśmy, że był wzywany helikopter. Ten telefon to też cudowna sprawa, bo przez to, że on namierza nasze położenie, gdy wysyła się pytanie o prognozę, ona przychodzi idealnie dopasowana do naszej lokalizacji i jest w stu procentach trafna. Jak miało padać od godz.19, to padało. A my, dzięki temu, mogliśmy dokładnie wszystko planować.
- Czyli deszcz zepsuł nastrój.
- Właśnie to jest niezwykłe, ale nie. Bo mimo to, wszystko nas dalej zachwycało. Pewnie dlatego, że to było nasze pierwsze zanurzenie w prawdziwą przestrzeń Arktyki, gdy cywilizacja została z tyłu, a przed nami był tylko szlak, wiatr, woda, cisza. Ten start Arctic Circle Trail był trochę jak taka zaczarowana mikstura z naturalnych składników. Najpierw słońce, które cię oszukuje, że będzie łatwo. Potem wiatr, który cię uczy pokory. Na koniec deszcz, który sprawdza, czy naprawdę tu jesteś, czy tylko przyjechałeś się pobawić.
Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część I. Oddech Krainy Lodu
Napisał Wojciech Szota
12 lipca 2025 roku. Wszechogarniająca, oczyszczająca cisza spowijała cały rozległy bezkres. Nieskazitelna przestrzeń, aż po horyzont, zalana była słonecznym blaskiem, w tle wodospad toczył spiętrzone fale, a przed zdumionymi wędrowcami wznosił się majestatyczny, potężny masyw. Wysoka na sześćdziesiąt metrów, biała ściana o nieregularnych kształtach. Lodowiec Russella na Grenlandii. Zadziwiająca moc Natury i życiodajna siła planety. Jego barwy grały w jasnych promieniach dnia, migocząc i przybierając różne tony, od śnieżnobiałej i błękitnej, aż po granatową i szarą. Spojrzenia przyciągały, ufnie przytulone do siebie, ułożone na niegościnnym kamienistym podłożu, subtelne fioletowe kwiaty, kołysane gwałtownymi porywami wiatru, a tuż za nimi wznoszący się i zapierający dech: Lodowy Władca tej Krainy.
Delikatność i siła. Pokora i potęga
Po chwili, dało się słyszeć jego oddech. Trzaskający i pękający lód, osuwające się fragmenty. Ogromna bryła, spadając z hukiem, echem odbiła się od ośnieżonych ścian, przerywając arktyczną zadumę. On żył i pokazywał przybyszom swą moc. Arctic Circle Trail – oto adres tej fascynującej przygody. Jej 165-kilometrowym, ekstremalnym szlakiem trekkingowym z Sisimiut do Kangerlussuaq, wiodącym przez dziewicze i niedostępne tereny Grenlandii, pośród gór, jezior i bagien, wyruszył Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży. Niezapomniane wrażenia z tej wyprawy, będące żywą i niezwykłą lekcją geografii, opowiedział młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej.
Zanim jednak wspólnie poznamy te magiczne opowieści, pochylmy się nieco głębiej nad tą odległą, i jeszcze do niedawna, zupełnie zapomnianą Krainą, ukrytą przed oczami całego świata…
Bo oto teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ta wyspa jest na ustach wszystkich, będąc przedmiotem dyskusji, pertraktacji, handlu, a nawet politycznego szantażu. Przedmiotem. Sprzedać Grenlandię. Oddać Grenlandię. Przejąć Grenlandię. Zupełnie zapomnianym wydaje się, że jest ona domem dla jej mieszkańców i stanowi niezwykły „zakątek” Ziemi, gdzie jeszcze można dotknąć Natury w czystej postaci. Choć człowiek i tam odcisnął swoje niszczycielskie piętno. Wodospad, przelewający tu grzmiący nurt, to już ostatni oddech Lodowca Russella, który gwałtownie topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody.
Ta „podróż” spróbuje pokazać dwa oblicza Grenlandii. To powszechne i znane, funkcjonujące w przestrzeni medialnej, i to pierwotne, niedostrzegane i niedoceniane, dzikie, do głębi prawdziwe, dostępne tylko nielicznym.
W świecie Anaruka
Największa wyspa świata znajduje się w północnej części Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy Ameryką Północną a Europą. To autonomiczne terytorium Danii. Ma powierzchnię ponad 2,1 miliona kilometrów kwadratowych, pokryta jest w 80% lądolodem, a grubość lodu momentami przekracza 3000 metrów. Usiana fiordami, błękitnymi zatokami i stromymi klifami. Są tu gorące źródła bijące z wnętrza ziemi, o temperaturze wody +37 st. C. Jest otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego, Morza Grenlandzkiego, Oceanu Arktycznego i Morza Lincolna. Przez wielu z nas kojarzona ze szkolną lekturą „Anaruk – chłopiec z Grenlandii” Aliny i Czesława Centkiewiczów, opowieścią o przygodach dzielnego dwunastolatka spod koła podbiegunowego.
A jego surowa Kraina jest niezwykła w swym pięknie i nieujarzmionej naturze. Zimą temperatury spadają nawet do –50 stopni Celsjusza. Latem rzadko przekraczają 10–15 st. C. Co roku od 25 maja do 25 lipca słońce nie zachodzi, to tzw. dzień polarny. 21 czerwca, w najdłuższy dzień roku, obchodzone jest święto narodowe Grenlandii. Jest jednak i czas, gdy dookoła panują nieprzeniknione ciemności, czyli tzw. noc polarna, trwająca od drugiej połowy października do połowy marca. Słońce nie wschodzi nad horyzont. Ten okres to też najlepszy moment, by obserwować zorzę polarną. Magiczny spektakl na niebie, na którym można podziwiać zjawiskowy taniec kolorów, gdzie szmaragdowa zieleń, głęboka czerwień czy subtelny fiolet przenikają się nawzajem, tworząc wyjątkowe, barwne widowisko.
Pomimo powierzchni 2,16 miliona kilometrów kwadratowych, na Grenlandii nie ma dróg ani torów, które łączyłyby miejscowości. W miastach i osadach kończą się one na ich obrzeżach. Podróże międzymiastowe odbywają się samolotem, helikopterem, łodzią, skuterem śnieżnym lub psim zaprzęgiem. Na całej powierzchni wyspy znajduje się jedynie 150 kilometrów dróg. Jedynie 410 tysięcy kilometrów kwadratowych Grenlandii wolnych jest od lodu, to obszar porównywalny do wielkości Szwecji.
Eryk Rudy i Zielona Wyspa
Historia Grenlandii wiąże się z Erykiem Rudym, Normanem (Wikingiem), który w roku 982 naszej ery został wygnany z Islandii za popełnione morderstwo. Znając opowieści o nieodległym od Islandii lądzie, dotarł do największej wyspy świata. I tu: jak głosi jedna z wersji: wtedy jej klimat zupełnie różnił się od obecnego, stąd powstała nazwa: „Zielona Wyspa” (Green Land). Według drugiego przekazu, warunki naturalne już wtedy nie były sprzyjające, a więc Eryk zastosował „chwyt marketingowy” z nazwą, aby ściągnąć na nią także innych. Bo po kilku latach wraca on na Islandię, i stamtąd na czele 25 statków rusza, by skolonizować wyspę. Dociera do niej 14 z nich i przybysze zakładają kolejne osady.
W 1721 roku na Grenlandię wyruszyła duńsko-norweska ekspedycja pod wodza Hansa Egede, by nawiązać kontakty z wcześniejszymi kolonizatorami wyspy. Założono nową kolonię o nazwie „Dobra Nadzieja” (Godthåb) – dzisiejszy Nuuk, stolica. W 1953 roku Grenlandia stała się częścią Danii, a na mocy postanowienia parlamentu duńskiego w 1979 roku uzyskała autonomię. Jej mieszkańcom przyznano te same prawa cywilne jak Duńczykom, a Grenlandczycy znaleźli się w duńskim parlamencie. Do 1905 roku do części wyspy roszczenia terytorialne mieli też Norwegowie, ostatecznie odstąpili od nich w roku 1919. W 1916 roku, w wyniku negocjacji i traktatu podpisanego z Danią, USA uznały suwerenność Danii nad Grenlandią.
II wojna światowa przyniosła wyspie obecność amerykańskich baz wojskowych. Od roku 1951 do dziś, 1200 km na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu osady Qaanaaq, działa baza wojskowa – Pituffik Space Base(dawniej: Thule Air Base).
W 1985 roku Grenlandia opuściła Unię Europejską, pozostając nadal częścią Danii. To efekt protestu Grenlandczyków, którzy nie chcieli otwarcia ich mórz dla europejskich flot. Na wyspie są silne dążenia niepodległościowe, ich zwolennicy upatrują chęć zdobycia autonomii i swoją niezależność, w potencjalnych złożach surowców, które ma skrywać lądolód i rezultacie globalnego ocieplenia, które ma te surowce odsłonić przez stopienie pokrywy lodowej. Od 1949 r. Grenlandia razem z Królestwem Danii należy do NATO. Co w obliczu ostatnich zdarzeń, nabiera już szczególnego znaczenia…
Pizza z renifera, stek z wieloryba
Grenlandię zamieszkuje ok. 56 tys. mieszkańców, 18 tys. z nich stanowi populację stolicy- Nuuk. W mieście znajduje się port, mała stocznia, lotnisko. 89% całej ludności to rdzenni mieszkańcy – Inuici (Kalaallit). Określenie „Eskimos” jest obraźliwe dla Grenlandczyków, ta nazwa wywodzi się bowiem od wyrażenia „zjadacze surowego mięsa”. Natomiast w językach Inuitów słowo „inuk” znaczy „osoba”, a „inuit” – „ludzie”. Mieszkańcy wyspy czują silne więzi z rdzennymi ludami Kanady i Alaski. W ich językach można zauważyć pewne podobieństwa.
Urzędowy język wyspy to grenlandzki. Z niego wywodzą się słowa „kayak” i „igloo”, przejęte przez inne języki. W grenlandzkim wiele słów składa się z powtarzających się lub zdublowanych liter. Język jest opisowy, wyrazy bardzo długie i oznaczają często…całe zdanie. Wyjaśniane jest to tym, że ludziom łatwiej było się porozumiewać, wypowiadając jedno długie słowo, wyrażające całą myśl, zamiast kilku zdań, oszczędzając tym samym energię podczas srogich mrozów. Zwłaszcza, że jak spostrzegli niektórzy, niezwykle długie słowa, zbudowane z powtarzających się liter, brzmią niczym… szczękanie zębami drżącego z zimna człowieka.
Główne źródła dochodów Grenlandczyków to: wielorybnictwo, rybołówstwo, łowiectwo, turystyka. Mimo surowego klimatu, ponad 90% mieszkańców korzysta z Internetu. Najpopularniejszymi potrawami są te oparte na darach morza i zwierzętach. I tak można tam zjeść: pizzę z mięsem renifera lub woła piżmowego, stek z wieloryba, zupę z mięsa foki.
