Reklama

Wojciech Szota

Redaktor Naczelny Wieści Wolbromskich



Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część II

 

Słychać wzmagający się szum. Szlak przez bezdroża tonie w strugach deszczu. To drugi tak ulewny dzień. Grupa wędrowców wytrwale brnie dalej po grząskim podłożu. Na twarzy jednej z dziewczyn widać już wielkie znużenie i ogromną desperację. - I kolejna migawka filmu: świetlista tafla błękitnego jeziora, czysta i nieskazitelna, niezmącona najmniejszą falą. Niczym magiczne lustro. Na nim płynące łódki kanu z wioślarzami. Dystans na dziś: 19,7 km. Ujęcie się zmienia. Widać mozolną przeprawę piechurów przez rwący nurt rzeki. Ostrożnie i powoli stawiają kroki na nierównym gruncie, pośród rzecznych kamieni. Uwagę natychmiast przykuwają szczupłe, drobne kobiety, z potężnymi plecakami, które – momentami – wydają się znacznie przewyższać rozmiarami swoje właścicielki.


Bezkres i cisza

Co jest tak fantastyczne? Bezkres i ta przejmująca cisza! Na Grenlandii, idąc przez 160 km, nie widzieliście żadnego domu, samochodu, samolotu, torów kolejowych. Dlatego jest pięknie! Bo to Natura, która nie została przekształcona przez człowieka – mówił Mateusz Albrycht, z zawodu leśnik, pasjonat Natury, ornitologii i podróży,  prezentując młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej, nagrania i slajdy z arktycznej letniej wyprawy, uderzająco „inne” od klasycznych wakacyjnych wspomnień. Zniewalający horyzont, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
- Szliśmy dwunastoosobową ekipą, siedem pań i pięciu panów. I one też niosły, tak samo jak my, 20-kilogramowe plecaki. Bo tam były: ubrania, śpiwory, jedzenie, wszystko – słychać wyjaśnienia. - Najciekawsze mieliśmy przeprawy przez rzeki, było ich z dziesięć. Najwięcej wody – po pas, rwące potoki. Woda sakramencko zimna. Gdy zrobiliście krok do wody, od razu było czuć, jak wam się wbijają takie igiełki w stopy. Ale niestety, jak tego nie przejdziesz, dalej nie idziesz. To zakładasz buty, ja miałem kroksy, ktoś sandały i powolutku brniesz przez wodę. Największym problemem na szlaku nie były wysokie podejścia i zejścia, ale to, że tam jest cały czas mokro, torf i bagno. Trzeba, na nierównym terenie, ciągle się przedzierać w wodzie po kolana. Jak sobie poradziłem? Eksperymentalnie, kupiłem skarpetki  z membraną, nieprzemakające. I to był strzał w dziesiątkę! Kurtki przeciwdeszczowe - 8 godzin opadów i jej nie ma, człowiek cały mokry. Buty przemoczone po dwóch dniach, a skarpetki nie przemokły przez cały wyjazd. 
Dwa dni spaliśmy w takim domku – na prezentacji widać pustkowie i mały niepozorny czerwony budynek. - Gdy Inuici jeżdżą swoimi zaprzęgami, myśliwi, jak polują, to się tam zatrzymują. Głównie jednak nocowaliśmy w namiotach, śpiwór musiał być do temperatur minusowych, bo nocą dwa razy mieliśmy do – 5 stopni. A tu nasze śniadanko w postaci jajecznicy… w proszku. - Na filmie oglądamy podręczną kuchnię polową i krzątające się wokół niej osoby. - Tak sobie gotowaliśmy, mamy kuchenkę, garnuszek, rozrabiamy wodę, zalewamy i jemy. Mieliśmy dużo orzechów, batonów smakowych, liofilizaty, elektrolity, energetyczne wysokotłuszczowe racje kryzysowe. To nasza porcja żywieniowa, musieliśmy jeść ok. 3,5 - 3,8 tys. kalorii dziennie, spalaliśmy 6 300 kalorii, a więc cały czas był deficyt, wróciłem 10 kg lżejszy.
Przeszliśmy 145 km na nogach, ok. 20 km dziennie i 19 km przepłynęliśmy kanu. Zeszło nam 9 dni marszu, mieliśmy 3 dni zapasu trasy, ale wykorzystaliśmy tylko jeden z nich. Podróż była wymagająca, najpierw z Polski trzeba się dostać do Danii, do Kopenhagi. Dopiero stamtąd dotarliśmy do Nuuk, stolicy Grenlandii, potem do Sisimiut, gdzie zaczynał się szlak: Arctic Circle Trail. On ma długość165 km, łączy miejscowości Kangerlussuaq z Sisimiut – tłumaczy podróżnik. - To jedna z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która wiedzie przez dzikie krajobrazy Grenlandii. Rocznie przemierza ją tylko ok. 1500 osób z całego świata, ale dzięki temu spokojnie można podziwiać to piękno dookoła. Dlatego wybrałem ten kierunek. Moim marzeniem z dzieciństwa było, aby zobaczyć tę niedostępną krainę, i „Eskimosa” też. Poza tym, fascynuje mnie bezkresna przestrzeń, dzika przyroda, pociąga przygoda i trudność takiej wyprawy oraz brak turystycznych tłumów dookoła. I jest oczywiście jeszcze miłość do lodowców, które uważam za najpiękniejsze oblicze Natury. 
Ten szlak przebiega przez obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, który od ponad 4200 lat, jest ważnym terenem łowieckim Inuitów, rdzennych mieszkańców. Zaczyna się on od jednego wybrzeża i dochodzi do lądolodu, pokrywającego 80% tej wyspy. Byliśmy tam w lipcu, czyli mieliśmy dzień polarny, nigdy nie było ciemno. Białe noce i cały czas słońce. To było dla nas bardzo dobre, bo szlak jest bardzo trudny, pogoda też, i ciężka do przewidzenia. Trasa nie jest dobrze oznaczona, szliśmy po GPS-e. Trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania terenowe. Na naszym szlaku były nie tylko bagna, rozlewiska, ale i rwące potoki, bo bardziej zaczęły się topić lodowce.
Na filmie widać surową scenerię i stado psów ciągnących sanie. - Tak wygląda zaprzęg zimowy, one ciągną sanie z Inuitem, obłożony jest tymi futrami. Dużo widzieliśmy sań rozbitych na trasie. Wypadki też się zdarzają. I psy tam nie mieszkają w domach. Jeśli rodzina ma sforę 12–15 osobników, które ciągną zimą zaprzęg, to trzymane są dalej od domu, bo szczekają, wyją, przenoszą choroby. O, widzicie te przestrzenie, możecie patrzeć i patrzeć... tylko przyroda i przestrzeń – na fotografiach widać rozległy bezkres, pełen intensywnych barw, a w tle domek i jezioro. - Mieszkaliśmy nad tym jeziorem i w nim się kąpaliśmy. I jeśli ktoś nie lubi zimnej wody, to kąpiel w tym jeziorze była... no tragicznie ciężka. Było strasznie zimno. Szło się przyzwyczaić, potem, jak już się wychodziło, było ciepło, i można było – jak tu zaprezentowany Kuba – chodzić w samych bokserkach i nie było problemu.
Jak jednak widać po osobach słuchających, które aż się otrzepują na myśl o tej „kąpieli”,  pewien problem by jednak mógł być…

