Reklama

czwartek, 04 czerwiec 2026 18:26

BizTech Forum połączyło przedsiębiorców z Małopolski Wyróżniony

 

Rozmowy, inspiracje i nowoczesny biznes w centrum uwagi

 

Wiosna 2026 roku upłynęła w Małopolsce pod znakiem przedsiębiorczości, inspirujących rozmów i nowoczesnych technologii. W dniach 21 kwietnia w Michałowicach oraz 12 maja w Ulinie Wielkiej odbyły się dwa spotkania w ramach BizTech Forum – Małopolskiego Forum Technologii i Biznesu realizowanego w ramach Programu Małopolska Innowacyjna.

Organizatorem wydarzeń była Fundacja Stawiamy na Rozwój, która po raz kolejny udowodniła, że lokalne inicjatywy mogą stać się przestrzenią dla wartościowych spotkań, wymiany doświadczeń i budowania relacji pomiędzy ludźmi biznesu.

BizTech Forum zgromadziło przedsiębiorców, osoby prowadzące działalność gospodarczą, przedstawicieli różnych branż, a także uczestników dopiero planujących rozpoczęcie własnej drogi zawodowej. Choć każdy z nich przyjechał z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami, wszystkich połączyła jedna potrzeba – rozwój oraz chęć rozmowy o tym, jak dziś prowadzić nowoczesny biznes.

Program obu wydarzeń został przygotowany w taki sposób, aby łączyć praktyczną wiedzę z inspiracją i autentycznymi historiami ludzi, którzy na co dzień mierzą się z wyzwaniami rynku. Uczestnicy mogli wysłuchać prelekcji poświęconych komunikacji w biznesie, budowaniu relacji z klientami, strategiom marketingowym i promocji marki, a także finansom firmowym oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji w codziennej pracy przedsiębiorców.

Szczególnie duże zainteresowanie wzbudziły tematy związane z AI. Dla wielu uczestników była to okazja, aby spojrzeć na sztuczną inteligencję nie jak na odległą technologiczną ciekawostkę, ale realne narzędzie wspierające codzienną pracę firm – od tworzenia treści marketingowych, przez organizację pracy, aż po automatyzację procesów.

Nie zabrakło również tematów bardzo praktycznych i bliskich przedsiębiorcom – związanych z podatkami, prowadzeniem działalności gospodarczej czy świadomym budowaniem marki. Prelegenci podkreślali, że współczesny biznes wymaga dziś nie tylko dobrego produktu czy usługi, ale także umiejętności komunikacji, elastyczności i gotowości do ciągłego uczenia się.

Jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów wydarzenia był panel dyskusyjny z udziałem przedsiębiorców prowadzących niestandardowe i kreatywne działalności. Uczestnicy mogli poznać kulisy prowadzenia motylarni, wydawnictwa, działalności twórców cyfrowych, butiku modowego czy firmy produkującej gry edukacyjne.

To właśnie ta część spotkania pokazała najlepiej, że przedsiębiorczość nie ma jednego schematu. Za każdą marką stoją ludzie, ich pomysły, odwaga, konsekwencja i często długa droga pełna wyzwań. Rozmowy były szczere, autentyczne i momentami bardzo osobiste, dzięki czemu uczestnicy mogli spojrzeć na biznes z bardziej ludzkiej perspektywy.

Po części oficjalnej uczestnicy zostali zaproszeni na networking i rozmowy kuluarowe. Przy kawie i poczęstunku nie brakowało wymiany kontaktów, nowych pomysłów i rozmów, które – jak podkreślali uczestnicy – często są równie wartościowe jak same prelekcje. To właśnie w takich mniej formalnych momentach rodzą się współprace, inspiracje i nowe inicjatywy.

- Na co dzień współpracuję z wieloma przedsiębiorcami i bardzo cenię sobie rozmowy z ludźmi, którzy tworzą własne firmy, rozwijają swoje pomysły i podejmują odważne decyzje biznesowe. Takie spotkania pokazują, jak bardzo potrzebujemy przestrzeni do wymiany doświadczeń, inspiracji i budowania trwałych relacji biznesowych. Bardzo podobała mi się atmosfera BizTech Forum i mam nadzieję, że wydarzenie na stałe zagości w Miechowie i okolicach – mówi Ewa Majewska-Dudek, organizatorka wydarzenia.

BizTech Forum pokazało, że również w mniejszych miejscowościach istnieje ogromna potrzeba tworzenia wydarzeń dla przedsiębiorców – nowoczesnych, otwartych i opartych na praktycznej wiedzy. Spotkania w Michałowicach i Ulinie Wielkiej stały się nie tylko okazją do zdobycia nowych kompetencji, ale także dowodem na to, że lokalny biznes chce się rozwijać, współpracować i wspólnie szukać nowych możliwości.

Projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

 

czwartek, 04 czerwiec 2026 18:19

Nowy wóz ratowniczo - gaśniczy dla OSP Gołaczewy Wyróżniony

 

18 maja, w Małopolskim Centrum Nauki Cogiteon w Krakowie, odbyło się uroczyste przekazanie nowych samochodów strażackich dla małopolskich jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych. W gronie wyróżnionych jednostek znalazły się Gołaczewy, gdzie trafił nowoczesny średni samochód ratowniczo-gaśniczy.

 

Kluczyki do nowego pojazdu druhom przekazał Łukasz Smółka – marszałek Województwa Małopolskiego, a w uroczystości uczestniczyli również m.in. Krzysztof Jan Klęczar – wojewoda Małopolski, Lidia Gądek – radna Województwa Małopolskiego, a także poseł Łukasz Kmita.

Gminę Wolbrom oraz jednostkę OSP Gołaczewy reprezentowali: burmistrz Radosław Kuś, przewodnicząca Rady Miejskiej i członek OSP Gołaczewy Monika Krzywańska, radny RM i strażak Łukasz Marczewski oraz prezes OSP Gołaczewy Paweł Kiwior i druh Piotr Wasilewski.

Zakup samochodu był możliwy dzięki realizacji projektu „Bezpieczna Małopolska – Bon na ratowanie – Straż Pożarna – Etap II”, którego celem jest wzmacnianie potencjału jednostek OSP oraz poprawa bezpieczeństwa mieszkańców regionu. Wartość całego programu przekracza 24 mln zł, z czego ponad 15,6 mln zł stanowi dofinansowanie z Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Małopolski 2021–2027.

Koszt pojazdu wyniósł 1.038.120 zł, dofinansowanie 674.778 zł, natomiast wkład własny Gminy Wolbrom 363.342 zł.