Grenlandia ma wiele niewykorzystanych bogactw naturalnych, co niewątpliwie, ma wpływ na jej „popularność”. To nie tylko ropa naftowa i gaz, są tam też jedne z największych na świecie złóż metali ziem rzadkich. Tu znajdują się również złoża: cynku, wolframu, litu, grafitu czy tytanu.
Znikająca Wyspa
Założony w 1974 roku na Grenlandii Park Narodowy, jest największym tego typu parkiem na świecie. Na wyspie bytują jedynie zwierzęta potrafiące przystosować się do bardzo ekstremalnych temperatur. To m.in.: niedźwiedź polarny, lis polarny, zając arktyczny, renifer, wół piżmowy, gronostaje, lemingi arktyczne i rzadki rosomak. W wodach przybrzeżnych żyją rekiny żywiące się mięsem z upolowanych białych niedźwiedzi. Niektóre osobniki mogą dożywać 200 lat. Tam też znaleziono świecącą rybę, której krew nie zamarza. W jej żyłach płynęła substancja, która chroniła ją przed zamarzaniem.
Lód, pokrywający wyspę, to naturalny zapas słodkiej wody na ziemi, stanowi on 7% całej słodkiej wody występującej na naszej planecie. Według badań, ze względu na zawirowania klimatyczne od 2003 roku pokrywa lodowa Grenlandii traci ponad 10 miliardów ton lodu rocznie. Latem 2021 r. ilość stopionego tam lodu odpowiadała powierzchni stanu Floryda. To 170 kilometrów kwadratowych i 8,5 miliarda ton masy. Topniejące lodowce są ogromnym zagrożeniem dla człowieka, przyczyniają się do wzrostu poziomu mórz i oceanów. Uwalniają też śmiertelnie niebezpieczną truciznę. Zaobserwowana wiosną 2022 r. ilość rtęci w trzech rzekach lodowcowych i trzech fiordach Grenlandii jest jedną z najwyższych odnotowanych w historii.
Kupię Grenlandię!
Od kilku tygodni, w mediach całego świata, nieustannie przewija się temat Grenlandii. Donald Trump dąży do tego, aby Stany Zjednoczone przejęły nad nią kontrolę. Uzasadniając, że chodzi tu o bezpieczeństwo i powstrzymanie ekspansji Rosji i Chin w rejonie Arktyki. Wielu europejskich przywódców, polityków, ale i społeczność międzynarodowa, sprzeciwia się jego zapędom, nazywając je wprost: naruszeniem suwerenności innego państwa i powrotem do czasów neokolonialnych, przez bezwzględne stosowanie prawa silniejszego. Znamienne, iż prezydent USA, przynajmniej na początku, nie wykluczał nawet użycia siły, by przejąć wyspę. Ta „grenlandzka Odyseja” rozpoczęła się jednak za pierwszej kadencji Trumpa.
Wtedy już bowiem, w 2019 roku, wyspa znalazła się na… „liście zakupów”, prezydenta USA, gdy zaproponował on Danii jej kupno. A jak historia pokazuje, Amerykanie mają już „praktykę” w tego typu transakcjach. Dla przykładu. W 1898 r. nabyły Filipiny od Hiszpanii za 20 mln dol, a w 1867 r. Imperium Rosyjskie sprzedało im Alaskę, (pow. ok. 1,5 mln km kw.) za 7,2 mln dol. W 1917 roku kupiły od Danii – Wyspy Dziewicze (St. Thomas, St. John, St. Croix) za 25 mln dol. w złocie.
W 2019 roku, Dania stanowczo odmówiła sprzedaży Grenlandii i wydawało się, że to koniec „targów”. Jednak, w 2025 roku, po udanej amerykańskiej operacji usunięcia z urzędu i kraju wenezuelskiego prezydenta Maduro, sprawa nieoczekiwanie powróciła ze zdwojoną siłą.
- Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie – zapowiadał Donald Trump, dodając: - Jeśli nie zrobimy tego po dobroci, zrobimy to w trudniejszy sposób.
A nawiązując do tego, że Dania jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo Arktyki, kpił: - Co Dania zrobiła ostatnio, aby wzmocnić bezpieczeństwo na Grenlandii? Dodali jeszcze jeden psi zaprzęg.
Może i dlatego internauci, aby przerwać ten impas, pospieszyli „z pomocą” i jak zamieszczał „Daily Mail”, znaleźli metodę na patową sytuację, która by w sposób i romantyczny, i pokojowy rozwiązała cały problem. Otóż, dostrzegli idealną kandydatkę na…żonę dla najmłodszego syna Donalda Trumpa. Doradzając, aby Barron poślubił księżniczkę Izabelę z Danii, córkę króla Fryderyka X i królowej Marii, zajmującą drugie miejsce w kolejce do duńskiego tronu, bo ona przekazałaby Grenlandię mężowi jako część… swojego posagu.
Arktyczni komandosi z psami
Prezydent USA wypowiadając się w tak ironiczny sposób o duńskich metodach zapewnienia bezpieczeństwa Grenlandii, przywołał wobec opinii publicznej zapewne najbardziej wyjątkową i elitarną formację wojskową na świecie, należącą do duńskiej marynarki wojennej. „Sirius Patrol”, czyli „Patrol Syriusza”, nazywany również „Arktycznymi komandosami z psami”. Jej „funkcjonariusze” pełnią też rolę policji i strażników Parku Narodowego Grenlandii. Cała formacja liczy 12 żołnierzy podzielonych na sześć dwuosobowych patroli i dwie osoby, przebywające w bazie Daneborg, odpowiedzialne za łączność.
Kandydaci do niej przechodzą niezwykle restrykcyjną rekrutację w zakresie predyspozycji psychicznych i sprawności fizycznej. Każdego roku, jest wybieranych sześć osób, które rozpoczynają 26-miesięczną służbę, patrolując teren za pomocą psich zaprzęgów, odwiedzając najdalsze i najbardziej niedostępne zakątki grenlandzkiego wybrzeża. Działają w ekstremalnych warunkach pogodowych, przy bardzo niskich temperaturach, nawet –55 stopni Celsjusza, i podczas polarnych nocy, w ciemnościach. Są wszechstronnie wyszkoleni i zakresem „kompetencji” przypominają momentami filmowego Jamesa Bonda. Umiejętności: wojskowe, strzeleckie, dywersyjne, łącznościowe, psychologiczne, medyczne, weterynaryjne, policyjne, te z zakresu mechaniki pojazdów czy… szycia. Z tą różnicą, iż futurystyczne samochody zastąpiły tu specjalnie wyszkolone psy: rasy husky. „Arktyczni komandosi” wykonują swą misję nieprzerwanie przez 26 miesięcy, nie mają wtedy możliwości powrotu do domu czy też skorzystania choćby z jednego dnia urlopu.
Przytul pingwina?
W styczniu, podczas swojego przemówienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w roku 2026, amerykański prezydent zapewnił, że nie użyje siły, aby przejąć Grenlandię, ale ponownie zażądał rozpoczęcia negocjacji w sprawie pozyskania wyspy przez USA, argumentując, że – „w imię bezpieczeństwa i obrony pokoju na świecie” – prosi tylko o „kawał lodu”.
Wkrótce potem, oficjalne konto Białego Domu opublikowało w mediach społecznościowych zdjęcie z podpisem „Przytul pingwina”, na którym widać prezydenta Trumpa, który ramię w ramię w przyjacielskim duecie z… pingwinem, trzymającym powiewającą flagę USA, przemierza… Grenlandię. Na śniegu znaczą się głębokie ślady wędrowców. Zmęczeni? Zapewne. W końcu prezydent prowadzi swojego kompana, aż… z drugiej półkuli, z Antarktydy. Bo na Grenlandii te eleganckie, urocze stworzenia w biało-czarnych frakach, nie mieszkają. O czym, zdaje się wśród współpracowników amerykańskiej głowy państwa zapomniano, myląc Arktykę z Antarktydą…
Na wpadkę natychmiast zareagowały… nie, nie pingwiny. Ale Chiny. Publikując w sieci mem pod hasłem: „Nawet, jeśli na Grenlandii są pingwiny…”, na którym widać identyczną scenerię Grenlandii, a przemierza ją, w ręce dzierżąc kij, wuj Sam, alegoryczna postać symbolizująca USA, ciągnąc za sobą usilnie opierającego się pingwina.
Po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, w Davos, Donald Trump ogłosił, że uzgodnił ramy przyszłego porozumienia dotyczącego Grenlandii i Arktyki. Szczegółów nie podano. Nieoficjalne źródła informują jednak, iż w ramach niego USA otrzymałyby suwerenność nad fragmentami terytorium Grenlandii, na których zostaną utworzone amerykańskie bazy wojskowe.
To, że te ustalenia zapadły „za zamkniętymi drzwiami” i przy braku obecności przedstawicieli władz Wyspy, napełniło głębokim niepokojem i rozgoryczeniem mieszkańców Grenlandii, którzy odpowiadają: - Nie jesteśmy tylko kawałkiem ziemi. Nie jesteśmy na sprzedaż. A na konferencji prasowej premier ich rządu – Jens-Frederik Nielsen – stwierdzał: - Nie wiem, co jest w porozumieniu dotyczącym mojego kraju. Nie wiem, o czym rozmawiano beze mnie.
I tak, ze zmiennym natężeniem, wśród coraz to nowych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji, wciąż trwa „grenlandzka Odyseja”… A jak naprawdę wygląda ten „kawał lodu”, który tak niespodziewanie znalazł się w centrum uwagi całego świata?
O tym już w kolejnej części naszej opowieści, w następnym numerze.
Jolanta Baran
Druga część fascynującej opowieści o Grenlandii: TUTAJ
Przez bory i lasy zielone... W poszukiwaniu nowych dróg, czyli 124. Zjazd Polskiego Towarzystwa Leśnego i Kraków jako centrum debaty o polskich lasach
Napisał Wojciech SzotaTo, co zazwyczaj niedostrzegalne, bo "powszechne i znane ", może mieć różne, zadziwiające, oblicza. Ot, choćby taki "zwykły" las...
Polskie lasy i ich dzieje są nierozerwalnie związane z trudną historią Polski. Lesistość kraju pod koniec X w. wynosiła ok. 85%. Za czasów Jagiellonów lasy rozdawano, pod władzą państw zaborczych: Rosji, Prus i Austrii wyprzedawano (ich ubytek o 5,4 mln ha), podczas II wojny światowej i okupacji przejmowano, a personel nadleśnictw eksterminowano. Według wyliczeń, zginęło wtedy ok. ½ pracowników leśnictwa. W 1945 roku, w stosunku do okresu międzywojennego, głównie z powodu zmiany granic Polski, obszar lasów zmniejszył się o ok. 2,2 mln ha. Pozostało 6,5 mln ha lasów. Obecnie jest ich 9,2 mln ha.