Urocza lodówka i święty nur z horrorów 

- Tu mieliśmy niespodziankę przy przeprawie – prelegent zatrzymuje się przy kolejnej fotografii, na której można dostrzec piechura, który walczy z wyjątkowo niegościnnym podłożem. - W dolinie, po zimie, rzeka wylała, pozostawiając po sobie bagna. I mogę powiedzieć, że te oblepione buty ważyły nam 10 kg więcej. Potem, pojawiały się kolejne slajdy z niezwykłymi krajobrazami, wędrowcami pośród dziewiczej Natury i ryzykownymi ścieżkami. 
- A to już lodówka – mówi pan Mateusz do młodzieży, prezentując – ku pewnej konsternacji widowni – zdjęcie… kaczki. One w Polsce pokazują się w okresie zimowym, tam można je było zobaczyć w miejscu lęgowym, w ich naturalnym środowisku. - Lodówka wygląda uroczo. W ciemnym tonie, z małą wdzięczną główką i krótkim dziobem. 
- To śpiący w scenerii arktycznej szlachar – na fotografii widać też kaczkę, ale tym razem w wersji… rockowej, z irokezem na głowie. - Ona ma taki piłkowany dziobek, który umożliwia jej łapanie małych ryb. W Polsce występują przelotnie, na Pomorzu. To zaś wełnianka, roślina typowo związana z bagnami.
Tu, odziana w letnią brązową szatę, bo zimą jest w kolorze śniegu – pardwa górska. Jak się przystosowała do życia na Grenlandii? Nie ucieka, bo nie umie szybko latać, a więc… zapada w bezruch, zlewa się z tłem i trudno ją wypatrzeć. To zaś zając – bielak – tak samo jak pardwa zmienia kolor, latem jest brązowy, a zimą biały. A tu mamy, przeskakującą białorzytkę, występuje też w Polsce, tam dość popularna. - Na zdjęciu widać nieduży skrzydlaty okaz z wpadającym w oko, efektownym białym… kuprem.  
(Dodać tu należy, że ten ptak jest dobrze znany miłośnikom... języka polskiego. To jeden z „solistów”, reprezentujący „trio ortograficzne” na narodowym dyktandzie, w składzie: białorzytka – gżegżółka (dawna nazwa kukułki) – kszyk (bekas). Uwaga! Istnieje też forma Grzegrzółki – to miejscowość na Pojezierzu Mazurskim – przyp. red.).
To zaś ptak dalekiej tundry, polował na komary, które żyły sobie w tych jeziorkach, w Polsce też spotykany na przelotach – Płatkonóg szydłodzioby. - Okaz bardzo ciekawy, bo to samica ma bardziej kolorowe ubarwienie od samca, a zazwyczaj jest na odwrót. Co więcej, samica składa jaja, ale to samiec musi je wysiadywać. 
Hmm… I proszę, niby biegun, a równouprawnienie też dotarło…
-  A to? Co może żyć na Grenlandii i tak wyglądać? – pada pytanie do sali.
- To łoś – słychać nieśmiało.
- To karibu, duże zwierzę, podobne do naszego jelenia, łosia. Tam się na nie poluje. - A to, co wam przypomina? Wśród młodzieży spora dezorientacja. - Na fotografii widać taką pomniejszą wersję polskiego żubra, ale na hipisowską modłę, z długim włosem, sierścią. - To wół piżmowy – objaśnia pan Mateusz. - Typowy ssak żyjący w Arktyce, jego skóra, futro, jest bardzo ciepłe, a więc często używane przez Inuitów, np. jako koce w saniach. 
- A tu przepiękny ptak – nur lodowiec – arktyczny gatunek, w Polsce rzadko spotykany, to typowa szata godowa samca, tam można było je obserwować. Najpiękniejsze co jest w całej Arktyce to, że jest tam niezwykle cicho, żadnego zanieczyszczenia hałasem. Nikt nie trąbił, brak warczących silników, głośnej muzyki. Było tak cicho, że…w uszach, aż piszczy z tej ciszy. A jedyny głos, przenikający na wskroś Arktykę, to był głos nurów lodowców, naprawdę… spektakularny. 
Istotnie, każdy, kto posłucha dźwięków, jakie wydaje nur, potwierdzi, że są one… kosmiczne. To zjawiskowy, metafizyczny święty ptak rodem z… horrorów. Raz usłyszany, pozostaje niezapomniany. Jego głos przyprawia o dreszcze, bo potrafi zawodzić jękliwie, pohukiwać, jodłować, a nawet… chichotać. Przez plemiona znad Jeniseju był uznawany za świętego, bo to właśnie on w czasie potopu miał wydobyć z toni błoto, które stało się początkiem lądów. Ptak szamanów. Skrzydlaty bohater powieści mrożących krew w żyłach, jak horrory Stephana Kinga, gdzie jego nieziemski głos idealnie buduje atmosferę grozy. Świetny pływak, doskonały nurek, który potrafi zgłębiać toń do 60 metrów. Jego wizerunek jest symbolem stanu Minnesota, widnieje też na kanadyjskich monetach jednodolarowych.

Kochajmy lodowce…

Na kolejnych slajdach prezentowanych młodzieży, już główny bohater. Potężny Lodowiec. 
- Dotarliśmy do Kanagerllusaq, doszliśmy do czapy Lodowca Russella. To  jedyny lodowiec w głębi lądu, który posiada potężną ścianę – od 20 do 60 m – i kiedyś ona była dużo większa, a ciągnie się na odległości wielu kilometrów. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, czujecie od niego tę wielkość, chłód i te fioletowe kwiatki, które tam kwitły, zobaczcie… – mówił podróżnik, prezentując niezwykłe zdjęcia i dodając z zachwytem: Lodowce są cudowne, to dla mnie jedna z piękniejszych rzeczy, jaką widziałem w życiu! Stoicie, panuje głucha cisza Arktyki i go słyszycie. Wszystko strzela, obrywa się bryła lodu, ogromny huk. Cudowna paleta barw: słońce i błękit, niebieski głęboki, granat, szary, biały. 
Kiedyś ten lodowiec był tak wysoki, że tej góry, która jest z tyłu, nie było widać. Teraz bardzo zmniejszył swą objętość. Wyobraźcie sobie, że ta czapa, która stanowi 80% tego lądu latem, w 40% ona się topi w jednym momencie. Co w tym złego? Lodowiec jest biały, niebieski i ma kolory, które odbijają światło. Natomiast, gdy on się topi, odsłania kolejne połacie ziemi, które są ciemne, absorbują światło, czyli je pochłaniają, i oddają to ciepło, powodując jeszcze intensywniejsze topnienie tych lodowców. Niestety, zmiany klimatu są tam bardzo widoczne. Kochajmy lodowce, tak szybko odchodzą...
Na sali było cicho, wszyscy zasłuchani i chyba trochę duchem na dalekiej Północy. A potem już były podziękowania i brawa za tę klimatyczną i pouczającą opowieść, która nas zatrzymuje i sprawia, że zostajemy sam na sam z wieloma trudnymi pytaniami.
- Ja już wreszcie mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce wygląda naprawdę, bo tak w podręczniku, to wiem tylko, że jest zimno i jest lodowiec. To niezwykłe historie, zdjęcia i filmy – mówiła jedna z uczestniczek spotkania, dodając: - Na co dzień jesteśmy przeboćcowani, hałasy, szumy, sytuacje, to ciągle gniecie nasz układ nerwowy. A tu, nawet wczucie się w ten klimat, krajobraz, to rodzaj takiego wspaniałego wytchnienia... 

Podróże z refleksją
Serce Krainy Lodu  
To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, wydawało się pozostawiać uczestników spotkania w Bursie Szkolnej jeszcze w pewnej ciekawości i niedosycie. Bo jak naprawdę odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Co się dzieje z człowiekiem, gdy nagle na bezdrożach zostaje całkowicie odcięty od cywilizacji? Czy może poczuć ten pradawny „zew wolności” pośród nieskażonej Natury? Jak odnaleźć siebie na Grenlandii? Czy taka podróż zmienia spojrzenie na życie? Jak ustawia nasze „priorytety”? Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.

Żegnaj cywilizacjo! 