 

Nowoczesny samochód wyposażony został m.in. w:

– napęd 4×4 umożliwiający działania w trudnym terenie,

– wydajną autopompę,

– wyciągarkę,

– maszt oświetleniowy do akcji nocnych,

– specjalistyczny sprzęt ratowniczo-gaśniczy.

 

Nowy pojazd znacząco zwiększy możliwości operacyjne jednostki, skróci czas dotarcia do miejsca zdarzenia oraz poprawi skuteczność działań podczas pożarów, wypadków drogowych czy usuwania skutków gwałtownych zjawisk pogodowych.

 

Strażacy z Gołaczew od lat należą do najbardziej aktywnych jednostek OSP w powiecie olkuskim. Druhowie regularnie uczestniczą w akcjach ratowniczo-gaśniczych, działaniach związanych z usuwaniem skutków wichur i podtopień, zabezpieczeniach wydarzeń lokalnych, a także stale rozwijają swoje wyposażenie i zaplecze techniczne. W ostatnich latach jednostka konsekwentnie inwestowała w nowoczesny sprzęt ratowniczy oraz szkolenia druhów, skutecznie pozyskując środki zewnętrzne na rozwój swojej działalności.

 

W ramach projektu „Bezpieczna Małopolska” nowe wozy trafiły łącznie do 23 jednostek OSP z całego województwa. Dla druhów z Gołaczew to nie tylko nowy samochód, ale przede wszystkim ogromne wsparcie w codziennej służbie na rzecz bezpieczeństwa mieszkańców gminy i regionu.

 

 

Intensywne nawożenie azotowe stymuluje rośliny do dynamicznego wzrostu, jednak niesie za sobą ryzyko nadmiernego wybujania i osłabienia źdźbła. Wyleganie zbóż czy rzepaku utrudnia zbiór kombajnem i drastycznie obniża jakość ziarna. Profesjonalne środki ochrony roślin i opryski z grupy regulatorów wzrostu (antywylęgaczy) pomagają skrócić i usztywnić międzywęźla, stabilizując całą plantację. Sprawdź, jak działają te preparaty.

 

Mechanizm działania antywylegaczy na poziomie komórkowym

 

Regulatory wzrostu hamują syntezę gibberelin – hormonów roślinnych odpowiedzialnych za wydłużanie się komórek. W efekcie roślina traktowana takim preparatem wytwarza krótsze, ale znacznie grubsze i mocniejsze ściany komórkowe w źdźbłach. Co więcej, niektóre regulatory stymulują rozwój systemu korzeniowego, co poprawia zakotwiczenie rośliny w podłożu i zwiększa jej odporność na silne porywy wiatru.

 

Optymalne warunki i terminy aplikacji retardantów

 

Skuteczność regulatorów wzrostu zależy w ogromnym stopniu od temperatury w trakcie i po zabiegu. Niektóre substancje aktywne wymagają temperatur powyżej 8-10 stopni Celsjusza, podczas gdy inne działają skutecznie w niższych temperaturach. Zabieg w zbożach wykonuje się najczęściej w fazie pierwszego kolanka (BBCH 31-32), co pozwala na skrócenie najniższych, najbardziej obciążonych międzywęźli.

 

Przyjęcie urodzinowe u stóp lodowca, magnetyczny głos nura, przenikający na wskroś bezkresne przestrzenie Arktyki, zniewalające krajobrazy, żywe barwy i zew dzikości dookoła. 
To sceneria szlaku Arctic Circle Trail na Grenlandii. Jest on jedną z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która na długości ok. 165 km wiedzie przez dziewicze zakątki tej wyspy. Rocznie przemierza go tylko ok.1500 osób z całego świata. Wśród nich znalazł się i Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży, który opowieścią o tej wyjątkowej wyprawie podzielił się z uczestnikami spotkania w miechowskiej Bursie Szkolnej. Jak odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Jak odnaleźć siebie pośród pustkowia i oczyszczającej ciszy? Czy taka podróż zmienia człowieka? 
Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle. 

Oto ciąg dalszy opowieści o przygodach na arktycznym szlaku

Być czy nie być? – czyli suche czy mokre?