W 1935 roku pod ochroną były 2 gatunki zwierząt i 8 roślin. Pierwszym zwierzęciem chronionym był.. .żółw błotny, a dopiero potem żubr. Dziś to: 803 zwierząt i 716 roślin.
Polska ma ok. 4 miliardy 200 milionów drzew, tzw.wysokich. Świerk powoli oddaje władzę, dąb i buk zajmują mocniejsze pozycje. 1,5 miliarda zł społeczeństwo "wynosi" z lasu, w postaci: grzybów, jagód, ziół. Średnia wielkość pożaru lasów w Hiszpanii to 18 ha, w Polsce... 0,3 ha.
A jak wygląda polska gospodarka leśna na tle innych krajów? Co przyniesie przyszłość ?
Jak będą wyglądały nasze lasy? Problemem są ekstrema, długotrwałe susze, fale upałów, a także ekstremalne opady. I możemy się spodziewać, że tych ekstremów będzie więcej... - prof.dr hab. inż. Jarosław Socha, dziekan Wydziału Leśnego Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.
Największe wyzwanie współczesnego leśnictwa
W tym roku Kraków stał się centrum debaty o polskich lasach. We wrześniu odbył się tam 124. Zjazd Delegatów Polskiego Towarzystwa Leśnego oraz sesja naukowa, pt. "Racjonalność i odpowiedzialność w zarządzaniu zasobami leśnymi w Polsce". Te wydarzenia zgromadziły kilkuset uczestników z całej Polski, w tym przedstawicieli Lasów Państwowych, środowisk naukowych, ministerstwa, samorządu i mediów. Jaką strategię obrony przyjąć wobec zmian klimatycznych? Jakie drzewa są najbardziej na nie odporne ? Czy lasy należy odmładzać? Jak pokazać nieprzemijającą wartość polskich lasów? To tylko niektóre z pytań, które się pojawiały.
Organizatorem Zjazdu i sesji naukowej było Polskie Towarzystwo Leśne – Oddział w Krakowie, we współpracy z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Krakowie oraz Wydziałem Leśnym Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Honorowy patronat nad Zjazdem objął Rektor UR oraz Komitet Nauk Leśnych i Technologii Drewna PAN.
Zespół Sygnalistów Myśliwskich "Hagard" Uniwersytetu Rolniczego, rozpoczął swym sygnałem uroczystą sesję naukową, pt. "Racjonalność i odpowiedzialność w zarządzaniu zasobami leśnymi w Polsce", która odbywała się na Wydziale Leśnym UR w Krakowie, a potem wszystkich jej uczestników przywitał dr inż. Janusz Dawidziuk, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Leśnego oraz prof. dr hab. inż. Stanisław Małek, przewodniczący PTL, Oddział w Krakowie.
PTL to ogólnopolska organizacja zrzeszająca osoby związane z leśnictwem (zawodowo, naukowo, społecznie), jej celem jest inicjowanie i wspierania rozwoju nauk z zakresu leśnictwa, propagowania ich dorobku w społeczeństwie, współdziałanie we wdrażaniu osiągnięć nauki. Zajmuje się ona działalnością naukową i popularyzatorską, wydając czasopismo „Sylwan”. Kolejni prelegenci podkreślali znaczenie dzisiejszego spotkania.
Polskie leśnictwo, Lasy Państwowe znalazły się w skomplikowanej sytuacji. Często mówimy, że na zakręcie. Co roku moglibyśmy powtarzać, że zakręt jest ostrzejszy - stwierdzał dr inż. Piotr Kempf, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie, dodając: - My możemy pochwalić się dużym doświadczeniem, jeśli chodzi o przebudowę drzewostanu, tym, jak prowadzimy gospodarkę w trudnym terenie. Będziemy też opowiadać o wyzwaniach. Pokazywać, że w bardzo trudnej sytuacji są już nie tylko sosny, ale i jodły, które chorują od nadmiernej ilości jemioły. Zastanowimy się, jak pomóc tym drzewom?
Bez wątpienia, zachowanie stanu równowagi i racjonalnego gospodarowania zasobami leśnymi jest naszym wspólnym zadaniem na przyszłość, jednak to adaptacja lasów do postępujących zmian klimatycznych, stanie się największym wyzwaniem dla współczesnego leśnictwa...
Kupujesz telewizor? Lepiej porównaj – internetowe porównywarki zyskują tysiące nowych użytkowników (artykuł sponsorowany)
Napisał Wojciech Szota
Czy przed zakupem telewizora wystarczy zapytać sprzedawcę w sklepie, czy lepiej zajrzeć do porównywarki online? Coraz więcej Polaków nie ufa reklamom i zamiast tego wybiera obiektywne zestawienia modeli. Porównywarki telewizorów stały się w ostatnich miesiącach jednym z najczęściej odwiedzanych narzędzi zakupowych w sieci.
Polacy kupują rozsądniej niż kiedykolwiek
Jeszcze kilka lat temu wybór telewizora często kończył się na spontanicznej decyzji – model, który akurat był w promocji, albo ten, który „najładniej świecił” w sklepie. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Klienci coraz częściej podchodzą do zakupu jak do małego projektu badawczego. Sprawdzają parametry, testy, a nawet opinie użytkowników z forów i portali branżowych. To widoczna zmiana w sposobie myślenia. Konsument nie chce już tylko „dobrego telewizora”, ale sprzętu dopasowanego do własnych potrzeb – do wielkości salonu, stylu oglądania czy liczby godzin spędzanych na platformach streamingowych. W efekcie decyzje zakupowe są bardziej świadome, a liczba nietrafionych wyborów spada z roku na rok. Według danych branżowych, już ponad 60% Polaków przed zakupem elektroniki korzysta z porównywarek online lub serwisów testowych. To ogromny skok w porównaniu z okresem sprzed dekady, kiedy zaledwie co czwarty kupujący sięgał po takie źródła. Trudno się dziwić – przy rosnącej liczbie modeli i nowości technologicznych zwykła intuicja przestała wystarczać.
Rynek telewizorów jest dziś niezwykle zróżnicowany. Różnice między modelami bywają subtelne – czasem to tylko typ matrycy, rodzaj podświetlenia albo system operacyjny. A jednak te szczegóły potrafią całkowicie zmienić wrażenia z oglądania. I właśnie tu porównywarki pokazują swoją prawdziwą wartość – pomagają przełożyć techniczne dane na prosty język i podpowiedzieć, który sprzęt naprawdę sprawdza się w codziennym użytkowaniu.
Jeszcze niedawno wybór telewizora oznaczał długie spacery po sklepach, rozmowy ze sprzedawcami i niepewność, czy dany model faktycznie jest wart swojej ceny. Dziś wystarczy kilka minut w internecie, by porównać parametry setek modeli i zobaczyć, jak wypadają w praktyce. To właśnie prostota i dostępność sprawiają, że porównywarki telewizorów rosną w siłę.
Nowoczesne narzędzia tego typu nie są już tylko tabelami z liczbami. To złożone systemy, które analizują dane, recenzje i testy, a następnie prezentują je w sposób czytelny dla przeciętnego użytkownika. Wiele z nich pozwala zestawić obok siebie konkretne modele i zobaczyć, gdzie naprawdę widać różnicę. Nagle okazuje się, że droższy model wcale nie zawsze oznacza lepszy wybór, a telewizor o połowę tańszy potrafi mieć lepsze odwzorowanie barw i niższe zużycie energii. To narzędzia, które pomagają uniknąć marketingowych pułapek. Reklamy potrafią uwodzić pięknym obrazem i hasłami, ale dopiero liczby pokazują, ile faktycznie wart jest dany sprzęt. Użytkownicy szybko zrozumieli, że dzięki porównywarkom zyskują coś więcej niż tylko wiedzę – zyskują kontrolę nad decyzją zakupową.
Porównywarki stały się też częścią nowego stylu zakupów. Nie tylko informują, ale i edukują. Uczą, czym różni się QLED od OLED, dlaczego częstotliwość odświeżania ma znaczenie i w jakich warunkach dany typ matrycy sprawdza się naprawdę dobrze. To wiedza, która dawniej była domeną ekspertów, dziś dostępna jest dla każdego – za darmo i w kilka sekund.
Eksperci: to narzędzie, które uczy mądrych zakupów
Rosnąca popularność porównywarek to nie tylko efekt wygody, ale też zmiany świadomości konsumentów. Jak zauważa redakcja portalu wybierz.tv, użytkownicy coraz częściej chcą rozumieć, co kupują, zamiast kierować się wyłącznie reklamą czy opinią sprzedawcy.
– „Dawniej kupno telewizora było trochę jak loteria. Dziś kupujący mają narzędzia, które pozwalają im podejmować decyzje oparte na faktach, a nie emocjach. Widzimy, że coraz więcej osób porównuje nie tylko ceny, ale też procesory obrazu, systemy Smart TV czy technologie wygaszania diod” – mówi ekspert portalu wybierz.tv.
To właśnie edukacyjna rola takich narzędzi sprawia, że zdobywają zaufanie. Porównywarki nie tylko wskazują najlepszy model, ale też tłumaczą, dlaczego jest on lepszy – czy to dzięki wyższej jasności HDR, czy lepszej obsłudze sygnału 120 Hz w grach. Tego rodzaju wiedza pozwala użytkownikom zrozumieć zależność między ceną a jakością, a w efekcie uniknąć nietrafionych zakupów.
Co ciekawe, eksperci zauważają, że popularność porównywarek jest szczególnie duża wśród młodszych dorosłych, w wieku 25–40 lat. To grupa, która dorastała z technologią i nie ma problemu z interpretacją danych technicznych. Dla nich liczby i parametry to nie chaos, lecz język, który pozwala ocenić realną wartość sprzętu.
Porównywarki stają się więc nie tylko narzędziem zakupowym, ale i elementem nowoczesnej kultury konsumenckiej – kultury opartej na wiedzy, porównaniu i zdrowym rozsądku.
Szczury na naszych osiedlach: Miechów – Wolbrom – Olkusz
Napisał Wojciech Szota
Mówi się, że szczury przeżyją każdy kataklizm, są w stanie dopasować się do każdych warunków, są inteligentne i ostrożne. Nie dziwi więc fakt, że w naszych miastach, a szczególnie na osiedlach mieszkaniowych, mają dobre warunki do bytowania, gdyż mogą tam znaleźć najwięcej jedzenia. Żyją, rozmnażają się i wydaje się, że jest ich coraz więcej. Jak informuje portal wp.pl – w Polsce żyje około 19 mln szczurów, a największe ich skupiska znajdują się w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Sanepid podkreśla, że skuteczna walka z tymi gryzoniami wymaga regularnej deratyzacji i odpowiedniego zarządzania odpadami. A z tym bywa różnie...