- A teraz spróbujmy otworzyć magiczne drzwi do szafy i znaleźć się duchem, i sercem w odległej Arktycznej Narnii – Grenlandii. Większość z nas zapewne nigdy fizycznie nie dotrze do tych dzikich zakątków, a więc postarajmy się, by nasza opowieść miała taką barwę i ton, aby dla każdego urzeczywistnił się sen o Arctic Circle Trial. Powróćmy na szlak… 
Kraina Lodu. Miasto Sisimiut – „tam, gdzie mieszkają lisy”. Brama do królestwa Natury, gdzie majestatyczne lodowce suną ku morzu, z głębin wynurzają się potężne czarne grzbiety wielorybów, a ośnieżone góry kuszą obietnicą arktycznej przygody. Na tle wysokich szczytów, ułożone jak do snu,  bajecznie kolorowe domki, przytulone do skał nad oceanem, przywołują na myśl nierealny zaczarowany świat. 
To był 4 lipca 2025 roku, gdy przygoda zapukała do drzwi. Za oknem nieprzyzwoicie pięknie: niebieskie niebo, krystaliczne powietrze, temperatura lekko powyżej zera. I ten chłód, który ostrzy zmysły. Powietrze, jakość „premium” – wspomina z uśmiechem Mateusz Albrycht. - Ten dzień aż pachniał… końcem pewnej epoki. To było rozstanie z przytulnym hotelem, łóżkiem bez kamieni w plecach, ostatnie takie śniadanie. Nasze pożegnanie z cywilizacją. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, w przytulnym wnętrzu jadalni hotelowej, która wyglądała jak małe muzeum Grenlandii z porozwieszanymi dookoła foczymi skórami i rozmawialiśmy, o tym co nas czeka, wiedząc, że tu „piękno” ma swoją cenę i my ją zapłacimy. Analizowaliśmy temat ryb i licencji na ich połów. Moim cichym marzeniem było przyrządzanie grenlandzkiej ryby, dlatego trzeba było tu poznać wszystkie zasady. Najważniejsze podczas wypraw jest poszanowanie lokalnych zasad, rytuałów i kultury. 
- Czy pojawiła się niepewność, ten „gryzący” niepokój u progu takiej wyprawy, właściwie, na koniec świata?
- Jest oczywiście lekki stres, w tle to kłujące poczucie, że właśnie naciskasz „start” w rzeczywistości, której nie da się wyłączyć. Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju na ostatnie dopięcie logistyki. Plecak wyglądał jeszcze niewinnie, dopóki nie założyło się go na plecy. Dwadzieścia kilogramów, niby tylko cyfra. Ale potem ona nagle staje się mocno realna i zaczyna mówić do ciała  bardzo dosadnym językiem. Po wyjściu z hotelu, dołączyliśmy do pozostałej części grupy, ostatnie informacje, spojrzenia na telefony, ze świadomością, że za chwilę staną się one bezużyteczne. Bo kończy się świat wygody i zaczyna ten, w którym liczy się pogoda, woda, siła w nogach i to, czy umiesz rozsądnie myśleć.
- Pierwsze kroki w nowym świecie? - Stawialiśmy w cudownych nastrojach, mijaliśmy bloki, uliczki, ludzi zajętych porankiem. Po drodze zobaczyliśmy mural z nurem lodowcem, obraz, który wyglądał jak symbol, cudownej więzi Natury i  mieszkańców wyspy. Hałas ustępował, przestrzeń się otwierała, a cisza robiła się coraz gęstsza. Powietrze było tak czyste, że człowiek miał ochotę je zachować na później w butelce (śmiech). - Wtedy jednak nastroje się zmieniły, bo dotarliśmy do „miasta psów”, czyli przestrzeni, gdzie psy zaprzęgowe spędzają swoje życie. Szczeniaki podbiegały do nas z takim entuzjazmem, że dały nam energię. Taki mały zastrzyk miękkiej radości na twardym starcie. Tylko ona miała i drugie dno. Bo warunki były dla nich surowe: żadnych kojców jak u nas, żadnych porządnych bud, tylko prowizoryczne schronienia, psy na łańcuchach, rybny zapach jedzenia w powietrzu. W grupie odezwało się sporo cichych myśli, bo większość z nas ma swoje psy i dobrze wiemy, jak wygląda „ciepły dom”. Rozmawialiśmy o tym, ale bez oceniania, a z refleksją, że: świat jest różny, kultura jest różna, a my tu jesteśmy tylko gośćmi.
Za psią osadą weszliśmy na szutrową drogę i z każdym kilometrem krajobraz robił się bardziej arktyczny, surowy, ale i bardziej hipnotyzujący. Pogoda była bajkowa, dosłownie ładowała baterie. Słońce podnosiło morale jak… – wahanie w głosie – mocne espresso w poniedziałek rano. Szuter się kończył, ślady cywilizacji ustępowały. Została Natura. Jeziora z topniejącego śniegu, góry, bezkresna przestrzeń. Kwiaty, które kwitły tak intensywnie jak na krótkim urlopie życia „pięć minut i koniec”. W uszach panowała głucha cisza, przerywana tylko ptasimi śpiewami śnieguły i podświerki. Przy pierwszym jeziorku z krystaliczną wodą zrobiliśmy przerwę. Uzupełnialiśmy płyny. Woda była wszędzie, w potokach, strumieniach, mokradłach. W podłożu czuć było wodę: bagno, podmokłe miejsca. Fantastyczne tereny torfowe, skały, zieleń, surowość. Bażyna czarna, bagno arktyczne. Człowiek idzie i wie, że to nie jest scenografia. To Natura, która ma tu władzę, taki krajobraz, co resetuje głowę.
- Tworzyliście drużynę, ale właściwie wcześniej się nie znaliście?
- Tak, szliśmy razem, rozmawialiśmy i poznawaliśmy się, bo wielu z nas widziało się pierwszy raz. To jest zawsze ciekawy proces: człowiek z obcymi ludźmi wchodzi w teren, który wymaga zaufania. I nagle rozmowy robią się szybsze, prawdziwsze, bardziej konkretne. Bo tu nie ma miejsca na pozory. W trasie każdy szybko pokazuje, kim jest. Przestaliśmy być niedzielnymi turystami, zaczęliśmy być grupą, przed którą stoi wyzwanie. Działa ta klasyczna wyprawowa struktura organizacja marszu. Kuba jako organizator nadawał ton. Kto idzie z przodu, kto zamyka, co ile przerwa, kiedy obiad, jakie tempo.
I po kilku godzinach wydarzyło się coś, co zawsze mnie fascynuje: człowiek odcina głowę od świata. Przestajesz myśleć o rzeczach, które normalnie zjadają dzień. Zostaje tylko „tu i teraz”. Natura dyktuje rytm. Nagle ważne jest, czy masz suchą skarpetę, energię na kolejny pagórek, czy dasz radę przejść strumień bez dramatu. Ta pierwsza przeprawa przez lodowatą wodę była prawdziwym rytuałem inicjacji (śmiech). - Ściąganie spodni, butów, skarpet, wejście w lodowaty nurt. Z początku ekscytacja, adrenalina, śmiech, te wszystkie: „ooo!” i „zimne jak diabli!”. Potem to zaczęło wchodzić w tryb codzienności. Pomagaliśmy sobie, podawaliśmy ręce, pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nikt nie zrobił głupoty.
- Właśnie, tak niezwykła wyprawa musi mieć niezwykłych organizatorów?
- (uśmiech) Tak, są wyjątkowi! To Marta i Kuba. Taki „energetyczny duet” z Naturą i przygodą we krwi, pływaczka z zamiłowania i reprezentant Polski w kolarstwie na orientację. Małżeństwo z pasją do podróży, które uwielbia dzikie wyprawy do miejsc, w których przyroda wiedzie prym. Organizują je po całym świecie i naprawdę robią to świetnie, bo przy takich eskapadach „z adrenaliną” w tle, nie może być pomyłek czy niedociągnięć.

Smak Arktyki

- Noclegi w Arktyce chyba miały niezapomniany smak?
- O tak! W pierwszym dniu, wieczorem, kilometr przed bazą noclegową, zatrzymaliśmy się i dosłownie padliśmy na dywan z bażyny i bagna. Nad nami był błękit nieba, dookoła cisza, fiord i jezioro. Było tak pięknie, że człowiek nie chciał się ruszać. W ramach nagrody wypiliśmy po małym łyczku ziołowego... piwa (uśmiech), symbolicznie, bez szaleństw. I stwierdziliśmy, że robimy obiad.
Kartusze poszły w ruch, gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy liofilizaty. Były śmiechy i żarty. Pożywienie jest ważne, bo to paliwo do dalszej drogi. A potem długo leżeliśmy, patrząc w niebo i gadając. Takie rozmowy, które w normalnym świecie nie mają czasu się wydarzyć, bo ciągle coś „pilnego”. Tu pilne było tylko jedno: odpocząć i nacieszyć się chwilą. Nikt czasu nie liczył. To też luksus. Bycia tu i teraz. A dzień zakończył się fajerwerkiem. Bo gdy chcieliśmy rozbić namiot, Grenlandia zaplanowała nam coś innego. Pogoda zmieniła się o 180 stopni, zaczęło mocno wiać, zapewne, abyśmy nie mieli wątpliwości, kto tu rządzi. Porwało nam jeden z namiotów. W końcu je jednak rozstawiliśmy, napompowaliśmy maty, wyciągnęliśmy ciepłe puchowe śpiwory. Temperatura około zera.
- Ale poranek pewnie was napełnił nową, dobrą energią…
- (śmiech) No, niezupełnie. Obudził nas deszcz. Nie „kropiło”. Padało. A właściwie lało. Woda była wszędzie. Torf wciągał jak gąbka, podłoże oddychało wilgocią a strumyczki stały się rwącymi strumieniami. I końca opadu nie było widać. Prognozy były bezlitosne. O słońcu możemy zapomnieć. Jutro i przez kolejne pięć dni miało być deszczowo, wietrznie, ciężko. Wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo mieliśmy telefon satelitarny. Bez niego nie jest możliwa taka wyprawa. Dlatego, że gdyby ktoś z nas miał kontuzję, uraz nogi, nie mógł dalej iść, to on jest jedynym sposobem poinformowania o tym służb i wezwania helikoptera. I wiemy, że to się zdarzało, bo na trasie w domkach, gdzie dwa razy nocowaliśmy, znaleźliśmy „Arctic book”, taki grenlandzki dziennik podróży, gdzie każdy mógł wpisać swoje odczucia z wyprawy i w dwóch miejscach wyczytaliśmy, że był wzywany helikopter. Ten telefon to też cudowna sprawa, bo przez to, że on namierza nasze położenie, gdy wysyła się pytanie o prognozę, ona przychodzi idealnie dopasowana do naszej lokalizacji i jest w stu procentach trafna. Jak miało padać od godz.19, to padało. A my, dzięki temu, mogliśmy dokładnie wszystko planować.
- Czyli deszcz zepsuł nastrój.
- Właśnie to jest niezwykłe, ale nie. Bo mimo to, wszystko nas dalej zachwycało. Pewnie dlatego, że to było nasze pierwsze zanurzenie w prawdziwą przestrzeń Arktyki, gdy cywilizacja została z tyłu, a przed nami był tylko szlak, wiatr, woda, cisza. Ten start Arctic Circle Trail był trochę jak taka zaczarowana mikstura z naturalnych składników. Najpierw słońce, które cię oszukuje, że będzie łatwo. Potem wiatr, który cię uczy pokory. Na koniec deszcz, który sprawdza, czy naprawdę tu jesteś, czy tylko przyjechałeś się pobawić.


Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran

 

Nic dwa razy się nie zdarza...

… i nie zdarzy się również naszym tegorocznym maturzystom. Tylko raz kończyć będą szkołę średnią, tylko raz pożegnają swoich wychowawców, koleżanki i kolegów, raz przystąpią do matury. Z nutą nostalgii, wyrażoną przez słowa wiersza Wisławy Szymborskiej, zaśpiewane na rozpoczęcie uroczystości przez Maję Nawrot, żegnaliśmy 24 kwietnia abiturientów wolbromskiego Zespołu Szkół. Były podziękowania, życzenia, dobre rady, nagrody, kwiaty, uśmiechy i łzy wzruszenia.