-  Wyprawa szlakiem Arctic Circle Trail należy chyba do kategorii tych, która „testuje” nas w każdej chwili, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”?
- Tak. Trzeci dzień marszu zaczął się właśnie tak, jakby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu z właściwych powodów. Nie „dla przygody” tylko tych  prawdziwych, gdy jest niewygodnie, mokro i ciężko. Obudziliśmy się w cudownej dolinie rzecznej, miękko ułożonej pomiędzy zboczami. O poranku spowita była mgłą tak gęstą, jakby ktoś rozlał mleko po całym krajobrazie. Powietrze miało ten surowy, wilgotny chłód, a deszcz ani myślał ustąpić. 
Po dniu wcześniejszym byliśmy przemoczeni do… majtek. Wszystko mokre i ciężkie. Mieliśmy tylko jeden komplet suchych rzeczy. I w głowie zaczynała się… narada kryzysowa. Bo jest taki moment na wyprawach, którego nikt nie pokazuje w filmach: chwila przed wyjściem ze śpiwora. Leżysz jeszcze w cieple, twojej jedynej przestrzeni komfortu. I wiesz, że musisz z niej wyjść… I mętlik: czy założyć suche czy mokre? Bo to jak być czy nie być? Decyzja mogła być tylko jedna. Zakładamy mokre. Bo na Grenlandii praktyczność ratuje skórę dosłownie.
- To start był ciężki?
- Bardzo ciężki. Morale, które po pierwszym dniu niosło nas jak balon, teraz zaczęło opadać. Właściwie, nie będę udawał: ono szorowało po dnie (śmiech) - Noc była cudowna, organizm odpoczął… ale poranek tragiczny. Bo wypoczęte ciało to jedno, a perspektywa kolejnego dnia w wodzie to drugie. Zebraliśmy się w kolejnym domku na trasie. Było ciasno, parno od mokrych kurtek, ale choć bez wiatru w twarz. Zaparzyliśmy herbatę do termosu, siedzieliśmy i gawędziliśmy, w stylu: „kiedyś wyjdzie słońce”, „damy radę.” I wtedy padła jedna z największych prawd tej wyprawy: na świecie nie ma rzeczy nieprzemakalnych. Są tylko takie, które przemakają wolniej. Jedyną rzeczą, która nas realnie uratowała to skarpetki z membraną. Buty zawsze łapały wilgoć, a one nigdy. Torf po opadach nabrał wody. W praktyce większość dnia szliśmy w wodzie po kostki. Trzeba było obchodzić zastoiska, szukać twardszych fragmentów podłoża, trzymać się szlaku, który często był prawie niewidoczny. Ratował nas GPS i orientacyjne stożki z kamieni, drogowskazy oznaczające szlak.
- Czy to wszystko dookoła nie obezwładniało człowieka, powodując jakąś wewnętrzną dywersję naszego ciała i psychiki?
- Na początku, istotnie szło się gorzej. Mokre ciuchy, zimny deszcz, wiatr. Nastroje kiepskie. Ale po pierwszych trzydziestu minutach marszu wydarzyło się coś, co zawsze mnie zaskakuje: ciało zaczęło produkować ciepło. Nagle wilgoć stała się… akceptowalna. Przestała być paniką. Człowiek przełącza się w tryb funkcjonowania. Tylko że i cała logistyka obozowa zaczęła nam się sypać. Namioty zwijaliśmy na mokro. Śpiwór też dostał wilgoci, a on musi być suchy, choćby reszta świata miała pływać. Bo jak śpiwór wysiądzie, to cała wyprawa siada razem z nim, bo już możesz nie poczuć ciepła.
Większość drogi szliśmy zanurzeni w sobie. Każdy toczył własną walkę psychiczną, fizyczną, techniczną. Wygraną było to, że idziesz dalej. Kuba rzucił tego dnia komunikat: ponad 20 kilometrów. Ale dorzucił też dwie wiadomości, które podziałały jak kroplówka na morale. Prognozy się zmieniły, padać będzie dziś i jutro, potem poprawa. I: po dzisiejszej trasie śpimy w domku. Z piecykiem. Z szansą na wysuszenie rzeczy. Wtedy w grupie coś drgnęło. Bo narzekanie zaczęło się pojawiać coraz częściej, pierwsze obtarcia, odparzenia. Ale mieliśmy plan. Na wszystko. Ktoś miał plastry, inny maść, trzeci doświadczenie. W grupie naprawdę siła. Przerwy były szybkie i częste, padało i wiało. Herbata z termosu, baton, orzechy, i dalej. Bo kalorie były potrzebne. Wspieraliśmy się słownie, pilnowaliśmy humoru. Starałem się dodawać otuchy innym choć sam też w środku toczyłem swoją bitwę: „po co ja to robię?!” – „lepiej all inclusive i gorące kraje”…
- To może faktycznie lepiej ta Hurghada czy Madera…
- (uśmiech) Nie, bo wystarczyło spojrzeć w bok i te myśli… znikały. Krajobraz nas fascynował. Zobaczyliśmy nury lodowce, te same, które wcześniej oglądaliśmy na muralu w Sisimiut. I nagle to było jak zamknięcie klamry: obraz z miasta stał się rzeczywistością. Do tego lodowce, pustka przestrzeni, i pierwszy raz widok karibu. Pierwszy dowód, że tu jest życie, tylko inne, ciszej obecne, bardziej wtopione w tło. Po drodze zobaczyliśmy pardwę górską, piękną, jeszcze w białych zimowych piórach. Była jak duch z innej pory roku. I znów ten zachwyt: żywa zieleń, wodospady wyskakujące jak grzyby po deszczu, strumienie wszędzie, woda dosłownie w każdej postaci. I gdzieś między tym pojawiały się nasze refleksje: jak ważna jest woda, mokradła, dobry stan bagien. W Polsce człowiek często nie widzi tej wartości, dopóki jej nie zabraknie. 
- Takie „wylogowanie się z cywilizacji” to chyba doskonała okazja, aby się zatrzymać, odnaleźć drogę do siebie i odkryć to, co czyni życie naprawdę wartościowym? 
- Na pewno tak. Pod koniec dnia znaleźliśmy szkielet wołu piżmowego. Stał jak znak. Bez dramatyzmu czy moralizowania, po prostu fakt Natury. Śmierć jest tu naturalna, jak wiatr i deszcz. To mnie uderzyło mocno. Przez dłuższą chwilę szedłem potem z myślą o przemijaniu, o tym, że życie nie jest „na później”. Że trzeba je przeżyć porządnie, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, kiedy sami zostaniemy takim szkieletem na szlaku. 
I wreszcie domek. Jak wejście do innego świata. Sama myśl, że ściągniesz mokre ciuchy, usiądziesz pod dachem i choć przez chwilę nie będzie ci padać w twarz, to działało jak terapia. Po dojściu czekał na nas pyszny obiad i deser nagroda, która w tych warunkach ma rangę królewskiej uczty. Później karty, dużo herbaty, wspólny czas. Spokojny, ciepły, prosty. I jest ta, zazwyczaj zupełnie niedostrzegana, radość z niepozornych rzeczy. Jeszcze jeden moment. Mały, ale ogromny: pierwszy kontakt z bliskimi. SMS wysłany z telefonu satelitarnego. Krótka wiadomość. Ale coś, co potrafi człowieka wyprostować od środka. Jakby ktoś na chwilę przypomniał, że poza tą mgłą, deszczem, torfem i mokrymi rękawicami… istnieje też normalny świat. Ten, w którym – i my – jesteśmy dla kogoś cenni.