- Boję się wynosić wieczorem śmieci – mówi kilkunastoletnia mieszkanka jednego z wolbromskich osiedli. Jej strach jest zrozumiały. Gdy podchodzi się o zmroku do plastikowych pojemników na odpady sortowane (tzw. „dzwonów”), słychać w środku poruszenie, wyraźne odgłosy żywych stworzeń. Nie trzeba być zbyt uważnym obserwatorem, by znaleźć dowody zadomowienia się szczurów w okolicach placów gospodarczych, czyli miejsc, gdzie stoją pojemniki na odpady. Te zapobiegliwe zwierzęta robią podkopy pod płytkami chodnikowymi położonymi dookoła ogrodzonych terenów i dostają się w pobliże „dzwonów”, które często mają niedomknięte dolne klapy. Najczęściej słychać jak buszują w plastikach. Tam wyrzucamy opakowania po jogurtach, warzywach, wędlinie. Zawsze więc można znaleźć coś do jedzenia. Zasypywanie i betonowanie podkopów, co spółdzielnia mieszkaniowa robią systematycznie, przynosi poprawę tylko na jakiś czas. Szczury robią kolejny podkop i zabawa zaczyna się od nowa.
Sprawa jest znana administracji spółdzielni mieszkaniowych w Wolbromiu i Olkuszu. Ale np. w Miechowie, gdzie na osiedlach najczęściej stosowane są takie same pojemniki do gromadzenia odpadów segregowanych, problemu ze szczurami raczej nie ma. Tak przynajmniej informują przedstawiciele zarządu tamtejszej spółdzielni „Przyszłość”, z którymi kontaktujemy się podczas przygotowywania tego materiału.
zmiana pojemników
Zdaniem wiceprezesa Wolbromskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Jana Kaczora problem można rozwiązać tylko przez zmianę rodzaju pojemników na odpady segregowane. Na ostatnim walnym zgromadzeniu informował mieszkańców, że jest to już uzgodnione z władzami gminy i odbiorcą śmieci, czyli Zakładem Gospodarki Komunalnej „Bolesław”. Miejsce „dzwonów” zajmą szczelne, zamykane kubły o pojemności 1100 litrów. Zobaczymy, czy będą przeszkodą trudną do pokonania przez uciążliwe gryzonie, choć zależy to w dużej mierze także od użytkowników, czyli mieszkańców wyrzucających odpady. Jeśli za każdym razem będą zamykać klapę, to całkiem możliwe, że szczury już tam nie wejdą. Dotychczasowa praktyka wskazuje jednak, że bywa z tym różnie. Stosowane np. do odpadów niesegregowanych takie same pojemniki często stoją otwarte. Inna sprawa, że duża klapa jest trudna do otwarcia, a zwłaszcza do zamknięcia dla dzieci, ale także dla seniorów. Będzie ona zatem wyposażona w drugą, mniejszą, która ułatwi wrzucanie do środka typowych worków lub opróżnianie domowych wiaderek.
Takie rozwiązanie proponuje też wiceprezes Olkuskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Rajmund Rudy, który podkreśla jednak, że wybór rodzaju pojemników leży w gestii danej gminy. W Olkuszu stosowane są zarówno „dzwony”, jak i pojemniki 1100 litrów. Jak zapewnia UMiG w Wolbromiu, przygotowywana zmiana nie pociągnie dodatkowych kosztów, bowiem jest ona uwzględniona w umowie przetargowej z odbiorcą odpadów. „Dzwony” usunięte z Wolbromia, mogą znaleźć miejsce w innych gminach obsługiwanych przez tego operatora, np. w Kluczach, gdzie też są stosowane.
trzeba myć
Ważne jest, by wyrzucane po artykułach spożywczych plastikowe opakowania myć, co raczej rzadko nam się zdarza. A to właśnie resztki jedzenia kuszą zwierzęta do buszowania po śmietnikach.
Wiceprezes OSM podkreśla jednak jeszcze inną sprawę: mycie pojemników przez odbiorcę odpadów. Jego zdaniem często „dzwony” są wprost oblepione odpadami, które uniemożliwiają szczelne ich zamknięcie. Gdyby były myte odpowiednio często, prawdopodobnie poprawiłoby to sytuację.
Jego zdaniem podstawowym narzędziem do walki z uciążliwymi gryzoniami są jednak akcje deratyzacji (wiosenna i jesienna), tyle tylko, że muszą się w nią włączać wszyscy administratorzy budynków i obiektów infrastruktury technicznej w danym mieście. Oprócz spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, także firmy energetyczne, ciepłownicze, wodociągi itp. Wszystkie one mają budowle techniczne, kanały, studzienki, często ogrzewane i rzadko odwiedzane przez ludzi, w których bardzo chętnie osiedlają się niechciani lokatorzy. Gdyby w jednym czasie wszyscy wykładali trutki, co jest zresztą ich obowiązkiem, szczurów byłoby mniej.
inne pomysły
Aby zapobiec aktywności zwierząt w miejscach składowania odpadów stosowane są bardziej rozbudowane systemy ich zabezpieczenia. W Referacie Ochrony Środowiska UMiG w Wolbromiu przeglądam folder firmy oferującej system SISO (System Indywidualnej Segregacji Odpadów) i urządzenia Drop&Go – rodzaj metalowych kontenerów, kryjących w swoim wnętrzu typowe pojemniki na śmieci, ale otwieranych za pomocą kodów QR przyklejanych na worki z segregowanymi odpadami. Jak czytamy na portalu green-news, Ciechanów wprowadził taki system na jednym z osiedli. To bodaj pierwsze w Polsce miasto, w którym nowoczesne pojemniki nie dość że zapobiegają penetracji przez gryzonie, ptaki, czy roznoszenie ich przez wiatr, to jeszcze umożliwiają sprawdzenie, czy odpady są prawidłowo segregowane przez mieszkańców budynków wielorodzinnych. Z informacji dostępnych w internecie oraz na stronie pomysłodawców tego rozwiązania wynika, że jest ono wdrażane lub już funkcjonuje w kilku innych miastach (m.in. w Świebodzinie, Zamościu, Krakowie, Wrocławiu). Sęk w tym, że cena jednego takiego kontenera to ponoć nie kilkadziesiąt tysięcy zł, ale znacznie więcej, który to wydatek musiałaby ponieść gmina, a w konsekwencji – wszyscy mieszkańcy. Autorzy tego pomysłu zapewniają o korzyściach: odpady muszą być właściwie segregowane, jest także możliwość bieżącej kontroli poziomu zapełnienia kontenerów, umożliwiając racjonalne planowanie ich odbioru, co obniża koszty, a w konsekwencji daje możliwość przyjęcia niższych opłat za odbiór śmieci.
Znane są też inne sposoby zabezpieczenia przed gryzoniami – np. specjalne pojemniki na śmieci otwierane przez naciśnięcie stopą specjalnego przycisku (pedału). Po wyrzuceniu odpadków klapa automatycznie zamyka się i kontener jest szczelny.
Mamy systemy kryjące szczelne pojemniki na odpady całkiem pod ziemią, które zajmują na powierzchni niewiele miejsca, wpływając pozytywnie na estetykę otoczenia: eliminują z naszej przestrzeni tradycyjne kosze i kontenery na śmieci, które często szpecą krajobraz miejski.
Rozwiązania te mają jednak jedną wadę: wymagają inwestycji, które ponieść musi gmina odpowiedzialna za dostarczenie pojemników swoim mieszkańcom, zatem widać już, że problem nie będzie łatwy do rozwiązania. Skąd bowiem wziąć naraz w budżecie tak duże kwoty?
stare, dobre czasy
Bo dawniej problem nie był tak dotkliwy. Na wsiach i w małych miasteczkach wiele osób hodowało kury, niemal wszędzie żyły psy, koty, a często także świnki. To one uwalniały nas od resztek jedzenia i przeterminowanych produktów. Bywało, że nawet mieszkając w bloku, stary chleb zawoziło się do babci czy wujka na wieś. Pamiętam lata 80-te, ogromnego niedoboru mięsa, kiedy to władze zachęcały do hodowli świń zakłady pracy, instytucje, czy nawet szkoły. Tak było np. przy wolbromskim liceum, gdzie w jednym z garaży resztkami ze stołówki dokarmiano kilka tuczników.
Teraz brzmi to wręcz humorystycznie, bowiem żywy inwentarz nawet na wsiach zaczyna być rzadkością. Ale ilości wyrzucanej żywności rosną z roku na rok. W Polsce to prawie 5 mln ton. Z tej ogromnej góry zmarnowanego jedzenia na wszystkich etapach (produkcji, transporcie, przetwórstwie, gastronomii, handlu, aż do gospodarstw domowych) to właśnie my – konsumenci – marnujemy najwięcej, czyli 60% całej puli. Te 60% żywności marnowanej w gospodarstwach domowych oznacza ok. 3 mln ton. Niezmiennie od lat wyrzucamy te same produkty: owoce, warzywa, wędliny i przede wszystkim pieczywo. W ten sposób dożywiamy naszych „współlokatorów”, czyli właśnie szczury, myszy, ptaki. Nie dziwmy się więc, że chętnie żyją blisko ludzkich skupisk.
Samotność mnie dusi i przytłacza – mówią seniorzy dzwoniący pod numer Telefonu Zaufania dla Osób Starszych
Napisał Wojciech Szota
Brak kontaktów społecznych i wsparcia emocjonalnego to codzienność wielu starszych osób. Często nie mają z kim porozmawiać o codziennych sprawach ani podzielić się swoimi zmartwieniami. Dlatego tak ważne jest, aby seniorzy wiedzieli, gdzie mogą znaleźć zrozumienie i życzliwe słowo. Takim miejscem jest Telefon Zaufania dla Osób Starszych, gdzie pod numerem 22 635 09 54 od poniedziałku do piątku czekają psycholodzy, gerontolodzy i przeszkoleni konsultanci. Wysłuchają, dodadzą otuchy i pomogą znaleźć rozwiązania w trudnych sytuacjach.
W Polsce funkcjonują różne formy wsparcia dla osób starszych, takie jak domy pomocy, ośrodki dziennego pobytu czy programy aktywności seniorów. Mimo że ich liczba rośnie, instytucje te często koncentrują się na opiece medycznej, materialnej czy kulturalnej, pomijając równie istotny aspekt, jakim jest wsparcie emocjonalne. Tymczasem wiele starszych osób, zwłaszcza po 80. roku życia, zmaga się z dojmującym poczuciem osamotnienia.
– Terminy „samotność” i „osamotnienie” często używane są zamiennie. Samotność to stan,
w którym świadomie decydujemy się na przebywanie w odosobnieniu – i czasem każdy z nas tego potrzebuje. Osamotnienie jednak to coś zupełnie innego – wiąże się z cierpieniem wynikającym z niechcianej samotności. Brak relacji z drugim człowiekiem oznacza niezaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb – potrzeby kontaktu, która jest kluczowa dla zachowania równowagi psychicznej. Długotrwałe osamotnienie nie jest naturalnym stanem i może prowadzić do zaburzeń zachowania i silnego stresu. To bardzo trudne doświadczenie, które starszej osobie odbiera poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z rozmów ze starszymi osobami, które dzwonią na numer Telefonu Zaufania. Słyszymy, że nie wychodzą z domu, czują się całkowicie opuszczeni i bezsilni – mówi psycholog, jeden z konsultantów Telefonu Zaufania dla Osób Starszych.