Za wszystkie ciepłe słowa dziękował gościom dyrektor Zespołu Szkół Piotr Grojec. Zwracając się do maturzystów powiedział m.in.: – Po kilku latach trudów dotarliście do miejsca, które dla wielu z was może okazać się kamieniem milowym w waszym młodym życiu. Myślę tu o egzaminach maturalnych czy zawodowych, które będziecie zdawać. W tych dniach będziecie musieli wykazać się swoją wiedzą i umiejętnościami, które zdobywaliście w ciągu ubiegłych lat. Wierzę, że jesteście przygotowani rzetelnie i zdacie je na miarę swoich możliwości. Oby wyniki maturalne były dla was satysfakcjonujące i umożliwiły wstąpienie w szeregi studentów uczelni wyższych lub pomogły znaleźć dobrą pracę. Życzył, by w przyszłości z nostalgią i jak najmilej wspominali lata spędzone w murach Zespołu Szkół przy ulicy Skalskiej oraz by udało im się zrealizować wszystkie plany i zamierzenia... „byście w przyszłości mogli być dumni ze swoich dokonań, tak jak dziś mogą być dumni z siebie ci spośród was, których poprosimy za chwilę o wyjście na scenę”. A miał na myśli wszystkich wyróżnionych i nagrodzonych, zarówno za wysokie wyniki w nauce, pracę na rzecz szkoły, środowiska czy wyniki sportowe.

Jako pierwszy stanął tam Oliwier Piec z klasy IV a LO, który z rąk dyrektora Piotra Grojca, przewodniczącej Rady Rodziców Małgorzaty Przybylik, wicestarosty Rafała Czeladzkiego i zastępy burmistrza Dominiki Bugaj, odebrał tytuł Prymusa Zespołu Szkół w Wolbromiu za rok szkolny 2025/2026. Przyznawany on jest abiturientowi, który osiągnął najwyższą średnią z nauki, wyróżnia się wzorowym zachowaniem oraz szczególnymi osiągnięciami naukowymi, a także zaangażowaniem na rzecz środowiska szkolnego i lokalnego.

Akademia WSB, wiodąca w wielu dziedzinach uczelnia z Dąbrowy Górniczej, od lat wspiera i promuje zdolną młodzież, wyróżniając liderów Złotym Indeksem. W tym roku otrzymał go Bartosz Knap, uczeń klasy IV a LO. – To wyróżnienie jest symbolem nie tylko wybitnych osiągnięć, ale również pasji, determinacji i nieprzeciętnego potencjału, który w ten sposób nagradzamy – mówiła Agnieszka Oleś, specjalistka ds. studenckich i rekrutacji.

nagrody, wyróżnienia

Ważnym punktem zakończenia każdego roku szkolnego jest uhonorowanie najlepszych uczniów i rozdanie świadectw z biało-czerwonym paskiem. Wśród tegorocznych absolwentów jest wielu, którzy uzyskali średnią ocen powyżej 4,75. Podczas uroczystości podkreślono, że osiągnięcia te są nie tylko powodem do dumy dla samych uczniów, ale także dla nauczycieli i rodziców, którzy wspierali ich na każdym etapie edukacji. Wręczenie świadectw z wyróżnieniem było symbolicznym podsumowaniem ich kilkuletniej pracy oraz ważnym krokiem w dalszej edukacyjnej drodze.

Wyróżnieni uczniowie Liceum Ogólnokształcącego
z klasy IV a:
Patrycja Pachołek - średnia ocen 5,19
Bartosz Knap - 5,13
Natalia Syguła - 4,88
Karolina Błaut - 4,81
Maja Dela - 4,75
Emilia Gajewska - 4,75

z klasy IV b:
Paweł Lepiarczyk - 5,07
Gabriela Skop - 5,0
Szymon Gancarczyk - 4,93
Nikola Suder - 4,87
Karolina Trygar - 4,86
Weronika Grzebinoga - 4,86
Adam Kowalik - 4,86
Klaudia Talik 4,80
Nina Curyło - 4,80
Mateusz Wrzesień - 4,80

Wyróżnieni uczniowie z klasy V Technikum:
Bartosz Kibil - 5,13
Piotr Gardeła - 4,90
Konrad Chaberka - 4,77

W szkole od lat kultywowana jest tradycja wyróżniania uczniów, którzy osiągają wysokie wyniki w nauce oraz prezentują wzorową postawę. Otrzymują oni Akty Nadania Tytułu „Wzorowy Uczeń Szkoły”, natomiast ich rodzice – w dowód uznania i podziękowania za wsparcie – Listy Gratulacyjne. Wśród nagrodzonych znaleźli się:
- Joanna i Jacek Błaut z córką Karoliną,
- Ewa Słowik i Konrad Pachołek z córką Patrycją,
- Małgorzata i Krzysztof Gardeła z synem Piotrem,
- Monika i Tomasz Mazela z córką Sabiną,
- Marta i Paweł Papaj z córką Natalią.

Uroczyste pożegnanie klas maturalnych było także wyjątkową okazją do wyróżnienia uczniów szczególnie zaangażowanych w życie szkolnej społeczności. Wśród tegorocznych absolwentów znaleźli się tacy, którzy przez lata z pasją i ogromnym sercem współtworzyli atmosferę szkoły – często również poza jej murami. Wyróżniono osoby godnie reprezentujące szkołę w poczcie sztandarowym, aktywnie działające w samorządzie uczniowskim, współtworzące szkolny budżet partycypacyjny oraz angażujące się w działalność wolontariacką. Doceniono także laureatów i uczestników konkursów przedmiotowych, reprezentantów szkoły w zawodach sportowych oraz uczniów rozwijających swoje talenty artystyczne i organizacyjne. Szczególne miejsce zajęła osoba pełniąca rolę szkolnego fotografa, która przez lata dokumentowała najważniejsze wydarzenia, tworząc cenną kronikę życia szkoły. Dzięki zaangażowaniu absolwentów szkoła była miejscem pełnym energii, inicjatywy i dobrej atmosfery. Każdy z nich przyczynił się do budowania wspólnoty, z której dziś wszyscy mogą być dumni.
Wyróżniono następujących absolwentów: Piotra Gardełę, Veronikę Palihę, Bartosza Kibila, Wojciecha Pijaja, Emilię Gamrat, Kacpra Wardęgę, Kacpra Świerczka, Michała Papaja, Konrada Chaberkę, Kacpra Muchajera, Piotra Rolkę, Radosława Rolkę, Karolinę Błaut, Nikolę Bystrowską, Oliwię Czech, Bartosza Knapa, Oliwiera Pieca, Maję Delę, Filipa Witka, Zuzannę Gorgoń i Nikolę Suder.
Zwieńczeniem wydarzenia było zaproszenie nagrodzonych na scenę oraz gromkie brawa, które stanowiły wyraz uznania dla ich pracy i wkładu w życie szkoły.

Uroczystość przygotowali uczniowie klas trzecich LO, pod okiem wychowawców: Katarzyny Pasich-Pasierb, Ewy Fuglewicz i Pauliny Tracz.
W części artystycznej wystąpili: Maja Nawrot i Oliwia Mądry, przy akompaniamencie Michała Łyska i Wiktora Szopy oraz Natalia Pacia. Scenki kabaretowe oraz układy taneczne przygotowali uczniowie klas trzecich i czwartych TCh (oraz jedna uczennica z klasy 3a LO); uczestnicy uroczystości mieli także okazję podziwiać zespół taneczny Wena Youngs z Olkusza.

 

środa, 29 kwiecień 2026 17:34

Petycja odrzucona, ale remont obiecany

 

17 grudnia 2025 roku do Rady Miejskiej w Wolbromiu wpłynęła petycja (drugą już w tej sprawie) mieszkańców ulicy Ogrodowej. Składający domagali się pilnego remontu nakładki asfaltowej, wykonania chodników i zabezpieczenia stosownych kwot w budżecie na 2026 rok. Przewodnicząca Rady Miejskiej przekazała sprawę do rozpatrzenia Komisji Skarg, Wniosków i Petycji, która podczas posiedzenia w dniu 16 lutego 2026 r. zapoznała się z jej treścią i zajęła stanowisko.

 

Komisja przyznała, że ul. Ogrodowa wymaga przeprowadzenia remontu, który powinien obejmować przebudowę infrastruktury kanalizacyjnej z rozdziałem na sieć sanitarną i kanalizację deszczową, wzmocnienie konstrukcji drogi oraz budowę ciągów pieszych, a zakres prac musi być poprzedzony sporządzeniem dokumentacji projektowej stanowiącej podstawę uzyskania pozwolenia na budowę.