Przyjęcie urodzinowe pod lodowcem

- Trasa Arctic Circle Trail jest tak wymagająca, żmudna i trudna, że pewnie z każdym kolejnym dniem, który zbliżał do mety, odczuwaliście radość i ulgę?
- To bardzo dziwne, ale nie. A nawet było odwrotnie. W przedostatni dzień marszu zaczynał się pojawiać taki wewnętrzny smutek, że to koniec tej fascynującej przygody. Dotarliśmy do największej chatki przy Kanu Center. Tylko że obietnica domowej nocki skończyła się szybciej, niż zdążyliśmy zdjąć plecaki. Bo domek opanowały pluskwy. Decyzja była natychmiastowa: nie śpimy tam. Korzystamy wyłącznie z kuchni i stołu, cała reszta: namioty. Choćby wiało czy lało jak diabli. I tak właśnie wiało – (śmiech) – że człowiek miał wrażenie, iż wiatr chce mu urwać głowę. Jego kierunek był dodatkowo perfidny, prosto w twarz, dokładnie pod jutrzejszą przeprawę w kanu. Czyli zapowiedź dnia, w którym będziemy płynąć ponad 20 kilometrów pod wiatr, znaczy ciężki dzień z wiosłami. Tylko w tamtej chwili nasze myśli popłynęły… innym torem, bo nagle okazało się, że mamy powód do…świętowania. Dla jednej z naszych towarzyszek to był wyjątkowy dzień, kończyła 40 lat i z tej okazji zafundowała sobie tę przygodę. 
- Tak trudna i forsowna wyprawa jako prezent na „czterdziestkę”? Godne podziwu! Tylko przyjęcie urodzinowe zapewne musiało poczekać…
- Tak, szacunek. Bo są ludzie, którzy kupują sobie na czterdziestkę zegarek. A są tacy, którzy fundują sobie Grenlandię. Nie – (uśmiech) – przyjęcie nie zostało odłożone. Zaczynamy świętować po swojemu, trochę śpiewu, malowania, żartów. Kuba, prawdziwy mistrz organizacji i planowania wypraw, rozkłada namiot, chwyta wędkę i gdzieś nam znika. Nagle, przez ten wyjący wiatr, słychać krzyk. I Kuba biegnie do nas z pięknym pstrągiem arktycznym. Euforia była taka, jakbyśmy nie złowili rybę, a znaleźli co najmniej – (śmiech) – sztabkę złota!
Marta, dotąd bardziej obserwatorka niż łowczyni, pierwszy raz zarzuca wędkę. Ściąga przynętę bez efektu, drugi raz, trzeci… i nagle jest branie. Walka, emocje, i ona też wyciąga kolejnego pięknego pstrąga, swoją pierwszą rybę, mówiąc, z błyszczącymi od radości oczami: „Już wiem, co daje wam taką frajdę w łowieniu. Poczułam to!” Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kto chciał, ten złowił. Ja też. I już byłem myślami w kuchni. Bo przecież to „urodziny”. A w takich warunkach jedzenie przestaje być „posiłkiem”, staje się wydarzeniem. W głowie zaczyna mi się budować pomysł, nie mamy tortu, talerzy. Pojawia się jednak myśl, to będzie tort… rybny! Są świeczki. Rozpoczynam poszukiwania wokół domku odpowiedniej arktycznej dekoracji: płaskie kamienie, lokalne rośliny, drobne kwiaty. Może to brzmi absurdalnie, ale w terenie absurd często jest synonimem szczęścia. Z Piotrem czyścimy ryby. Potem „pieczenie” i serwis na kamieniach. Tylko sól i pieprz. Układam kamienie w kształt kwiatka, na nich kawałki ryby, dookoła rośliny i zebrana wokół aranżacja. Na brzegach świeczki.
- To solenizantka zapewne zaniemówiła na ten widok?
- (uśmiech) Tak, kiedy „rybny torcik” ląduje na stole, zapada cisza. Bo nagle nie jesteśmy w chatce na końcu świata. Tylko na urodzinach. Prawdziwych. Śpiewamy „Sto lat”, które gdzieś w świat niesie ten arktyczny wiatr. A jubilatka śmieje się, patrzy na świeczki jak na coś kompletnie nierealnego w tej scenerii i w końcu zdmuchuje je jednym tchem. A potem już przyjęcie…Do dziś pamiętam pomarańczo-czerwone mięso pstrąga i jego niewyobrażalny smak, intensywny i czysty. Tylko sól, pieprz, ogień i świeżość.
- Takie wydarzenia i przeżycia odkrywają chyba i to, co nam teraz umyka. Piękno prawdziwych relacji z innymi ludźmi?
-  Na pewno budują więź. Drogą, wspólnym wysiłkiem i stołem, przy którym człowiek w końcu czuje się u siebie, nawet na końcu świata.
- To po imprezie można było zużytkować i siły, i energię na tę forsującą przeprawę przez jezioro… - Właśnie, i tu zdarzyło się coś niesamowitego. Tak, jakby ta Zimna Kraina odczarowała swoje oblicze i postanowiła wszystkim nam… wyprawić urodziny. Gdy wstaliśmy rano, trochę wiało, ale już nie tak bezczelnie jak wczoraj. Niebo pełne chmur, wilgoć w powietrzu. Po śniadaniu dzielimy się na trójki i ruszamy na wodę. Przed nami ponad 20 kilometrów w kanu. I nagle, zamiast walki dostajemy nagrodę. Z każdym kilometrem pogoda się stabilizuje. Wychodzi słońce, jezioro uspokaja się, tafla jak lustro. Woda krystalicznie czysta, widać na kilka metrów w głąb, że jezioro jest bardzo głębokie. Może nawet lepiej nie wiedzieć jak bardzo. Krajobraz, światło, cisza, temperatura. Na brzegu góry i żywa zieleń, w oddali karibu. Człowiek ma wrażenie, że właśnie wszedł do raju.
- Obrazek jak z jego reklamy.
- Tak, to były niezwykłe chwile. Ciszę od czasu do czasu przerywał głos nurów lodowców. Ten dźwięk ma w sobie hipnozę. Taki sygnał, że jesteśmy w świecie, który żyje swoim rytmem, ignoruje naszą obecność, ale pozwala nam na chwilę w nim uczestniczyć. Płynąc, rozmawiamy, o życiu, prywatnych sprawach. Tematy płyną jak ta woda, spokojnie, z ciekawością. I jest w tym coś pięknego, że w miejscu tak surowym człowiek staje się nagle bardzo ludzki, bardzo otwarty. Nie chcemy kończyć tej podróży… Chcemy stać na środku jeziora, zostać jeszcze chwilę, bo wszystko jest idealne. Docieramy do brzegu. Łowimy kolejne pstrągi. Pogoda piękna. Leżymy na brzegu jeziora, trochę śpimy. Ja ganiałem z aparatem za płatkonogiem szydłodziobym, który żerował na pobliskim jeziorku. 
- Zapewne ten dzień w życiu należał do  kategorii tych „zjawiskowych”?
- To prawda, a wtedy wciąż trwała jego magia. Bo przed nami niespodzianka, połączenie jezior, którego miało nie być. Przechodzimy przez zalany przesmyk, miejscami woda jest po pas. Ale po tych dniach to już nie robi wrażenia. Kuba wskazuje górkę, gdzie rozbijemy namioty. Widok cudowny. Wokół pływają lodówki, które wydobywają z siebie piękne, niemrawe dźwięki. Takie odgłosy, które brzmią jak muzyka miejsca.
W ostatni wieczór leżymy na skałach, rozmawiamy o drodze, przeżyciach. Cieszymy się Naturą. Z każdą godziną robi się coraz zimniej, ale owinięci w puchowe kurtki trwamy, bo nikt nie chce tego zakończyć. W białym dniu nie widać, kiedy robi się wieczór. To oszustwo czasu, niby późno, a światło jakby trwało na przekór. To dodaje jeszcze uroku tej chwili.
-  I to moment, który pewnie sprawia, że w sercu pojawia się wzruszenie?
- Tak, a w oku kręci się łezka, bo człowiek czuje, że dotyka czegoś rzadkiego. Piękna dzikiego, nieosiągalnego, takiego, które nie powinno zostać  „oswojone” ani „udomowione”. Grenlandia jest piękna właśnie dlatego, że nie próbuje się pod nas dostosować. I oby to się nigdy nie zmieniło. Niech zostanie miejscem dla tych, którzy naprawdę lubią przygody i potrafią zaakceptować, że tu prym wiedzie Natura. Zawsze.