Samotność towarzyszy co czwartej starszej osobie
Większość dorosłych Polaków (89%) deklaruje, że swój czas wolny najbardziej lubią spędzać w towarzystwie innych osób, najczęściej rodziny (1). Tymczasem seniorzy, osoby powyżej 75 roku życia, są drugą grupą najczęściej odczuwającą samotność często lub permanentnie (2). Potwierdzają to także wyniki raportu „Samotność wśród osób 80+”, według którego aż 26% osób starszych jest osamotnionych, a ponad 13% z nich w ogóle nie wychodzi z domu (3).
– Lubimy być blisko innych osób. Towarzystwo rodziny, czy bliskich przyjaciół daje nam poczucie bezpieczeństwa i spokój. Co więc w sytuacji, kiedy nie mamy nikogo? Dla osamotnionych seniorów relacje rodzinne i przyjacielskie są równie ważne, mimo że wokół nich jest znacznie mniej bliskich osób. Nasz raport „Samotność wśród osób 80+” wykazał, że seniorzy czują się niepotrzebni, zbędni, rośnie w nich poczucie wykluczenia. 61% osób starszych, które mierzą się z samotnością, mówi, że czują się nieważne, a 70% nie ma obok kogoś, komu mogłyby zaufać. 59% seniorów w wieku 80 lat i więcej podkreśla, że potrzebują porozmawiać o tym, jak się czują. Dlatego inicjatywy takie jak Telefon Zaufania dla osób starszych są niezwykle istotne – zapewniają wsparcie i wysłuchanie, z szacunkiem i bez oceniania – wyjaśnia Joanna Mielczarek, członek zarządu i dyrektor operacyjna Stowarzyszenia mali bracia Ubogich.
Jakie wsparcie może otrzymać senior dzwoniący na Telefon Zaufania?
W Telefonie Zaufania dla Osób Starszych dyżurują specjaliści z doświadczeniem w pracy z osobami starszymi, którzy oferują wsparcie dostosowane do indywidualnych potrzeb rozmówców. To przestrzeń, w której samotna osoba może znaleźć troskę i zrozumienie. Każda rozmowa traktowana jest z pełną uważnością, a udzielane wsparcie pomaga złagodzić uczucie smutku i osamotnienia. Możliwość otwartego wyrażenia swoich myśli pozwala spojrzeć na trudną sytuację z dystansu, co ułatwia jej lepsze zrozumienie i odnalezienie drogi do rozwiązania.
Katarzyna Nicolaou, koordynatorka Telefonu Zaufania, podkreśla, że najczęściej konsultanci odbierają telefony od osób starszych, które zmagają się z głęboką samotnością. –To osoby, które rzadko opuszczają swoje domy i nie mają z kim podzielić się swoimi myślami czy codziennymi przeżyciami. Dla nich rozmowa z konsultantem na infolinii staje się jedyną okazją, by opowiedzieć, jak minął dzień, co się wydarzyło, a także po prostu usłyszeć życzliwy głos. Zdarzają się również trudniejsze przypadki, gdy samotność przeradza się w depresję lub poważniejsze problemy emocjonalne. W takich sytuacjach kierujemy rozmówców do odpowiednich instytucji, które oferują profesjonalną pomoc terapeutyczną. Choć rozmowa telefoniczna nie zastąpi terapii, daje poczucie ulgi i pomaga złagodzić uczucie izolacji. Do Telefonu Zaufania dla osób starszych dzwonią również osoby chore, a także te, które borykają się z trudnościami życiowymi, takimi jak utrata bliskiej osoby czy problemy finansowe. Dla nich rozmowa z konsultantem staje się szansą na podzielenie się swoimi obawami, otrzymanie wsparcia i poczucia, że nie są pozostawione same sobie w obliczu swoich problemów.
Przekaż swoje 1,5 procent podatku na Telefon Zaufania
Prowadzenie i rozwój Telefonu Zaufania dla Osób Starszych jest możliwe dzięki wpłatom z 1,5% podatku. W 2023 roku konsultanci spędzili około 440 godzin na dyżurach, odpowiadając na telefony osamotnionych seniorów, oraz dodatkowe 100 godzin wspierając opiekunów osób z chorobą Alzheimera. W 2024 roku liczba ta podwoiła się – infolinia działała już przez ponad 1000 godzin, a dyżury mogło pełnić jednocześnie kilku specjalistów. Z każdym miesiącem liczba połączeń rośnie, co pokazuje, jak bardzo potrzebna jest taka forma wsparcia.
Każdy podatnik może pomóc w dalszym działaniu Telefonu Zaufania, przekazując 1,5% swojego podatku na Stowarzyszenie mali bracia Ubogich. Przy składaniu corocznego zeznania podatkowego należy podać numer KRS 0000160750 w odpowiedniej rubryce formularza.
Telefon Zaufania dla osób starszych (22 635 09 54) dostępny jest przez 5 dni w tygodniu, od poniedziałku do piątku, w godzinach od 17:00 do 20:00. Dodatkowo w środy, w godzinach od 14:00 do 16:00, dyżur jest dedykowany wyłącznie osobom dotkniętym chorobą Alzheimera oraz ich opiekunom. Telefon Zaufania jest anonimowy i dostępny dla seniorów w całej Polsce.
* * *
Stowarzyszenie mali bracia Ubogich to międzynarodowa organizacja, która powstała we Francji w 1946 r. W Polsce działa od 2002 r. i jest organizacją pożytku publicznego. Powstała, by być głosem osób niesłyszalnych, niewidzialnych i niezauważanych na co dzień – czyli osób starszych, samotnych. Dzięki Stowarzyszeniu seniorzy stają się widoczni w społeczeństwie. Stowarzyszenie swoje działania opiera na długoterminowym wolontariacie towarzyszącym, polegającym na regularnych odwiedzinach wolontariuszy w domach podopiecznych w ramach Programu „Obecność”, dzięki którym budują się relacje oparte na przyjaźni i zaufaniu oraz na innych inicjatywach.
…..............................................................
1. CBOS, Więzi społeczne, Wrzesień 2024
2. CBOS, Kto jest najbardziej narażony na samotność, Listopad 2024
3. Stowarzyszenie mali bracia Ubogich, Samotność wśród osób 80+, Warszawa 2023
Nowoczesne rozwiązania do garażu i parkingu. Artykuł sponsorowany.
Napisał Wojciech Szota
Bezpieczeństwo i wygoda użytkowania to kluczowe aspekty, na które zwracamy uwagę przy wyborze rozwiązań do garażu i parkingu. Właściwie dobrana brama garażowa, nowoczesne szlabany parkingowe oraz automatyczne napędy do bram mogą znacznie poprawić komfort codziennego użytkowania i zabezpieczyć mienie. Inwestując w nowoczesne systemy, można zwiększyć nie tylko funkcjonalność, ale i estetykę otoczenia. Jakie rozwiązania warto wziąć pod uwagę i dlaczego warto zainwestować w automatyzację dostępu?
Brama garażowa – kluczowy element bezpiecznego garażu
Brama garażowa to jeden z najważniejszych elementów wyposażenia każdego garażu. Musi być solidna, odporna na warunki atmosferyczne i wygodna w użytkowaniu. Na rynku dostępne są różne rodzaje bram – segmentowe, uchylne, rolowane czy rozwierane. Najpopularniejsze są bramy segmentowe, które dzięki pionowemu otwieraniu oszczędzają przestrzeń i zapewniają bardzo dobrą izolację termiczną.
Nowoczesne bramy garażowe można wyposażyć w automatyczne napędy, które umożliwiają ich otwieranie i zamykanie za pomocą pilota, aplikacji mobilnej czy systemu inteligentnego domu. To ogromna wygoda, zwłaszcza w przypadku intensywnego użytkowania lub niekorzystnych warunków pogodowych.
Szlabany parkingowe – kontrola dostępu na najwyższym poziomie
Szlabany parkingowe to rozwiązanie, które sprawdza się w miejscach wymagających kontroli dostępu, takich jak osiedla mieszkaniowe, parkingi firmowe, centra handlowe czy obiekty użyteczności publicznej. Ich głównym zadaniem jest regulacja ruchu pojazdów i zapewnienie bezpieczeństwa.
Dostępne na rynku szlabany różnią się długością ramienia, szybkością otwierania oraz dodatkowymi funkcjami, takimi jak systemy identyfikacji pojazdów, czytniki kart czy integracja z monitoringiem. W zależności od potrzeb można wybrać modele manualne lub automatyczne, które sterowane są za pomocą pilota, karty dostępu lub aplikacji mobilnej.
Napędy do bram – automatyzacja dostępu dla większej wygody
Napędy do bram to element, który znacząco podnosi komfort użytkowania bram garażowych i wjazdowych. W zależności od rodzaju bramy można zastosować różne systemy automatyki – do bram przesuwnych, skrzydłowych czy garażowych.
Nowoczesne napędy do bram są wyposażone w inteligentne systemy zabezpieczeń, takie jak czujniki ruchu, fotokomórki oraz funkcje detekcji przeszkód, które zwiększają bezpieczeństwo użytkowania. Dodatkowo wiele modeli można zintegrować z systemami smart home, co pozwala na sterowanie bramą z dowolnego miejsca na świecie.
Nowoczesne technologie i bezpieczeństwo
Współczesne systemy kontroli dostępu, w tym bramy garażowe, szlabany parkingowe i napędy do bram, korzystają z nowoczesnych technologii, takich jak łączność Wi-Fi, Bluetooth czy sterowanie głosowe. Automatyzacja pozwala nie tylko na wygodniejsze użytkowanie, ale także zwiększa poziom bezpieczeństwa – możliwość zdalnego zamknięcia bramy czy integracja z systemem alarmowym to dodatkowe atuty nowoczesnych rozwiązań.
Wybór odpowiednich rozwiązań do garażu i parkingu to inwestycja w wygodę, bezpieczeństwo i nowoczesność. Brama garażowa zapewnia ochronę pojazdu i wygodny dostęp do garażu, szlabany parkingowe skutecznie kontrolują ruch na parkingach, a napędy do bram pozwalają na komfortowe użytkowanie bram bez konieczności ich ręcznego otwierania. Inwestując w automatyzację, zyskujemy nie tylko oszczędność czasu, ale również podnosimy standard życia i bezpieczeństwo naszego otoczenia.
Dzień 27 stycznia 2025 roku jest obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Tę datę wybrano nieprzypadkowo, bo właśnie 27 stycznia przypada rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, czyli największego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady. W 2025 roku mija dokładnie 80 lat od tego wydarzenia. Tysiące osób, w tym wiele oficjalnych delegacji państwowych na wysokim szczeblu, będzie obchodzić tę rocznicę.