Burmistrz MiG Wolbrom stwierdził z kolei, iż optymalnym rozwiązaniem będzie opracowanie kompleksowej dokumentacji projektowej i uzyskanie zezwolenia na Realizację Inwestycji Drogowej, która obejmowałoby swoim zasięgiem nie tylko ulicę Ogrodową, ale również jej połączenie z ulicą Konopnickiej i ulicą 29 Listopada. W jego ocenie takie założenie przyniesie korzyści, w tym zapewnienie szeroko rozumianego bezpieczeństwa. Gdyby plany te udało się zrealizować, mieszkańcy ulicy Ogrodowej zyskaliby dostęp do nieruchomości nie tylko od strony wschodniej, tj. ulicy Krakowskiej, ale również od strony zachodniej, co również doprowadzi do regulacji stanu prawnego nieruchomości zajętych pod drogę. Ponadto burmistrz zaakcentował, iż z uwagi na pogarszający się stan drogi na odcinku od ul. Krakowskiej do ostatnich zabudowań ulicy Ogrodowej, podjął już decyzję o przygotowaniu odrębnej dokumentacji dla tego odcinka i przeprowadzenie stosownej modernizacji w pierwszej kolejności, niezależnie od późniejszego procesowania zezwolenia na Realizację Inwestycji Drogowej dotyczącej połączenia komunikacyjnego, co przyspieszy realizację modernizacji drogi.

Z uwagi na fakt, iż składający petycję domagali się pilnego remontu nakładki asfaltowej i wykonania chodników wzdłuż ulicy oraz zabezpieczenia stosownych kwot w budżecie na 2026 rok, Komisja Skarg Wniosków i Petycji uznała petycje mieszkańców za niezasługującą na uwzględnienie. W uzasadnieniu projektu uchwały czytamy, że Rada Miejska w pełni podziela stanowisko Komisji, potwierdza zasadność remontu ul. Ogrodowej, jednakże projekt budżetu gminy na 2026 roku, jak i późniejsze jego uchwalenie, nie przewidywało środków finansowych na to przedsięwzięcie. Mając powyższe na uwadze, stwierdziła jednak, że remont ulicy będzie brany pod uwagę przy planowaniu przyszłych zamierzeń inwestycyjnych, pod warunkiem posiadania wystarczającej ilości środków finansowych. Gmina, planując budżet, jest bowiem w pierwszej kolejności zobowiązana zabezpieczyć stabilną realizację zadań własnych – m.in. z zakresu oświaty, pomocy społecznej, utrzymania dróg, wodociągów itp. Musi także równoważyć wydatki z dochodami.

W związku z tym, że organy stanowiące jednostki samorządu terytorialnego są organami kolegialnymi, jedyną formą prawną, w której rada gminy może się wypowiedzieć w sprawie petycji jest uchwała. I taka została podjęta na sesji w dniu 26 lutego. Petycja została jednomyślnie odrzucona. Zarówno jednak radni, jak i burmistrz wzięli sobie do serca prośbę mieszkańców ulicy Ogrodowej i obiecali pamiętać o niej przy uchwalaniu budżetu na rok 2027.

Na marginesie muszę zauważyć, że o planach połączenia od strony zachodniej ulic Ogrodowej, Konopnickiej i 29 Listopada słyszę już od... kilkudziesięciu lat. Mają swoje uzasadnienie, ale jakoś do ich realizacji żaden burmistrz, ani żadna poprzednia Rada Miejska nie przystąpili. Podobnie zresztą, jak do wybudowania chodnika łączącego ulicę Krzywą z parkingiem na byłym dworcu PKS. A obydwie inwestycje bardzo by się przydały.

Czekam więc dalej...

Wojciech Szota

 

 

12 lipca 2025 roku. Wszechogarniająca, oczyszczająca cisza spowijała cały rozległy bezkres. Nieskazitelna przestrzeń, aż po horyzont, zalana była słonecznym blaskiem, w tle wodospad toczył spiętrzone fale, a przed zdumionymi wędrowcami wznosił się majestatyczny, potężny masyw. Wysoka na sześćdziesiąt metrów, biała ściana o nieregularnych kształtach. Lodowiec Russella na Grenlandii. Zadziwiająca moc Natury i życiodajna siła planety. Jego barwy grały w jasnych promieniach dnia, migocząc i przybierając różne tony, od śnieżnobiałej i błękitnej, aż po granatową i szarą. Spojrzenia przyciągały, ufnie przytulone do siebie, ułożone na niegościnnym kamienistym podłożu, subtelne fioletowe kwiaty, kołysane gwałtownymi porywami wiatru, a tuż za nimi wznoszący się i zapierający dech: Lodowy Władca tej Krainy.

 

Delikatność i siła. Pokora i potęga

 

Po chwili, dało się słyszeć jego oddech. Trzaskający i pękający lód, osuwające się fragmenty. Ogromna bryła, spadając z hukiem, echem odbiła się od ośnieżonych ścian, przerywając arktyczną zadumę. On żył i pokazywał przybyszom swą moc. Arctic Circle Trail – oto adres tej fascynującej przygody. Jej 165-kilometrowym, ekstremalnym szlakiem trekkingowym z Sisimiut do Kangerlussuaq, wiodącym przez dziewicze i niedostępne tereny Grenlandii, pośród gór, jezior i bagien, wyruszył Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży. Niezapomniane wrażenia z tej wyprawy, będące żywą i niezwykłą lekcją geografii, opowiedział młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej.

Zanim jednak wspólnie poznamy te magiczne opowieści, pochylmy się nieco głębiej nad tą odległą, i jeszcze do niedawna, zupełnie zapomnianą Krainą, ukrytą przed oczami całego świata…

Bo oto teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ta wyspa jest na ustach wszystkich, będąc przedmiotem dyskusji, pertraktacji, handlu, a nawet politycznego szantażu. Przedmiotem. Sprzedać Grenlandię. Oddać Grenlandię. Przejąć Grenlandię. Zupełnie zapomnianym wydaje się, że jest ona domem dla jej mieszkańców i stanowi niezwykły „zakątek” Ziemi, gdzie jeszcze można dotknąć Natury w czystej postaci. Choć człowiek i tam odcisnął swoje niszczycielskie piętno. Wodospad, przelewający tu grzmiący nurt, to już ostatni oddech Lodowca Russella, który gwałtownie topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody.

Ta „podróż” spróbuje pokazać dwa oblicza Grenlandii. To powszechne i znane, funkcjonujące w przestrzeni medialnej, i to pierwotne, niedostrzegane i niedoceniane, dzikie, do głębi prawdziwe, dostępne tylko nielicznym.

 

W świecie Anaruka

 

Największa wyspa świata znajduje się w północnej części Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy Ameryką Północną a Europą. To autonomiczne terytorium Danii. Ma powierzchnię ponad 2,1 miliona kilometrów kwadratowych, pokryta jest w 80% lądolodem, a grubość lodu momentami przekracza 3000 metrów. Usiana fiordami, błękitnymi zatokami i stromymi klifami. Są tu gorące źródła bijące z wnętrza ziemi, o temperaturze wody +37 st. C. Jest otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego, Morza Grenlandzkiego, Oceanu Arktycznego i Morza Lincolna. Przez wielu z nas kojarzona ze szkolną lekturą „Anaruk – chłopiec z Grenlandii” Aliny i Czesława Centkiewiczów, opowieścią o przygodach dzielnego dwunastolatka spod koła podbiegunowego.

A jego surowa Kraina jest niezwykła w swym pięknie i nieujarzmionej naturze. Zimą temperatury spadają nawet do –50 stopni Celsjusza. Latem rzadko przekraczają 10–15 st. C. Co roku od 25 maja do 25 lipca słońce nie zachodzi, to tzw. dzień polarny. 21 czerwca, w najdłuższy dzień roku, obchodzone jest święto narodowe Grenlandii. Jest jednak i czas, gdy dookoła panują nieprzeniknione ciemności, czyli tzw. noc polarna, trwająca od drugiej połowy października do połowy marca. Słońce nie wschodzi nad horyzont. Ten okres to też najlepszy moment, by obserwować zorzę polarną. Magiczny spektakl na niebie, na którym można podziwiać zjawiskowy taniec kolorów, gdzie szmaragdowa zieleń, głęboka czerwień czy subtelny fiolet przenikają się nawzajem, tworząc wyjątkowe, barwne widowisko.

Pomimo powierzchni 2,16 miliona kilometrów kwadratowych, na Grenlandii nie ma dróg ani torów, które łączyłyby miejscowości. W miastach i osadach kończą się one na ich obrzeżach. Podróże międzymiastowe odbywają się samolotem, helikopterem, łodzią, skuterem śnieżnym lub psim zaprzęgiem. Na całej powierzchni wyspy znajduje się jedynie 150 kilometrów dróg. Jedynie 410 tysięcy kilometrów kwadratowych Grenlandii wolnych jest od lodu, to obszar porównywalny do wielkości Szwecji.

 

Eryk Rudy i Zielona Wyspa

 

Historia Grenlandii wiąże się z Erykiem Rudym, Normanem (Wikingiem), który w roku 982 naszej ery został wygnany z Islandii za popełnione morderstwo. Znając opowieści o nieodległym od Islandii lądzie, dotarł do największej wyspy świata. I tu: jak głosi jedna z wersji: wtedy jej klimat zupełnie różnił się od obecnego, stąd powstała nazwa: „Zielona Wyspa” (Green Land). Według drugiego przekazu, warunki naturalne już wtedy nie były sprzyjające, a więc Eryk zastosował „chwyt marketingowy” z nazwą, aby ściągnąć na nią także innych. Bo po kilku latach wraca on na Islandię, i stamtąd na czele 25 statków rusza, by skolonizować wyspę. Dociera do niej 14 z nich i przybysze zakładają kolejne osady.