Serce dla Grenlandii

- Arktyka, jej bezkres, pustka i samotność, zapewne pozwala zobaczyć naszą codzienność i życie w „uniwersalnym lustrze”?
- Z pewnością tak. Kiedy stawiałem ostatnie kroki i wiedziałem już, że to koniec, nie było we mnie euforii. Radość tak. I satysfakcja, że przeszedłem trasę, której, jeszcze kilka dni wcześniej, bałem się w głowie bardziej niż w nogach. Pokonałem siebie. Tylko jednocześnie czułem…smutek. Cichy, dziwny i prawdziwy. Bo wiedziałem, że to ostatnie kroki w tamtym świecie. Gdzie nie ma tłumu, hałasu, nie istnieją powiadomienia, terminy, maile i drobne sprawy, które w mieście urastają do rangi tragedii. Tam była tylko Natura i jej zasady. Proste, uczciwe i bez dyskusji. Masz iść, jeść, pić, wysuszyć rzeczy, rozbić namiot, przetrwać noc, złowić rybę. A „problemy cywilizacji”, nie miały dostępu do twojej głowy. Bezludzie robi z człowiekiem coś niesamowitego: daje mu ciszę w środku. Dlatego zamiast entuzjazmu miałem w sobie smutek i żal, że zaraz to wszystko zostanie mi zabrane. A powróci rzeczywistość i te rozmowy „o niczym”, pośpiech, sprawy „na wczoraj”. Ten dobrze znany ciężar, który człowiek nosi na głowie, a nie na plecach.
- To odejście ze świata, w którym było, wciąż jeszcze, słychać prawdziwy rytm serca Natury. Kiedyś tak bliski człowiekowi. Świata, który, zawsze, oferuje nam wolność oraz to, co proste i piękne… 
- Tak, dlatego te nasze odczucia. To było paradoksalne, bo przez pół wyprawy myślałem o jednym: gorący prysznic. Nie jako luksus tylko marzenie. Jakby gorąca woda miała zmyć nie tylko brud i torf, ale cały trud, chłód i zmęczenie. Czułem, że prysznic będzie jak święto i nagroda. Tylko że, gdy naprawdę przyszło zakończenie, zrozumiałem coś zaskakującego. Najbardziej nie tęskniłem za jedzeniem, wygodą czy łóżkiem. Największa tęsknota była za tym światem, który właśnie opuszczałem. Za tym, że wszystko było proste. Że każdy dzień miał sens, bo był zbudowany z ruchu, Natury i ciszy. Człowiek wstawał nie po to, żeby „ogarnąć życie”, tylko po to, żeby iść dalej i to wystarczało. W ostatnich minutach czułem się trochę jak ktoś, kto wraca z miejsca, w którym pierwszy raz od  dawna oddychał pełną piersią. I nagle ma wrócić do przestrzeni, gdzie oddycha się szybciej, płycej i ciągle „w biegu”. To była radość bez fajerwerków. Zwycięstwo bez triumfu. I smutek, że kończy się coś pięknego, dzikiego i prawdziwego. Bo w głowie już miałem prysznic…ale serce jeszcze zostało na szlaku.
- Taka przygoda człowieka i fascynuje, i zatrzymuje… Ale po tym wszystkim – już bezkolizyjnie – był finał tej forsownej podróży?
- (śmiech) Niezupełnie tak bezkolizyjnie. Noc spędziliśmy w Kangerlussuaq, to dawna baza wojskowa USA. Obecnie ma 500 mieszkańców i tam znali nas już wszyscy. Mieliśmy prosty plan „ogarnąć  się”, wziąć oddech po  szlaku i ruszyć na wycieczkę pod lodowiec Russella. Miało być rowerowo, aktywnie po marszu. Ale Grenlandia miała na nas „własny pomysł” – pogoda zaczęła urządzać swoje przedstawienie, a człowiek z wypożyczalni rowerów nie dotarł. Pozostał więc samochód, szybki transfer, mniej wysiłku, ale z tą świadomością, że tu nigdy nie jesteś do końca panem planu. Tu zawsze wygrywa Natura.
- Czy widok lodowca zrekompensował wam tę mozolną wędrówkę przez bezdroża i mokradła, przemoczone ubrania, ciężkie przeprawy przez rzeki i lodowate kąpiele?
- O tak! Kiedy dotarliśmy pod lodowiec, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Przed nami majestatyczna, około sześćdziesięciometrowa ściana błękitnego lodu, twarda, surowa, niemal nierealna. Ten odcień niebieskiego to kolor, który się pojawia tylko w miejscach, gdzie są lodowce. I wtedy uderza cię druga myśl, że to coś naprawdę spektakularnego, metafizycznego, linia styku krainy lodu, wstęp do lądolodu Grenlandii. Jakbyś stał na progu kontynentalnej pamięci Ziemi.
W tle szumiał wodospad powstający z wód roztopowych. Taki paradoksalny dźwięk, piękny, żywy, kojący… a jednocześnie będący znakiem, że ten kolos oddaje wodę, że się zmienia, że topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody. I ten wiatr. Wiał tak, że trudno go opisać. To nie był podmuch, ale coś, co człowieka dociskało, odcinało słowa, przeganiało myśli. A lodowiec co jakiś czas pękał i wydawał dźwięki, które brzmiały jak z horroru. Jakby ziemia pod spodem pracowała. W takich chwilach czujesz się mały do granic śmieszności. Malutki, wciśnięty pomiędzy wiatr, skały i ścianę lodu, która pamięta czasy, gdy człowieka tu nawet nie było.
- Dotyk wieczności, który pewnie już zawsze pozostanie w pamięci serca i będzie towarzyszył codzienności…
- To było niezapomniane! Patrzyłem na tę grę kolorów, w głowie pozostał jeden obraz, który wraca mi do dziś. Fioletowe kwiaty rosnące w tym surowym klimacie, a za nimi lodowiec. Jakby dwa światy na jednej fotografii. Życie, które jest delikatne, a jednak uparte. I tło, które jest ogromne i zimne. Niesamowita perspektywa. Kadr, który nie potrzebuje filtra. Tam prawie nie rozmawialiśmy. Pogoda temu nie sprzyjała, ale też każdy z nas był w swoim wnętrzu. Lodowiec nie zachęca do gadania. Lodowiec zmusza do myślenia.
- I zapewne to były myśli z gatunków tych raczej „niewesołych”…
- Raczej tak. U mnie to zamieniło się w rozważania o przemijaniu. Bo stałem przed czymś, co znika. Lodowiec zanika. To fakt, nie metafora. Najtrudniejszy był smutek. Taki prawdziwy. Bo w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że część tych zmian to nie „przypadek”. Że swój udział ma nasz konsumpcjonizm, chęć posiadania, wygoda, szybkie życie, ten automatyzm, kupić, zużyć, wyrzucić, zapomnieć…
Pomyślałem, że chcę zobaczyć ich jak najwięcej, póki jeszcze są. Że tych zmian już nie cofniemy. Że pod tym lodem kryje się świat, którego nie znamy, ziemia, skały, być może dawne ślady. I że gdy ten lód stopnieje, morza i oceany będą się podnosić, kraje będą mieć problemy, gatunki będą znikać. A jednocześnie, patrząc na te kwiaty, można było poczuć coś jeszcze, że Natura nie znosi pustki. Że gdy jedno odejdzie, urodzi się coś nowego. Tylko pytanie brzmi, czy to „nowe” będzie równie dobre dla nas i dla tego, co dziś nazywamy domem…?
- Spełnione marzenie z gorzkimi refleksjami w prezencie? Te ulotne momenty zanurzenia w Naturę odkrywają uniwersalne prawdy, które już dawno temu zostały zapomniane przez nasz  „cywilizowany” świat…
- Tak, było też coś bardzo osobistego i bardzo prostego, spełniałem marzenie z dzieciństwa. Stałem przy lądolodzie Grenlandii. Byłem w miejscu, które wcześniej istniało dla mnie jako legenda, opisy z książek i mapa w głowie. Widziałem Inuitów, widziałem inny świat, dotknąłem tej ziemi dosłownie. Dlatego podróże są tak niezwykłe. Kształcą, ale zawsze powinny mieć w sobie szacunek do Natury i lokalnych  społeczności. Integracja, ciekawość, pokora. 
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim było to, że my o tym potrafimy myśleć właśnie tam, przy lodowcu, w wietrze, w surowej prawdzie Natury, a potem wracamy do codzienności i znowu giniemy w swoim świecie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Przestajemy rozmawiać. Nie słuchamy się. Zamykamy w swoich bańkach i sprawach. A przecież te miejsca uczą czegoś dokładnie odwrotnego, że jesteśmy częścią całości, nie centrum wszechświata.
- To była nauka płynąca z „zimnej, dzikiej i niecywilizowanej”  Krainy Lodu? 
- Lodowiec Russella nie dał mi tylko widoku. Dał mi lekcję. Że wszystko przemija. Że piękno bywa ostatnim ostrzeżeniem. I że jedyne, co możemy zrobić, to patrzeć na świat uważniej, z mniejszą pychą, większą pokorą i większym szacunkiem. Bo stojąc tam, w wietrze i huku pękającego lodu, człowiek nie ma wątpliwości co do jednego – świat jest niewyobrażalnie piękny… i wcale nie potrzebuje nas, żeby trwać.


Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran

 

 

wtorek, 02 czerwiec 2026 07:12

Zamknięcie drogi powiatowej w Hutkach Wyróżniony

 

Zarząd Drogowy w Olkuszu informuje, że w związku z przebudową przepustu pod drogą powiatową Bolesław – Klucze w miejscowości Hutki, od dnia 14.05.2026 r. nastąpi całkowite zamknięcie drogi powiatowej. Objazd z miejscowości Bolesław do miejscowości Klucze i odwrotnie będzie poprowadzony przez Olkusz.

Dojazd do Pustyni Błędowskiej (Róży Wiatrów) dla turystów, w szczególności ze Śląska, będzie możliwy jedynie od strony Olkusza przez miejscowość Klucze.

Planuje się, że roboty na przepuście potrwają do dnia 22.06.2026 r.

wtorek, 02 czerwiec 2026 07:05

Zapomniany mistrz z Pogwizdowa Wyróżniony

 

Zwiedzając dwa lata temu pszczyński pałac rodziny Von Pless, w jednej z sal zauważyłem portret słynącej z temperamentu i urody księżnej Daisy w koronie. Przypomniałem sobie wówczas, że autor portretu miał kiedyś namalować króla Rumunii, Karola. Po przyjeździe do Bukaresztu został zaproszony na królewski obiad, na który się spóźnił. Mimo popełnionej gafy namalował kilka portretów monarchy – i stał się sławny w całej Europie. Malarzem tym był urodzony w Pogwizdowie na Ziemi Miechowskiej Bolesław Szańkowski.

 

Urodził się w 1873 roku w rodzinie Henryka i Teodory z Wężyków, właścicieli Pogwizdowa. Bolesław prawdopodobnie po urodzeniu ciężko zachorował, ponieważ obrzęd chrztu został dopełniony „z wody”. Stryj przyszłego malarza, Feliks, był właścicielem pobliskiego Kępia.

Po kilku latach (w 1879 roku) Szańkowscy sprzedali Pogwizdów Wacławowi Gołembowskiemu i przeprowadzili się do Drwalewic koło Grójca.

Bolesław od 1891 roku studiował malarstwo w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie (był uczniem m.in. Jana Matejki), które kontynuował w Monachium i Paryżu. Ciągle doskonalił swój warsztat, a jego najlepsze prace były wiele razy nagradzane. Malował portrety osób z arystokratycznych rodów w Prusach, Francji i Wielkiej Brytanii. W 1911 jego pracami zachwyciła się księżna Maria Koburg, przyszła królowa Rumunii. Dzięki temu namalował rumuńską rodzinę królewską, a następnie samego króla Rumunii.

W kolejnych latach pracował na dworach cesarskich w Berlinie i Petersburgu. Nie omijał także polskiej arystokracji, malował między innymi Radziwiłłów i Potockich.