Obchody tej rocznicy mają pomóc w budowaniu świadomości społecznej o Holokauście i w oficjalnym upamiętnieniu wszystkich ofiar hitlerowskiego reżimu. Zalicza się do nich 6 milionów Żydów i miliony innych ludzi, w tym Polaków, Romów i Sinti, homoseksualistów oraz osoby z niepełnosprawnościami.
Jedną z grup ofiar wspominanych podczas obchodów 80 rocznicy wyzwolenia Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci są Świadkowie Jehowy, którzy byli jedyną grupą chrześcijan oznaczaną oddzielnym symbolem – fioletowym trójkątem. W swojej książce, była więźniarka Auschwitz, Anna Pawełczyńska napisała o nich:
„W skali ogromnej społeczności Oświęcimia Świadkowie Jehowy stanowili maleńką, niepozorną grupkę (...). Tym niemniej ich kolor winkla zaznaczył się w obozie w sposób tak wyraźny, że mała liczba nie oddaje faktycznej siły tej grupy. Była to grupa więźniów – stanowiąca zwartą siłę ideologiczną, która wygrała swą walkę z hitleryzmem”.
Z kolei profesor Detlef Garbe, były dyrektor Miejsca Pamięci Obozu Koncentracyjnego Neuengamme, na temat tej grupy osadzonych powiedział:
„Świadkowie Jehowy, którzy byli poddawani bezlitosnym prześladowaniom za rządów Trzeciej Rzeszy, należą do tak zwanych zapomnianych ofiar hitleryzmu. Przez dziesięciolecia byli pomijani (…), mimo że spora liczba Świadków Jehowy cierpiała prześladowania i poniosła śmierć”.
Dlaczego Świadkowie Jehowy byli prześladowani? Ponieważ będąc wierni sumieniu wykształconemu na Biblii, nie chcieli brać broni do ręki, nie zgadzali się z nazistowską ideologią nienawiści, odmawiając pozdrowienia „Heil Hitler” oraz udziału w aktach rasizmu, ksenofobii i przemocy. Ryszard Jabłoński, rzecznik Świadków Jehowy, wyjaśnił:
„W czasach Trzeciej Rzeszy, Świadków Jehowy prześladowano wyłącznie ze względu na przekonania religijne. Co istotne hitlerowcy dawali im możliwość wyboru i wyjścia na wolność, ale pod warunkiem, że na piśmie wyrzekną się swojej wiary i poprą nazistowski reżim. Oni jednak odważnie trzymali się chrześcijańskich wartości – zachowywali lojalność wobec Boga i okazywali miłość innym ludziom”.
Według danych Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau, Świadkowie Jehowy znajdowali się wśród pierwszych więźniów obozu. Co najmniej 35% z setek osadzonych Świadków zginęło. Na stronie internetowej Auschwitz.org można przeczytać: „Oprócz krótkich wzmianek, literatura dotycząca historii obozu koncentracyjnego Auschwitz nie uwzględnia Świadków Jehowy (w rejestrach obozowych określanych jako Badacze Pisma Świętego), którzy trafili do obozu z powodu swoich przekonań religijnych. Ci więźniowie zasługują na bliższą uwagę ze względu na sposób, w jaki zachowali się podczas pobytu w warunkach obozowych, trzymając się swoich zasad moralnych”.
Nazistowskie prześladowania Świadków Jehowy w liczbach:
Około 13 400 spośród 35 000 Świadków Jehowy żyjących w okupowanej Europie padło ofiarą nazistowskich prześladowań.
Jakieś 11 300 Świadków było aresztowanych.
Około 4 200 Świadków zostało wysłanych do obozów koncentracyjnych.
Ponad 1 250 ofiar nazistowskich prześladowań to niepełnoletnie dzieci Świadków Jehowy.
Nazistowskie władze odebrały około 600 dzieci rodzicom, którzy byli Świadkami Jehowy.
Co najmniej 72 Świadków Jehowy poddano eutanazji.
Co najmniej 548 Świadków, w tym nieletnich, stracono lub celowo uśmiercono.
W sumie w wyniku prześladowań nazistów życie straciło około 1600 Świadków Jehowy.
Świadkowie Jehowy dzisiaj
Świadkowie Jehowy w Polsce i na świecie wkładają wysiłki, by budować społeczną świadomość na temat tego krytycznego okresu w historii ludzkości jakim był czas Holocaustu i jego wpływu na prawa człowieka oraz przekazywać relacje naocznych świadków, które dowodzą wiary i niezłomności w obliczu nieludzkiego traktowania przez reżim nazistowski. W oficjalnym serwisie internetowym Świadków Jehowy – JW.ORG można znaleźć między innymi takie publikacje:
- Dlaczego Bóg dopuścił do Holokaustu?
- Co spotkało Świadków Jehowy podczas Holokaustu i w obozach koncentracyjnych?
- Niezłomni w obliczu sprzeciwu – Świadkowie Jehowy a hitleryzm (FILM)
- Fioletowe trójkąty – historia rodziny Kusserow (FILM)
Z Nowym Rokiem – nowym krokiem. Jak zadbać o siebie w tym roku?
Napisał Wojciech Szota
„Nowy Rok, nowy ja!”, Styczeń to dla wielu z nas czas nowych początków i zadbania o siebie. Czas zmian w naszym życiu. Mało kto wie, że noworoczne postanowienia zawdzięczamy starożytnym Rzymianom. Janus, rzymskie bóstwo o dwóch twarzach, był uosobieniem nowych początków. Jakiego początku szukamy dla siebie w Nowym Roku? Według badań na szczycie postanowień od lat wśród Polaków przewija się jedno: walka z nałogami i troska o zdrowie.
Najczęstszym nałogiem jest wśród nas palenie papierosów. Pali prawie co trzeci (29%) z nas. To nałóg, który często idzie w parze z innymi niezdrowymi nawykami, np. złą dietą. Palacze lubią jeść tłusto, rzadziej też sięgają po warzywa i owoce. Papierosy nie tylko rujnują zdrowie i drenują kieszenie. Zdaniem naukowców, mają też wpływ na to, jak się odżywiamy.
Amerykańscy naukowcy sprawdzili, co ląduje na talerzach palaczy, byłych palaczy i osób niepalących. Wzięli pod lupę ponad 5 tysięcy osób. Okazało się, że niepalący wybierali bardziej urozmaicone i najmniej kaloryczne dania. Za to palacze, choć sięgali po najmniejsze posiłki, ale też najbardziej kaloryczne porcje – głównie tłuste i przetworzone. Podobny eksperyment przeprowadzili brytyjscy naukowcy na grupie ponad 2 tys. osób. Na talerzach palaczy było mniej potraw zawierających witaminę C, E, beta-karoten czy błonnik.
Co ciekawe, zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy, od lat zalecają palaczom, że jeśli nadal chcą palić, to zamiast palić papierosy powinni chociaż rozejrzeć się za mniej trującymi organizm zamiennikami. W USA są to np. podgrzewacze tytoniu, czyli tzw. „ajkosy” (w Polsce występuje też bardziej dostępny lil SOLID EZ) albo popularne „snusy”, jak nazywa się saszetki z nikotyną. W odróżnieniu od papierosów, w takich zamiennikach nie ma najbardziej trującego organizm dymu, który powstaje podczas spalanie tytoniu. Efekt? W USA i Wielkiej Brytanii od lat systematycznie spada liczba palaczy – m.in. dzięki temu, że palacze zamiast papierosów stosują tu takie zamienniki.
Palenie papierosów nie tylko zmienia nasz codzienny jadłospis na gorsze. Wpływa też na nasz cały układ pokarmowy. Piekące uczucie w okolicach mostka nie musi być objawem problemów z sercem – choć zawsze warto skonsultować to z kardiologiem. Może bowiem być objawem tzw. zgagi, czyli choroby refluksowej przełyku. Pieczenie, dokuczliwy kaszel, chrypka, problemy z zębami czy dziąsłami – mogą być skutkiem palenia papierosów i powinny skłonić do szybkiej wizyty u lekarza. A tam usłyszymy jedno: proszę natychmiast rzucić!
Niestety, zerwanie z tym nałogiem jest trudniejsze niż może się wydawać. Według amerykańskich badań palacze próbujący zerwać z tym nałogiem potrzebują nawet 10 prób, zanim porzucą papierosy na dobre. Statystycznie 5 na 100 palaczy rzuca palenie bez jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Szanse na rozstanie z tym fatalnym w skutkach nałogiem zwiększają np. plastry czy gumy nikotynowe. Pomoże też zmiana diety i uprawianie sportu. Odpowiednio dobrane posiłki (np. zdrowe przekąski) i aktywność fizyczna mogą ułatwić zerwanie z używkami. Warto też uzupełnić dietę w świeże owoce, warzywa czy orzechy, które zawierają przeciwutleniacze i są bogate w witaminy A, C, E i B. To przyśpieszy wydalanie toksyn z organizmu i zmniejszy tzw. głód nikotynowy.
11 października miechowska Galeria „U Jaksy” gościła jednego z czołowych przedstawicieli współczesnej polskiej sztuki, założyciela i dyrektora Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu, pomysłodawcę Międzynarodowego Pleneru Malarskiego „Srebrne Miasto” – Stanisława Stacha. Artysta zaprezentował kilkadziesiąt swoich obrazów z kilku okresów, w jakich tworzył na przestrzeni długich i płodnych lat pracy. Był to jeden ze 130 wernisaży krajowych i 100 międzynarodowych w których brał udział.
Gdy dodamy jeszcze, że Stanisław Stach ma na swym koncie ponadto ponad 60 wystaw indywidualnych, będziemy mieli w miarę pełny obraz pracy tego ciekawego, różnorodnego i... pełnego humoru artysty. Jak sam dodawał, oprócz 50 lat pracy twórczej i 70 lat życia, w tym roku obchodzi także jubileusz 40 lat małżeństwa. Ma więc aż trzy powody do świętowania.
Obecna na wernisażu prof. Joanna Banek z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie miała ze sobą List Gratulacyjny Związku Polskich Artystów Plastyków, skierowany do Jubilata. Obok gratulacji i życzeń koleżanki i koledzy mieli także podziękowania za ogromny wkład w rozwój i upowszechnianie kultury oraz za piękne, malarskie dzieła, propagujące najwyższe wartości. „Życzymy satysfakcji z wszelkich osiągnięć i nieustannej wiary, że mądrość, piękno i dobro posiadają magiczną moc, a wierność muzie sztuki daje szczęście i spełnienie” – czytamy w tym dokumencie.