W 1721 roku na Grenlandię wyruszyła duńsko-norweska ekspedycja pod wodza Hansa Egede, by nawiązać kontakty z wcześniejszymi kolonizatorami wyspy. Założono nową kolonię o nazwie „Dobra Nadzieja” (Godthåb) – dzisiejszy Nuuk, stolica. W 1953 roku Grenlandia stała się częścią Danii, a na mocy postanowienia parlamentu duńskiego w 1979 roku uzyskała autonomię. Jej mieszkańcom przyznano te same prawa cywilne jak Duńczykom, a Grenlandczycy znaleźli się w duńskim parlamencie. Do 1905 roku do części wyspy roszczenia terytorialne mieli też Norwegowie, ostatecznie odstąpili od nich w roku 1919. W 1916 roku, w wyniku negocjacji i traktatu podpisanego z Danią, USA uznały suwerenność Danii nad Grenlandią.

II wojna światowa przyniosła wyspie obecność amerykańskich baz wojskowych. Od roku 1951 do dziś, 1200 km na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu osady Qaanaaq, działa baza wojskowa – Pituffik Space Base(dawniej: Thule Air Base).

W 1985 roku Grenlandia opuściła Unię Europejską, pozostając nadal częścią Danii. To efekt protestu Grenlandczyków, którzy nie chcieli otwarcia ich mórz dla europejskich flot. Na wyspie są silne dążenia niepodległościowe, ich zwolennicy upatrują chęć zdobycia autonomii i swoją niezależność, w potencjalnych złożach surowców, które ma skrywać lądolód i rezultacie globalnego ocieplenia, które ma te surowce odsłonić przez stopienie pokrywy lodowej. Od 1949 r. Grenlandia razem z Królestwem Danii należy do NATO. Co w obliczu ostatnich zdarzeń, nabiera już szczególnego znaczenia…

 

Pizza z renifera, stek z wieloryba

 

Grenlandię zamieszkuje ok. 56 tys. mieszkańców, 18 tys. z nich stanowi populację stolicy- Nuuk. W mieście znajduje się port, mała stocznia, lotnisko. 89% całej ludności to rdzenni mieszkańcy – Inuici (Kalaallit). Określenie „Eskimos” jest obraźliwe dla Grenlandczyków, ta nazwa wywodzi się bowiem od wyrażenia „zjadacze surowego mięsa”. Natomiast w językach Inuitów słowo „inuk” znaczy „osoba”, a „inuit” – „ludzie”. Mieszkańcy wyspy czują silne więzi z rdzennymi ludami Kanady i Alaski. W ich językach można zauważyć pewne podobieństwa.

Urzędowy język wyspy to grenlandzki. Z niego wywodzą się słowa „kayak” i „igloo”, przejęte przez inne języki. W grenlandzkim wiele słów składa się z powtarzających się lub zdublowanych liter. Język jest opisowy, wyrazy bardzo długie i oznaczają często…całe zdanie. Wyjaśniane jest to tym, że ludziom łatwiej było się porozumiewać, wypowiadając jedno długie słowo, wyrażające całą myśl, zamiast kilku zdań, oszczędzając tym samym energię podczas srogich mrozów. Zwłaszcza, że jak spostrzegli niektórzy, niezwykle długie słowa, zbudowane z powtarzających się liter, brzmią niczym… szczękanie zębami drżącego z zimna człowieka.

Główne źródła dochodów Grenlandczyków to: wielorybnictwo, rybołówstwo, łowiectwo, turystyka. Mimo surowego klimatu, ponad 90% mieszkańców korzysta z Internetu. Najpopularniejszymi potrawami są te oparte na darach morza i zwierzętach. I tak można tam zjeść: pizzę z mięsem renifera lub woła piżmowego, stek z wieloryba, zupę z mięsa foki.

Grenlandia ma wiele niewykorzystanych bogactw naturalnych, co niewątpliwie, ma wpływ na jej „popularność”. To nie tylko ropa naftowa i gaz, są tam też jedne z największych na świecie złóż metali ziem rzadkich. Tu znajdują się również złoża: cynku, wolframu, litu, grafitu czy tytanu.

 

Znikająca Wyspa

 

Założony w 1974 roku na Grenlandii Park Narodowy, jest największym tego typu parkiem na świecie. Na wyspie bytują jedynie zwierzęta potrafiące przystosować się do bardzo ekstremalnych temperatur. To m.in.: niedźwiedź polarny, lis polarny, zając arktyczny, renifer, wół piżmowy, gronostaje, lemingi arktyczne i rzadki rosomak. W wodach przybrzeżnych żyją rekiny żywiące się mięsem z upolowanych białych niedźwiedzi. Niektóre osobniki mogą dożywać 200 lat. Tam też znaleziono świecącą rybę, której krew nie zamarza. W jej żyłach płynęła substancja, która chroniła ją przed zamarzaniem.

Lód, pokrywający wyspę, to naturalny zapas słodkiej wody na ziemi, stanowi on 7% całej słodkiej wody występującej na naszej planecie. Według badań, ze względu na zawirowania klimatyczne od 2003 roku pokrywa lodowa Grenlandii traci ponad 10 miliardów ton lodu rocznie. Latem 2021 r. ilość stopionego tam lodu odpowiadała powierzchni stanu Floryda. To 170 kilometrów kwadratowych i 8,5 miliarda ton masy. Topniejące lodowce są ogromnym zagrożeniem dla człowieka, przyczyniają się do wzrostu poziomu mórz i oceanów. Uwalniają też śmiertelnie niebezpieczną truciznę. Zaobserwowana wiosną 2022 r. ilość rtęci w trzech rzekach lodowcowych i trzech fiordach Grenlandii jest jedną z najwyższych odnotowanych w historii.

 

Kupię Grenlandię!

 

Od kilku tygodni, w mediach całego świata, nieustannie przewija się temat Grenlandii. Donald Trump dąży do tego, aby Stany Zjednoczone przejęły nad nią kontrolę. Uzasadniając, że chodzi tu o bezpieczeństwo i powstrzymanie ekspansji Rosji i Chin w rejonie Arktyki. Wielu europejskich przywódców, polityków, ale i społeczność międzynarodowa, sprzeciwia się jego zapędom, nazywając je wprost: naruszeniem suwerenności innego państwa i powrotem do czasów neokolonialnych, przez bezwzględne stosowanie prawa silniejszego. Znamienne, iż prezydent USA, przynajmniej na początku, nie wykluczał nawet użycia siły, by przejąć wyspę. Ta „grenlandzka Odyseja” rozpoczęła się jednak za pierwszej kadencji Trumpa.

Wtedy już bowiem, w 2019 roku, wyspa znalazła się na… „liście zakupów”, prezydenta USA, gdy zaproponował on Danii jej kupno. A jak historia pokazuje, Amerykanie mają już „praktykę” w tego typu transakcjach. Dla przykładu. W 1898 r. nabyły Filipiny od Hiszpanii za 20 mln dol, a w 1867 r. Imperium Rosyjskie sprzedało im Alaskę, (pow. ok. 1,5 mln km kw.) za 7,2 mln dol. W 1917 roku kupiły od Danii – Wyspy Dziewicze (St. Thomas, St. John, St. Croix) za 25 mln dol. w złocie.

W 2019 roku, Dania stanowczo odmówiła sprzedaży Grenlandii i wydawało się, że to koniec „targów”. Jednak, w 2025 roku, po udanej amerykańskiej operacji usunięcia z urzędu i kraju wenezuelskiego prezydenta Maduro, sprawa nieoczekiwanie powróciła ze zdwojoną siłą.

- Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie – zapowiadał Donald Trump, dodając: - Jeśli nie zrobimy tego po dobroci, zrobimy to w trudniejszy sposób.

A nawiązując do tego, że Dania jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo Arktyki, kpił: - Co Dania zrobiła ostatnio, aby wzmocnić bezpieczeństwo na Grenlandii? Dodali jeszcze jeden psi zaprzęg.

Może i dlatego internauci, aby przerwać ten impas, pospieszyli „z pomocą” i jak zamieszczał „Daily Mail”, znaleźli metodę na patową sytuację, która by w sposób i romantyczny, i pokojowy rozwiązała cały problem. Otóż, dostrzegli idealną kandydatkę na…żonę dla najmłodszego syna Donalda Trumpa. Doradzając, aby Barron poślubił księżniczkę Izabelę z Danii, córkę króla Fryderyka X i królowej Marii, zajmującą drugie miejsce w kolejce do duńskiego tronu, bo ona przekazałaby Grenlandię mężowi jako część… swojego posagu.

 

Arktyczni komandosi z psami

 

Prezydent USA wypowiadając się w tak ironiczny sposób o duńskich metodach zapewnienia bezpieczeństwa Grenlandii, przywołał wobec opinii publicznej zapewne najbardziej wyjątkową i elitarną formację wojskową na świecie, należącą do duńskiej marynarki wojennej. „Sirius Patrol”, czyli „Patrol Syriusza”, nazywany również „Arktycznymi komandosami z psami”. Jej „funkcjonariusze” pełnią też rolę policji i strażników Parku Narodowego Grenlandii. Cała formacja liczy 12 żołnierzy podzielonych na sześć dwuosobowych patroli i dwie osoby, przebywające w bazie Daneborg, odpowiedzialne za łączność.