W 1926 roku, czyli dokładnie 100 lat temu, namalował portret Ignacego Paderewskiego, wybitnego pianisty, kompozytora i polityka. W zbiorach prywatnych zachowała się prezentowana tu fotografia, przedstawiająca Paderewskiego w pracowni Szańkowskiego.

Bolesław Szańkowski w latach 30. XX wieku zakupił dom w Fischbachau Aurach w Bawarii, w którym zamieszkał z żoną i córkami, Adrienne i Heleną. Zmarł w 1953 roku w Tagernsee, pochowano go na cmentarzu parafialnym w Fischbachau. Zadziwiające, że czasów współczesnych nie doczekał grób tego sławnego artysty.

Wnuczką artysty jest mieszkająca w Niemczech Stephanie Czerny, dyrektorka medialna i biznesmenka, najbardziej znana jako współzałożycielka konferencji DLD (Digital-Life-Design).

 

Mirosław Pogoń

sobota, 30 maj 2026 06:48

25 lat GSW BWA w Olkuszu Wyróżniony

 

22 maja, podczas uroczystej gali z okazji 25-lecia Galerii BWA w Olkuszu, dyrektor Stanisław Stach został uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi przyznanym przez Prezydenta RP, a Galeria otrzymała Brązowy Medal Polonia Minor – jedno z najważniejszych i najbardziej prestiżowych wyróżnień przyznawanych przez Samorząd Województwa Małopolskiego.

W części oficjalnej mogliśmy poznać historię BWA podczas ilustrowanej zdjęciami prelekcji Olgerda Dziechciarza oraz obejrzeć dokumentalny film podsumowujący ten piękny jubileusz. Były też podziękowania dla osób i instytucji wspierających placówkę oraz oficjalne wystąpienia wielu znamienitych gości.

Na zakończenie – koncert Sylwia Stańczyk Quartet.

 

* * *

 

25 lat GSW BWA w Olkuszu

Biura Wystaw Artystycznych (BWA) powstały w 1949 roku decyzją Ministerstwa Kultury i Sztuki, jako ogólnokrajowa sieć galerii sztuki współczesnej, z centralą w „Zachęcie”. Był to unikatowy system animacji życia plastycznego w PRL, obejmujący większość miast wojewódzkich. Po 1989 r. BWA przeszły proces komunalizacji, zmieniając się w lokalne galerie sztuki. Galeria Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu rozpoczęło działalność w czerwcu 2001 roku jako filia Małopolskiego Biura Wystaw Artystycznych w Nowym Sączu. W ten sposób Olkusz – jako historycznie ostatni ośrodek –  dołączył do niedługiej listy polskich miast, w których działały legendarne galerie BWA. W 2026 roku olkuskie BWA obchodzi więc 25-lecie istnienia.
Instytucja powstała dzięki staraniom artysty malarza Stanisława Stacha i dyrektora Galerii MBWA w Nowym Sączu artysty malarza Krzysztofa Kulisia. Oczywiście Galeria nie powstałaby gdyby nie przychylność ówczesnych władz miasta, powiatu i województwa, z burmistrzem Januszem Dudkiewiczem, starostą Januszem Bargiełem i marszałkiem Markiem Nawarą na czele. Przez kolejne lata instytucja cieszyła się wsparciem władz wszystkich szczebli samorządowych, bo przecież nigdy nie odwróciły się od nas także władze Urzędu Marszałkowskiego, to jest kolejni marszałkowie, członkowie zarządu oraz radni sejmiku wojewódzkiego. Dzięki temu w 2010 roku, gdy dokonano restrukturyzacji Małopolskiego BWA, olkuska Galeria nie została zlikwidowana, lecz przekształcona w samodzielną instytucję kultury utrzymywaną na mocy umowy pomiędzy trzema szczeblami samorządu: Marszałkiem Województwa Małopolskiego, Urzędem Miasta i Gminy w Olkuszu oraz Starostwem Powiatowym w Olkuszu. 
Galeria znakomicie radzi sobie jako w pełni autonomiczna instytucja i cieszy się zaufaniem w środowisku artystycznym. W ciągu tych 25 lat zorganizowano prawie 400 wystaw artystów polskich i zagranicznych, bez mała ćwierć tysiąca spotkań autorskich, XXI Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Srebrne Miasto”, w których wzięło udział prawie pół tysiąca artystów nawet z tak odległych krajów jak Chiny, czy Meksyk, XXI Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich im. Kazimierza Ratonia, XXV festiwali „Olkuskie Zaduszki Jazzowe”, XI Ogólnopolskich Konkursów Plastycznych „Kolaż-Asamblaż”, XI Festiwali Sztuki i Muzyki Sakralnej oraz setki innych wydarzeń, jak np. wykłady o sztuce, warsztaty plastyczne czy fotograficzne dla dzieci i młodzieży – łącznie wszystkich wydarzeń było grubo ponad tysiąc! Galeria BWA w Olkuszu zgromadziła także liczącą ponad 800 dzieł cenną Kolekcję Sztuki Współczesnej, której wartość szacować można na kilka milionów złotych oraz liczącą blisko 600 eksponatów Kolekcję Dizajnu Olkuskiej Emalii. 
Historia olkuskiego BWA na trwałe wpisała się w dzieje sztuki współczesnej, a jego szeroka działalność jest znacząca także na polu literackim i muzycznym. Dla środowiska artystycznego miasto Olkusz kojarzy jako miejsce funkcjonowania ważnego ośrodka kultury i fantastycznej publiczności.

O.D.

 

czwartek, 28 maj 2026 08:04

MIECHÓW – Małopolski Dzień Dziecka w Parku Miejskim Wyróżniony

 

Zapraszamy na Małopolski Dzień Dziecka, który odbędzie się 31 maja o godz. 11:00 w Parku Miejskim w Miechowie!

 

Zapraszamy wszystkie dzieci wraz z rodzinami do Parku Miejskiego w Miechowie na wyjątkowe świętowanie pełne atrakcji, uśmiechu i dobrej zabawy!

 

W programie m.in.: występy artystyczne, spektakl „Zaczarowany Las”, pokaz mega baniek, konfetti i lalek, fontanny z muzyką dla dzieci, animacje i gry wielkoformatowe, warsztaty plastyczne i ekologiczne, gigantyczne postaci bajkowe. słodkie stoiska: wata cukrowa i lody.

 

Wydarzenie odbywa się pod Honorowym Patronatem Łukasza Smółki – Marszałka Województwa Małopolskiego.

Projekt realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego w ramach programu „Małopolska Rodzina”.