- Praca twórcza to jest taki dar boży i nałóg, bez którego nie możesz się obejść i to dotyczy zarówno literata, muzyka czy plastyka. Człowiek ucieka do tego nałogu, pracuje i on go wciąga. I to jest wielka przygoda, kiedy wszystko inne idzie na bok, a człowiek się realizuje ponieważ szuka swojej drogi. Jaj jej jeszcze nie znalazłem... – próbował odpowiedzieć na pytanie dyrektora Galerii „U Jaksy” Pawła Olchawy nasz bohater. Jak zwierzał się podczas rozmowy, tworzy seriami, cyklami, po których ucieka w inne rejony swej wyobraźni, szukając nowej drogi wyrażenia emocji. Możemy je poznać oglądając jego obrazy, rysunki, grafikę.
Wernisaż gościł także artystkę z innej dziedziny sztuki – skrzypaczkę, która w miechowskiej galerii wystąpiła po raz pierwszy. Aleksandra Wagstyl jest absolwentką Akademii Muzycznej w Krakowie, muzykiem krakowskiej Orkiestry Akademii Beethovenowskiej i pedagogiem. Zaprezentowała fragmenty muzyki ze znanych filmów, głównie tanga, co bardzo spodobało się przybyłej tego wieczoru, wiernej galerii publiczności.
Wielkie brawa i życzenia dla olkuskiego artysty. Można tylko zapytać dlaczego podobny wernisaż nie odbył się, póki co, w jego rodzinnym mieście...?
* * *
Stanisław Stach urodził się w Olkuszu w 1954 roku. Studiował grafikę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w latach 1978-1983 w pracowni litograficznej Włodzimierza Kunza.
W trakcie kariery artystycznej zdobył liczne nagrody i wyróżnienia, m.in.: dwukrotnie pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Biennale Rysunku w Wielkiej Brytanii, wyróżnienia na Konkursie Małych Form Artystycznych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, wyróżnienia na Biennale Pasteli w Nowym Sączu, wyróżnienia na Triennale Akwareli w Lublinie, drugą nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Spychalskiego w Poznaniu, nagrodę na II Biennale Malarstwa i Grafiki ZPAMiG w Katowicach. Czterokrotny stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie. Uhonorowany odznaczeniami państwowymi i związkowymi, w tym Odznaką Honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Brązowym i Srebrnym Krzyżem Zasługi, Brązowym i Srebrnym Medalem „Gloria Artis” w dziedzinie sztuk wizualnych – Plastyka, Srebrną i Złotą Odznaką Honorową Małopolski – Krzyżem Małopolskim, Medalem Polonia Minor w Krakowie, Złotą Paletą od Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie.
Więcej...
Kto może wykonać raport o oddziaływaniu na środowisko? (artykuł sponsorowany)
Napisał Wojciech Szota
Realizacja inwestycji mogących oddziaływać na środowisko wymaga uzyskania decyzji środowiskowej. W przypadku przedsięwzięć mogących zawsze znacząco oddziaływać na środowisko do jej wydania niezbędne jest przeprowadzenie oceny oddziaływania na środowisko. Najważniejszym dokumentem umożliwiającym ocenę zagrożeń stwarzanych przez inwestycję jest raport o oddziaływaniu na środowisko (OOŚ). Dokument ten może zostać przygotowany wyłącznie przez osobę posiadającą określone w ustawie kwalifikacje.
W jakim celu przygotowuje się raport oddziaływania na środowisko?
Analiza raportu oddziaływania na środowisko stanowi podstawę do wydania decyzji środowiskowej w przypadku inwestycji mogących zawsze znacząco oddziaływać na środowisko. Określa on, w jaki sposób i w jakim stopniu planowane przedsięwzięcie może stwarzać zagrożenie dla środowiska. Raport składa się z części opisowej oraz graficznej i musi zawierać szczegółowe informacje na temat planowanej inwestycji, jej wariantów i przewidywanych skutków środowiskowych.
Kto może sporządzić raport oddziaływania na środowisko?
Wymagania, jakie musi spełniać autor raportu oddziaływania na środowisko, reguluje art. 74a Ustawy z dnia 3 października 2008 roku o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Zgodnie z nim autor raportu musi posiadać odpowiednie wykształcenie lub doświadczenie.
Raport oddziaływania na środowisko może przygotować osoba, która ukończyła studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia lub jednolite studia magisterskie na kierunkach z zakresu:
- nauk ścisłych z dziedzin nauk chemicznych (biochemia, biotechnologia, chemia, ochrona środowiska, technologia chemiczna);
- nauk przyrodniczych z dziedzin nauk biologicznych oraz nauk o Ziemi (biochemia, biofizyka, biologia, biotechnologia, ekologia, mikrobiologia, ochrona środowiska, geofizyka, geografia, geologia, oceanologia);
- nauk technicznych z dziedzin nauk technicznych z dyscyplin: biotechnologia, górnictwo i geologia inżynierska, inżynieria środowiska;
- nauk rolniczych, leśnych i weterynaryjnych z dziedzin nauk rolniczych, nauk leśnych (agronomia, biotechnologia, inżynieria rolnicza, ochrona i kształtowanie środowiska, ogrodnictwo).
Autorem raportu oddziaływania na środowisko może być również osoba, która ukończyła studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia lub jednolite studia magisterskie na dowolnym kierunku, jeśli ma udokumentowane odpowiednie doświadczenie. Wymagane jest minimum 5-letnie doświadczenie w pracach zespołowych polegających na przygotowaniu raportów lub prognoz oddziaływania na środowisko bądź uczestnictwo w przygotowaniu co najmniej 5 takich dokumentów.
W raporcie OOŚ powinny znaleźć się dane autora (imię i nazwisko) oraz jego podpis. Dodatkowo autor raportu powinien dołączyć do niego oświadczenie potwierdzające spełnianie przez niego niezbędnych wymagań formalnych. Za składanie fałszywych zeznań grozi odpowiedzialność karna.
Przypadający ostatniego dnia maja Światowy Dzień Bez Tytoniu co roku staje się okazją do podjęcia dyskusji o problemie palenia tytoniu i do głębszej analizy konsekwencji, jakie powoduje nałóg. Tym razem wyzwanie wytyczenia dróg walki z papierosami podjęło się grono ekspertów zaproszonych przez Forum Zdrowia Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.
W dyskusji uczestniczyli przedstawiciele środowisk medycznych i okołomedycznych, w tym: NFZ, GIS, AOTMiT, Narodowego Instytutu Onkologii, Polskiego Towarzystwa Alergologicznego, Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego a także eksperci uniwersyteccy, przedstawiciele jednostek badawczych III sektora i administracji państwowej.
Wiemy więcej
Spotkaniu towarzyszyła prezentacja wyników ankiety Fundacji TO SIĘ LECZY nt. doświadczeń pacjentów onkologicznych i kardiologicznych w walce z uzależnieniem oraz analiza „Jak palą Polacy” przeprowadzona przez dr. Jerzego Gryglewicza z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego. Kluczowym punktem spotkania była publikacja „Przegląd systematyczny dotyczący profilu bezpieczeństwa względnego wybranych metod rekreacyjnego stosowania nikotyny”.
- Jesteśmy w dobrej sytuacji, jeśli chodzi o materiały, dokumenty, analizy. Mamy zidentyfikowane główny problem zdrowotny w krajowym planie transformacji. Nie mamy natomiast ogólnopolskiej strategii zapobiegania paleniu i rzucaniu palenia. Mamy zapisy i działania jednostkowe – mówi dr Jerzy Gryglewicz.
Owocem wszelkich analiz, konsultacji i spotkań powinno być jasne wytyczenie kierunków i sposobów, jakie powinna obrać Polska, aby zredukować liczbę palaczy i – co ważne – zredukować obciążenia systemowe, jakie generuje palenie papierosów. 30 procent Polaków wciąż pali papierosy.
- W przypadku części alternatyw dla papierosów tradycyjnych, część substancji szkodliwych została zredukowana o blisko 100 procent. Z badań wyraźnie wynika, że najgorzej jest palić papierosy zwykłe, potem cygara, podgrzewacze, e-papierosy, następnie saszetki – mówi były wiceminister zdrowia, dr Krzysztof Łanda. – Przyjęta w 2014 r. dyrektywa tytoniowa UE powstała w oparciu o badania, których większość toczyła się przed rokiem 2010. Były one bardzo niskiej jakości. Tymczasem od 2016 r. rośnie liczba badań, które można uznać za wiarygodne – dodaje.
Zwieńczeniem analiz związanych z produktami nikotynowymi jest „Przegląd systematyczny” przygotowany przez zespół specjalistów pod nadzorem dr. Krzysztofa Łandy.
– Takie przeglądy są podstawą dla WHO do wykonywania określonych rekomendacji, a dla regulatorów powinny być bazą do wdrażania odpowiednich przepisów. To jest zapisane w traktacie o funkcjonowaniu Unii Europejskiej -mówi dr Krzysztof Łanda
Przegląd jest badaniem mającym najwyższy poziom wiarygodności i jako evidence based medicine (medycyna oparta na dowodach, EBM), może być merytoryczną podstawą działań w zakresie ochrony zdrowia społecznego. Jego istotą jest porównanie dostępnych produktów nikotynowych i zestawienie ich z papierosami tradycyjnymi. A o produktach nikotynowych, nowych zakazach i kierunkach polityki państwa oraz UE mówi się w ostatnich dniach bardzo dużo. Działania są natomiast wybiórcze dlatego brak jest oczekiwanych rezultatów.
Brak poradni antynikotynowych
– Spośród 8 milionów palących Polaków, zaledwie 8 czy 9 tysięcy zgłasza się do poradni specjalistycznych. Dlaczego? Bo mamy zaledwie 3 poradnie antynikotynowe, o których mało kto wie, tak wśród lekarzy, jak i pacjentów –mówi dr Janusz Krupa, prezes Instytutu Człowieka Świadomego. Unia Europejska ma ambitny plan radykalnego ograniczenia liczby osób palących do roku 2040. W Polsce co roku palenie powinno rzucać 10 procent wszystkich palaczy. Skuteczność rzucania palenia mieści się w przedziale 6-10 procent. To oznacza, że co roku wszyscy palacze w kraju powinni podejmować próbę pozbycia się nałogu. To nierealne, dlatego w najbliższej przyszłości powinniśmy podąża wzorem UK czy Szwecji i wyznacza palaczom alternatywne drogi walki z nałogiem.
Prezes Instytutu przypomina także, że w kwietniu 2024 roku właśnie ICŚ opublikował raport będący zbiorem wytycznych koniecznych do zaktualizowania krajowej strategii ograniczania konsumpcji tytoniu.