Kandydaci do niej przechodzą niezwykle restrykcyjną rekrutację w zakresie predyspozycji psychicznych i sprawności fizycznej. Każdego roku, jest wybieranych sześć osób, które rozpoczynają 26-miesięczną służbę, patrolując teren za pomocą psich zaprzęgów, odwiedzając najdalsze i najbardziej niedostępne zakątki grenlandzkiego wybrzeża. Działają w ekstremalnych warunkach pogodowych, przy bardzo niskich temperaturach, nawet –55 stopni Celsjusza, i podczas polarnych nocy, w ciemnościach. Są wszechstronnie wyszkoleni i zakresem „kompetencji” przypominają momentami filmowego Jamesa Bonda. Umiejętności: wojskowe, strzeleckie, dywersyjne, łącznościowe, psychologiczne, medyczne, weterynaryjne, policyjne, te z zakresu mechaniki pojazdów czy… szycia. Z tą różnicą, iż futurystyczne samochody zastąpiły tu specjalnie wyszkolone psy: rasy husky. „Arktyczni komandosi” wykonują swą misję nieprzerwanie przez 26 miesięcy, nie mają wtedy możliwości powrotu do domu czy też skorzystania choćby z jednego dnia urlopu.

 

Przytul pingwina?

 

W styczniu, podczas swojego przemówienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w roku 2026, amerykański prezydent zapewnił, że nie użyje siły, aby przejąć Grenlandię, ale ponownie zażądał rozpoczęcia negocjacji w sprawie pozyskania wyspy przez USA, argumentując, że – „w imię bezpieczeństwa i obrony pokoju na świecie” – prosi tylko o „kawał lodu”.

Wkrótce potem, oficjalne konto Białego Domu opublikowało w mediach społecznościowych zdjęcie z podpisem „Przytul pingwina”, na którym widać prezydenta Trumpa, który ramię w ramię w przyjacielskim duecie z… pingwinem, trzymającym powiewającą flagę USA, przemierza… Grenlandię. Na śniegu znaczą się głębokie ślady wędrowców. Zmęczeni? Zapewne. W końcu prezydent prowadzi swojego kompana, aż… z drugiej półkuli, z Antarktydy. Bo na Grenlandii te eleganckie, urocze stworzenia w biało-czarnych frakach, nie mieszkają. O czym, zdaje się wśród współpracowników amerykańskiej głowy państwa zapomniano, myląc Arktykę z Antarktydą…

Na wpadkę natychmiast zareagowały… nie, nie pingwiny. Ale Chiny. Publikując w sieci mem pod hasłem: „Nawet, jeśli na Grenlandii są pingwiny…”, na którym widać identyczną scenerię Grenlandii, a przemierza ją, w ręce dzierżąc kij, wuj Sam, alegoryczna postać symbolizująca USA, ciągnąc za sobą usilnie opierającego się pingwina.

Po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, w Davos, Donald Trump ogłosił, że uzgodnił ramy przyszłego porozumienia dotyczącego Grenlandii i Arktyki. Szczegółów nie podano. Nieoficjalne źródła informują jednak, iż w ramach niego USA otrzymałyby suwerenność nad fragmentami terytorium Grenlandii, na których zostaną utworzone amerykańskie bazy wojskowe.

To, że te ustalenia zapadły „za zamkniętymi drzwiami” i przy braku obecności przedstawicieli władz Wyspy, napełniło głębokim niepokojem i rozgoryczeniem mieszkańców Grenlandii, którzy odpowiadają: - Nie jesteśmy tylko kawałkiem ziemi. Nie jesteśmy na sprzedaż. A na konferencji prasowej premier ich rządu – Jens-Frederik Nielsen – stwierdzał: - Nie wiem, co jest w porozumieniu dotyczącym mojego kraju. Nie wiem, o czym rozmawiano beze mnie.

I tak, ze zmiennym natężeniem, wśród coraz to nowych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji, wciąż trwa „grenlandzka Odyseja”… A jak naprawdę wygląda ten „kawał lodu”, który tak niespodziewanie znalazł się w centrum uwagi całego świata?

O tym już w kolejnej części naszej opowieści, w następnym numerze.

 

Jolanta Baran

Druga część fascynującej opowieści o Grenlandii: TUTAJ

 

niedziela, 19 kwiecień 2026 07:47

WYBIERZ SWOJĄ PRZYSZŁOŚĆ W WOLBROMIU !

 

Stoisz przed wyborem szkoły średniej? Nie musisz szukać daleko! Zespół Szkół w Wolbromiu przygotował na nadchodzący rok szkolny ofertę, która łączy pasję z konkretnymi umiejętnościami poszukiwanymi na rynku pracy.

 

Sprawdź, co na Ciebie czeka:

 

LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCE (profile specjalistyczne):

- Klasa Humanistyczna – z elementami psychologii społecznej.

- Klasa Społeczno - Językowa – kompetencje społeczne w biznesie.

- Klasa Biologiczno - Chemiczna – ratownictwo, opieka medyczna i dietetyka.

- Klasa Matematyczna – finanse i rachunkowość.

W Liceum masz szeroki wybór drugiego języka: niemiecki, rosyjski, francuski lub hiszpański!

 

TECHNIKUM (Nowoczesne technologie):

Szukasz zawodu z przyszłością? Postaw na IT i bezpieczeństwo!

- Technik Teleinformatyk (NOWOŚĆ!): Profil pod patronatem firmy Montersi.pl, Cyberbezpieczeństwo i elementy AI!

- Technik Informatyk w Służbach Mundurowych: Połączenie pasji do technologii z przygotowaniem do pracy w służbach.

- Technik Informatyk: Specjalistyczne zajęcia z cyberbezpieczeństwa.

 

BRANŻOWA SZKOŁA I STOPNIA (Klasa Wielozawodowa):

Zdobądź konkretny fach w ręku! Wybierz jeden z kilkunastu kierunków, m.in.:

mechanik, elektryk, kucharz, fryzjer, stolarz, sprzedawca i wiele innych!

 

Dlaczego warto wybrać ZS w Wolbromiu?

- Program Erasmus+ i wymiany międzynarodowe.

- Praktyki zagraniczne i współpraca z lokalnymi firmami.

- Nowoczesne technologie: druk 3D, e-sport, lekcje terenowe.

- Świetna atmosfera i dynamiczna społeczność szkolna.

 

ul. Skalska 18, 32-340 Wolbrom

Kontakt: 32 644 10 55

 

Blisko 500 sprzedanych pakietów startowych w ponad miesiąc od uruchomienia zapisów – takim wynikiem może pochwalić się druga edycja wyścigu rozgrywanego niedaleko Krakowa. Tegoroczna odsłona wydarzenia odbywa się pod nazwą J-labs Gołcza Race 2026 i organizowana jest niezmiennie przez zespół Jura Sport Events.

 

Już 20 czerwca 2026 roku kolarze amatorzy z całej Polski spotkają się na terenie wyjątkowego kompleksu Ulina Park, skąd wystartują na wymagającą trasę prowadzącą przez tereny czterech gmin – gospodarzy wydarzenia: Skały, Gołczy, Iwanowic oraz Trzyciąża. Na zawodników startujących na dystansie długim czeka 80 kilometrów trasy oraz ponad 1100 metrów przewyższenia, w tym wymagające podjazdy o nachyleniu przekraczającym

17%.

Lista startowa rośnie z dnia na dzień. Wśród uczestników widać silną reprezentację drużyn z branży IT – w ramach wyścigu rozegrane zostaną bowiem II Mistrzostwa Polski Branży IT w kolarstwie szosowym. Na starcie pojawią się m.in. zespoły reprezentujące takie firmy jak j-labs software

specialists – sponsora tytularnego wydarzenia – a także Novomatic, Knauf IT, CAE, Avanade czy Ebicom.

Sportowych emocji z pewnością nie zabraknie. Wyścig poprowadzą ambasadorzy wydarzenia – byli zawodowi kolarze Karol Domagalski oraz Szymon Tracz, którzy zapewniają, że uczestnicy mogą spodziewać się prawdziwej kolarskiej rywalizacji w naprawdę profesjonalnej oprawie.

Podobnie jak podczas pierwszej edycji, całe wydarzenie będzie transmitowane na żywo, a pula nagród wynosząca blisko 60 tysięcy złotych dodatkowo zmotywuje uczestników do zaciętej walki na trasie.

Organizatorzy podkreślają jednak, że J-labs Gołcza Race 2026 to coś więcej niż sam wyścig. Celem wydarzenia jest stworzenie sportowego święta dostępnego dla wszystkich – zarówno dla wszystkich kolarzy amatorów, ale również ich rodzin oraz lokalnej społeczności. Na terenie Ulina Park powstanie specjalne miasteczko wyścigu, które od samego rana będzie tętnić życiem. W programie zaplanowano jeszcze więcej atrakcji niż podczas pierwszej edycji. Na odwiedzających czekać będą

między innymi stoiska partnerów wydarzenia z różnego rodzaju aktywacjami, rozbudowana strefa bike expo, regionalne stoiska kół gospodyń wiejskich, oraz lokalni przedsiębiorcy. Nie zabranie również dmuchanych zamków oraz animatorów dla dzieci. Dodatkowo sam obiekt oferuje szereg atrakcji dla całych rodzin, takich jak przejazdy tyrolką, motylarnia, park linowy, wirtualna strzelnica, basen.