Profilaktyka a walka z nałogiem
Specjaliści zwrócili uwagę na konieczność rozgraniczenia problemu palenia dorosłych i młodzieży. – Mamy przecież odpowiednie wzorce. W grudniu 2023 Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji przedstawiła konkretne rekomendacje, jak powinny wyglądać programy polityki zdrowotnej w zakresie walki z paleniem. W tym dokumencie rozgraniczono problemy związane z paleniem dzieci i młodzieży, które ma zupełnie inny charakter oraz problemy dorosłych. U dzieci i młodzieży powinniśmy w sposób drastyczny zapobiegać rozpoczęciu palenia. Natomiast u uzależnionych dorosłych taktyka powinna być zupełnie inna – mówi dr Jerzy Gryglewicz. Właśnie profilaktyka stała się jednym z kluczowych elementów dyskusji. Zaapelował o nią prof. Marek Krzystanek ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, a jej znaczenie podkreślili przedstawiciele NFZ.
- Profilaktyka i promocja zdrowia są priorytetem. Codziennie, we wszystkich oddziałach wojewódzkich, placówkach i delegaturach NFZ odbywa się około 20 spotkań – mówi Sylwia Wądrzyk-Bularz, dyrektor Departamentu Obsługi Klientów i Profilaktyki, Centrala Narodowego Funduszu Zdrowia podkreślając że duże znaczenie. Jednym z 5 kluczowych punktów nowego programu NFZ „Edukator”. jest właśnie walka z uzależnieniami.
Najpierw przegląd badań, potem strategia
Polska medycyna potrzebuje systematycznego przeglądu światowych rozwiązań walki z paleniem, zarówno w wymiarze profilaktyki, jak i zwalczania nałogu, bo są to dwa odrębne aspekty działań. Dopiero na bazie takiego dokumentu powinny powstawać rekomendacje, rodzić się ograniczenia prawne i tworzyć programy profilaktyczne.
- Apeluję, żebyśmy dyskutowali w oparciu o dowody naukowe – mówi dr Krzysztof Łanda. – Tylko wtedy możemy na poziomie krajowym uzgodnić realne cele, jakie mamy do osiągnięcia. Jeśli nie będziemy kontrolować rynku nikotyny, dojdzie do bardzo wielu szkód wywołanych przez palenie zwykłych papierosów. Ale gdzieś jest optimum i jeśli przeregulujemy rynek, spowodujemy kolejne szkody społeczne – puentuje nawiązując do przykładu prohibicji w USA, jako czasu, kiedy regulacje rynku okazały się nieskuteczne.
* Raport „Palenie tytoniu najważniejszy czynnik ryzyka zdrowotnego w Polsce” https://instytutczlowiekaswiadomego.pl
Pani Ania, nasza Czytelniczka, ostrzega: NIGDY NIE ZACZYNAJCIE PALIĆ
Napisał Wojciech Szota
„Zaczęłam palić papierosy jakoś zaraz po maturze. Pomyślałyśmy sobie z koleżankami, że egzamin dorosłości zaliczony i zrobimy coś, co robią inni dorośli. Jedna z moich koleżanek podprowadziła ojcu z domu jakieś francuskie papierosy. To wtedy miało swoją magię, bo „zagraniczne”... I tak zapaliłyśmy jednego, podając go sobie po kolei. Jedna z moich koleżanek prawie zwymiotowała. Tak ją to odrzuciło, że już nigdy potem nie miała papierosa w ustach. U mnie to niestety poszło w drugą stronę. Kilka dni później już miałam swoją paczkę. Od tego czasu nie rozstawałam się z papierosami. To już ponad 40 lat... W zasadzie nie pamiętam u mnie dnia bez papierosa. Kilka razy próbowałam rzucać, a potem i tak kilka razy wracałam. I tak w kółko. Jak jeszcze pracowałam, to było nas tam kilka palących. Kilka przerw na dymka w ciągu dnia sobie robiłyśmy. Nie wyobrażam sobie nawet, jak musiałyśmy cuchnąć, jak popielniczki jakieś chodziłyśmy... To jest straszny nałóg. Myślałam, że już nigdy nie rzucę tych papierosów, ale ze 3 lata temu zainspirowała mnie Irena, koleżanka z pracy. Zrobiłyśmy sobie przerwę na dymka i Irka wyjęła z torebki takie jakby mini papierosy, które wtykała w jakieś urządzenie. Zaczęłyśmy z niej żartować z koleżankami, że sobie już papierosy na pół przecina, żeby ograniczać palenie. A ona nam na to, że tego się nie pali, bo to tak zwany podgrzewacz do tytoniu i że to mniej truje niż papieros. Córka jej sprezentowała, bo już nie mogła wytrzymać, że tyle kopci i że ubrania jej przesiąkły dymem, a tutaj przynajmniej tego smrodu papierosa nie czuć i dymu nie ma. Jak to stare palaczki, popatrzyłyśmy na nią nieufnie. „To ci coś daje w ogóle?” – zapytała ją jedna. A Irka jej odparła, że odkąd używa tego podgrzewacza, to już papierosa w życiu nie zapali, i że jak się tym zaciągnie to tak jakby paliła, ale nie ma tu tego dymu, co drapie w gardło jak przy paleniu papierosa. Dłonie i włosy nie cuchną, ubrania zapachem nie przechodzą... Zaciekawiona pomyślałam, że skoro Irka dała radę to i ja dam. Tego samego dnia poszłam do mojego sklepu na rogu. „Ale Pani Aniu, jaki ten podgrzewacz?” – zapytała mnie eksperientka. A ja zdębiałam. „Irka mówiła, że to się jakoś na es zaczyna...”. Ekspedientka się zaśmiała i zdjęła mi z półki taki sam: „Pani Aniu, to się lil solid ez nazywa. Bierze Pani?” Wyciągnęłam 50 zł i wróciłam z tym do domu. Chyba jakoś po tygodniu zupełnie przestałam palić papierosy. W życiu nie myślałam, że zastąpi mi papierosa! Od kilku dni sięgam po to rzadziej, więc może w końcu uda mi się rzucić nałóg... Jeśli Szacowna Redakcja zechce opublikować mój list, to jako starsza koleżanka chciałabym wysłać do Czytelniczek jedną wiadomość: nigdy nie zaczynajcie palić, żebyście się później z tym tak nie męczyły w życiu jak ja!”
Anna, 62 lata
* * * * * * * * * * * *
Świat oducza palaczy palenia
Już od 37 lat cały świat przypomina palaczom, żeby przestali palić papierosy. Ostatni dzień maja to symboliczna data: Światowy Dzień Bez Papierosa. W Polsce papierosy pali co trzeci dorosły Polak.
Pomimo rosnącej świadomości społecznej i zdrowotnej, palenie papierosów pozostaje ogromnym problemem w naszym kraju. Blisko 8 mln z nas pali papierosy, czyli 29 proc. dorosłej populacji Polski: 3 mln kobiet i 5 mln mężczyzn. Co gorsza, palimy coraz więcej: w minionym roku nasi rodacy wtłoczyli do płuc ponad 49 miliardów (!) sztuk papierosów!
Na tym nie koniec złych wiadomości. Polacy rzucają palenie bardzo niechętnie, w UE zajmujemy pod tym względem jedno z ostatnich miejsc. W pułapce nałogu trzyma palaczy nikotyna, która silnie uzależnia. Jednak najbardziej zabójczy dla palacza i jego otoczenia jest dym papierosowy, powstający przy palenie papierosa: zawiera ok. 70 substancji rakotwórczych i jest przyczyną wielu chorób.
Palacze chcący rzucić nałóg mogą wspierać się plastrami z nikotyną, gumami lub pastylkami nikotynowymi albo specjalnymi inhalatorami nikotyny. Pomagają one wszystkie złagodzić objawy po odstawieniu papierosa (tzw. głód nikotynowy) i ograniczyć skutki związane z tym nałogiem. Są też leki dostępne bez recepty (z preparatem o nazwie cytyzyna) lub na receptę (z preparatami zawierającymi bupropion lub wareniklinę).
Nałogowi palacze, którzy nie zamierzają rzucać palenia, mogą tymczasowo wypróbować zamienniki do papierosów w postaci e-papierosów lub podgrzewaczy do tytoniu. Obydwa imitują odruch palenia, ale są mniej toksyczne od papierosów, bo nie wydzielają dymu i nie zawierają substancji smolistych. Nie pozwalają zerwać z nałogiem (mają nikotynę), mogą jedynie zmniejszyć jego szkodliwe skutki zdrowotne u palaczy.
Każdy krok w kierunku rozstania z papierosami przyczynia się do poprawy zdrowia i jakości życia. Nic nie zastąpi jednak najlepszej możliwej decyzji, którą może podjąć każdy palacz. Tą decyzją jest życie wolne od tego nałogu! Każdy może to zrobić!
Czy e-papierosy powinny być przepisywane na receptę? Z takiego założenia wychodzą Brytyjczycy, którzy traktują wspominane urządzenia, jako jedno z narzędzi pomocy osobom uzależnionym od papierosów. Czy to właściwa droga?
Obecnie Wyspiarze mogą poszczycić się dość niskim odsetkiem osób palących papierosy: udało im się zejść poniżej 15 proc. Dla porównania w Polsce statystyka ta utknęła na poziomie 21 proc. i od jakiegoś czasu stoi w miejscu.
W jaki sposób Brytyjczycy dotarli do tego punktu? Odpowiedź jest złożona: z jednej strony postawili na politykę redukcji szkód, z drugiej – zaangażowali naprawdę spore nakłady w rozwój sieci poradni dla palaczy.
E-papierosy na receptę i zaawansowane poradnictwo
W Wielkiej Brytanii przeszkolenie w kwestii prewencji palenia posiadają zarówno lekarze pierwszego kontaktu, jak i farmaceuci czy pielęgniarki.
Palacze mogą więc zgłosić się do dowolnego punktu opieki zdrowotnej i mogą liczyć na to, że otrzymają wsparcie w postaci porady medycznej oraz środków, które pomogą im rzucić palenie – od leków, przez gumy – po e-papierosy.
W UK działają programy, w ramach których realizowana jest polityka redukcji szkód właśnie z udziałem tego typu urządzeń. Co więcej, już niedługo można spodziewać się, że e-papierosy będą przepisywane na receptę - rejestracja e-papierosów jako produktów medycznych to jeden z kroków podejmowanych w celu wdrożenia planu prowadzącego do „bezdymnej przyszłości”. Wielka Brytania chce skończyć z dymem papierosowym do 2030 roku.
Redukcja szkód
Polska ma podobne cele, jednak decyzja o podjęciu leczenia czy zastosowania produktów bezdymnych w celu redukcji szkód wywołanych paleniem jest pozostawiana do indywidualnej rozwagi. Na naszym rynku dostępne są różne kategorie alternatywnych produktów nikotynowych. Mamy e-papierosy działające w systemach otwartych (do samodzielnego napełniania pojemnika z liquidem) lub zamkniętych, z gotowymi, wymiennymi kartridżami, jak np. Vuse ePod, są podgrzewacze tytoniu oraz najkrócej dostępne na naszym runku saszetki nikotynowe. Każda z tych alternatyw jest o ok. 95-99% mniej szkodliwa od tradycyjnego papierosa. Warto o tym pamiętać i pomyśleć o zdrowiu i kondycji na wiosnę!