- Ulina Park to nowe atrakcyjne miejsce do spędzenia czasu wolnego dla całych rodzin. Miejsce w wyjątkowej scenerii idealne zarówno dla tych, szukających relaksu, dobrej kuchni jak i aktywnego wypoczynku. Cieszy nas, że możemy w Ulinie Park i naszej gminie gościć setki pasjonatów kolarstwa z całej Polski. To nie tylko sportowa rywalizacja, ale również promocja regionu i szansa na zaprezentowanie atrakcji, jakie oferuje Gmina Gołcza – podkreśla wójt Gminy Gołcza Lesław Blacha.

Impreza towarzysząca będzie doskonałą okazją, aby zabrać ze sobą dzieci i spędzić ten dzień aktywnie z całą rodziną – nawet jeśli nie planuje się startu w samym wyścigu.

Zapisy wciąż trwają, jednak liczba miejsc jest ograniczona. Do dyspozycji zostało około 250 pakietów startowych. Jeśli jeszcze nie ma Cię na liście startowej – warto podjąć decyzję już teraz.

 

Link do zapisów:

https://my.raceresult.com/369438/registration

 

Zapraszamy do śledzenia profili organizatora w social mediach:

 

• Facebook: https://www.facebook.com/jurasportevents

• Instagram: https://www.instagram.com/jura_sportevents/

Tytularnym sponsorem wydarzenia jest firma j-labs software specialists, sponsorem strategicznym marka Factor, natomiast partnerem głównym Powiat Krakowski.

Wydarzenie odbywa się dzięki współpracy czterech gmin: Gołczy, Iwanowic, Trzyciąża i Skały.

 

 

W Miejskiej Bibliotece Publicznej po raz kolejny odbył się wyjątkowy wieczór poetycki z udziałem Marioli Kantor-Wójcik. Spotkanie przyciągnęło liczne grono mieszkańców Wolbrom, którzy z dużym zainteresowaniem uczestniczyli w promocji trzeciego tomiku poetki zatytułowanego „Przenikanie”.

 

Już od pierwszych chwil wydarzeniu towarzyszyła atmosfera skupienia i refleksji. Sala biblioteki wypełniła się, co potwierdza rosnące zainteresowanie twórczością autorki oraz potrzebę obcowania z poezją, która w dzisiejszym świecie pełnym technologii i szumu informacyjnego, daje odskocznię, wyciszenie i możliwość zajrzenia w głąb siebie. Podczas spotkania Mariola Kantor-Wójcik opowiadała o genezie swoich utworów, odsłaniając przed słuchaczami kulisy powstawania wierszy. Jej słowa wprowadzały uczestników w osobisty świat wspomnień, emocji i doświadczeń, które stały się inspiracją dla poetyckich refleksji zawartych w tomiku „Przenikanie”.

Szczególnym momentem wieczoru było wspólne czytanie wierszy. Uczestnicy spotkania chętnie sięgali po wybrane utwory, które – jak podkreślali – na trwałe zapisały się w ich sercach. Każda interpretacja była inna, pełna indywidualnych przeżyć i wrażliwości, co nadało wydarzeniu wyjątkowy, niemal intymny charakter.

Najnowszy tomik poetki stanowi swoisty powrót do dzieciństwa i przeszłości. Autorka przywołuje w nim obrazy miejsc, których często już nie ma, a także ludzi, którzy odcisnęli ślad w historii miasta. W jej wierszach odnaleźć można również echo trudnych czasów, jakie przeżywali mieszkańcy Wolbromia – zapisanych z czułością, ale i szczerością. Wieczór poetycki był nie tylko okazją do promocji książki, ale przede wszystkim do spotkania z poezją, która łączy pokolenia i pozwala zatrzymać się na chwilę w codziennym biegu. Liczna obecność publiczności pokazała, że takie wydarzenia są potrzebne i stanowią ważny element życia kulturalnego miasta.

A.P.

 

Wójt Tomasz Kościelniak, informuje na portalu społecznościowym, że od 16 marca 2026 r. rozpoczął się nabór wniosków na wynajem mieszkań powstających w ramach Społecznej Inicjatywy Mieszkaniowej SIM Ziemia Krakowska. Inwestycja realizowana jest w Miechowie - Charsznicy przy ul. Kościuszki i obejmuje budowę nowoczesnego budynku z 24 lokalami mieszkalnymi.

 

W ofercie znajdą się mieszkania 2, 3 i 4-pokojowe, o powierzchni od 44 do 80 m², idealne dla rodzin, singli oraz osób starszych, które szukają stabilnego i komfortowego miejsca do życia.

Mieszkania zostaną oddane w standardzie „pod klucz”, co oznacza, że będą gotowe do zamieszkania z wykończoną łazienką, aneksem kuchennym oraz balkonem i komórką lokatorską.

- brak barier architektonicznych

- miejsca postojowe (również dla osób z niepełnosprawnościami)

- spokojna i dobrze skomunikowana lokalizacja

Planowane zakończenie budowy: IV kwartał 2027 r.

Zachęca do składania wniosków i skorzystania z tej szansy na własne, komfortowe miejsce w swojej gminie.

Szczegóły dostępne są:

- na stronie internetowej Gminy Charsznica

- na stronie: simziemiakrakowska.pl

- w Biuletynie Informacji Publicznej (BIP) Gminy Charsznica

sobota, 11 kwiecień 2026 19:06

Kolejny sukces zawodniczki UKS JUDO Wolbrom

 

Jak zawsze, z ogromną satysfakcją informujemy, że reprezentująca klub UKS JUDO Wolbrom Aleksandra Kaleta, wywalczyła I miejsce podczas zawodów Pucharu Świata Seniorów (Warsaw European Open 2026), które odbyły się w dniach 14–15 marca w Grodzisku Mazowieckim. Nasza zawodniczka, startująca w kategorii wagowej do 52 kg, prezentując doskonałe przygotowanie techniczne oraz niezłomną postawę, w finale pokonała Włoszkę Kenya Perna. Wcześniej wygrała z trzema utytułowanymi Francuzkami: Julie Weill Dit Morey, Lea Beres i Alicia Marques.

 

- To niesamowite uczucie wygrać puchar świata w Polsce, przed własną publicznością, przyjaciółmi i rodziną. Wsparcie kibiców dodawało mi sił w każdej walce i niosło mnie aż do zwycięstwa. Jestem dumna, że mogłam wysłuchać Mazurka Dąbrowskiego stojąc na najwyższym stopniu podium – media cytują słowa naszej zawodniczki.

Zwycięstwo w zawodach tej rangi to efekt wieloletniej, ciężkiej pracy, ogromnej determinacji oraz profesjonalizmu. Jest to sukces, który buduje prestiż naszego lokalnego sportu i stanowi powód do dumy dla całej wspólnoty Gminy Wolbrom. Składamy serdeczne gratulacje Oli, trenerom - w tym przede wszystkim Czesławowi Łaksie oraz całemu zarządowi UKS Judo Wolbrom.

W tej samej wadze brązowy medal wywalczyła Barbara Twardowska z warszawskiego klubu Hato Judo.

Medale dla naszego kraju zdobyli także:

Arleta Podolak (srebrny) w wadze 57 kg

Natalia Kropska (srebrny) w wadze 63 kg

Aleksandra Kowalewska (złoto) w wadze 70 kg

Kinga Wolszczak (srebrny) w wadze 78 kg

Wiktor Mrówczyński (srebrny) w wadze 73 kg

Szymon Szulik (złoty) w wadze 81 kg

Michał Jędrzejewski (brązowy) w wadze 100 kg

Grzegorz Teresiński (złoto) w wadze +100 kg

Jakub Sordyl (brązowy) w wadze +100 kg

W klasyfikacji medalowej Polska reprezentacja – z 4 złotymi, 4 srebrnymi 3 brązowymi medalami – zajęła drugie miejsce. Zwyciężyła Francja, trzecie miejsce zajęła reprezentacja Włoch.

Aleksandra Kaleta zajmuje obecnie 32 miejsce w rankingu Światowej Federacji Judo. Wyżej notowane są tylko Angelika Szymańska (na 12 miejscu) i Natalia Kropska (na 22 miejscu) w wadze 63 kg oraz Katarzyna Sobierajska (18 miejsce) w wadze do 70 kg.

 

fot.: European Judo Union

 

wtorek, 31 marzec 2026 12:29

Droga Krzyżowa ulicami Wolbromia

 

W Niedzielę Palmową, kiedy chrześcijanie obchodzą pamiątkę wjazdu Jezusa do Jerozolimy, ulicami Wolbromia przeszła uroczysta Droga Krzyżowa. Rozpoczęła się w kościele pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, a zakończyła w kościele pw. św. Katarzyny w Rynku. Uczestniczyli w niej wierni obu wolbromskich parafii, księża, siostry zakonne, ministranci oraz członkowie działających na naszym terenie wspólnot. W czasie procesji rozpamiętywano Mękę Pańską i modlono się w licznych intencjach.