 

Do zobaczenia!

czwartek, 28 maj 2026 06:16

GMINNY DZIEŃ DZIECKA w WOLBROMIU Wyróżniony

 

Gmina Wolbrom oraz Dom Kultury w Wolbromiu zapraszają:

Wszystkie dzieci wraz z rodzinami na wyjątkowe święto pełne radości, zabawy i niezapomnianych atrakcji!

31 maja 2026 r.

godz. 15:00-18:00

Tereny zielone Domu Kultury w Wolbromiu

Wstęp wolny!

 

W programie m.in.:

- spektakl muzyczny „Rymy Cymy”

- dmuchańce

- animacje

- malowanie buziek

- rodzinna gra terenowa

- warsztaty robienia mydełek

- rozgrywki szachowe

- autka

- występy artystyczne

- stanowiska służb porządkowych

 

Dodatkowo zapraszamy na wydarzenia towarzyszące:

29.05.2026 - turniej piłkarski na mini boisku

30.05.2026 - seanse kinowe dla dzieci w Kinie Radość Wolbrom (wstęp wolny)

31.05.2026 - zawody pływackie

 

Patronat honorowy nad wydarzeniem objął Łukasz Smółka - Marszałek Województwa Małopolskiego.

Projekt realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Organizatorzy:

Gmina Wolbrom oraz Dom Kultury w Wolbromiu.

 

Serdecznie zapraszamy całe rodziny do wspólnego świętowania!

Małopolska Miejska Biblioteka Publiczna w Wolbromiu MOPS Wolbrom Przedszkole Iskierkowo w Wolbromiu Sala Zabaw FunKids Wolbrom Mistrzowie Zabawy - Niepubliczne Przedszkole Integracyjne OSP Wierzchowisko OSP Wolbrom Olkuska Policja Angielski metodą Helen Doron Wolbrom Zespół Basenów Wolbrom.

 

Medal Samorządu Województwa Małopolskiego „Polonia Minor” dla Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy” i Srebrna Odznaka Honorowa Województwa Małopolskiego „Krzyż Małopolski” dla jej dyrektora, Pawła Olchawy, są potwierdzeniem zasług miechowskiego środowiska dla narodowej kultury i podziękowaniem za pracę na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego, wzbogacającego dorobek całego regionu. Te wyjątkowe wyróżnienia wręczyli, podczas uroczystej gali 15 maja, marszałek Województwa Małopolskiego Łukasz Smółka, wicemarszałek Iwona Gibas i radny Województwa Małopolskiego Mirosław Dróżdż.

 

Relację z tego wydarzenia znajdą Państwo w najnowszym wydaniu Wieści Miechowskich. Poniżej publikujemy natomiast garść refleksji w jubileuszowym roku miechowskiej kultury.

W bieżącym roku miechowskie Biuro Wystaw Artystycznych „U Jaksy” obchodzi trzy rocznice. Przede wszystkim 40-lecie założenia Galerii – tej ważnej w życiu miasta i regionu placówki, a ponadto 15-lecie objęcia opieki nad Dworkiem „Zacisze”, a także 15-lecie utworzenia Domu Pracy Twórczej im. Stefana Żechowskiego w XIX-wiecznej kamienicy w Rynku. Główne uroczystości zaplanowano na piątek 15 maja, dokładnie w przeddzień rocznicy pierwszego wernisażu, ale przeróżne imprezy, spotkania i wystawy organizowane będą przez cały rok. 

Miechowskie BWA

W ramach jubileuszowego roku planowane jest spotkanie autorskie Marka Hołdy, który także w tym roku obchodzi 45-lecie pracy twórczej, a 25 kwietnia kończy 70 lat. Będzie możliwość zaprezentowania jego dorobku artystycznego, poznania ciekawych momentów z jego bogatego życiorysu, porozmawiania z samym artystą, jakże ważnym dla środowiska.
Wielkimi krokami zbliża się także główna jubileuszowa data, bowiem 16 maja przypada 40. rocznica pierwszej wystawy w Galerii „U Jaksy”, kiedy szeroka publiczność miała okazję poznać bliżej twórczość, pochodzącego z Książa Wielkiego, Stefana Żechowskiego – wybitnego malarza i rysownika. To wydarzenie uważane jest za początek działalności placówki. Cały czas w tym samym miejscu, w zabudowaniach poklasztornych, w piwnicach, które w celu utworzenia galerii zostały odremontowane i zaadaptowane.
Pierwszym i długoletnim dyrektorem Galerii była Krystyna Olchawa. Placówka powstała początkowo jako filia BWA w Kielcach, kiedy jeszcze Miechów należał do województwa kieleckiego. Po reformie administracyjnej przez kilkanaście lat podlegała pod Małopolskie BWA, a od 2008 roku działa samodzielnie, będąc samorządową instytucją kultury Gminy i Miasta Miechów, finansowaną z jej środków przy równoczesnym wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, a w zakresie Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Barwy Małopolski” przez Starostwo Powiatowe w Miechowie.
- W jubileuszowym roku chcemy ten czterdziestoletni dorobek Galerii pokazać szerokiemu kręgowi odbiorców. Chcemy pokazać Miechów, jak był widziany i przedstawiany przez artystów na przestrzeni tych lat – wyjaśnia dyrektor Paweł Olchawa. - A dokumentują to różnorodne prace, tworzone m.in. podczas 26 już międzynarodowych plenerów malarskich. Będą to obrazy zarówno ze zbiorów samej Galerii, jak też ze zbiorów prywatnych. To ważne wydarzenie, podsumowujące cztery dekady działalności, podczas których zorganizowano w sumie 483 wystawy.
Działalność miechowskiego BWA nie ogranicza się jedynie do nich. Tylko w ostatnich dziesięciu latach przeprowadzono tutaj 899 pogadanek o sztuce (m.in. dla uczniów okolicznych szkół), prawie 70 wykładów i 236 warsztatów plastycznych. Do tego dochodzą opracowane i wydane katalogi, albumy, mnóstwo różnych artykułów, audycji radiowych, szczególnie w Radiu Kraków, gdzie redaktor Jan Stępień w audycji „Pejzaże regionalne” promuje lokalną kulturę. W przestrzeni wirtualnej dostępne są już 44 spacery wirtualne, uwieczniające wystawy czasowe i stałe, pokazujące obiekty BWA „U Jaksy” i panoramę Miechowa, które można oglądać po latach, z różnych zakątków świata.
Oprócz działalności wystawienniczej jest też aktywność muzyczna. Co roku organizowanych jest kilka koncertów, dzięki którym mieszkańcy Miechowa mogli oklaskiwać m.in.: Marka Grechutę, Grzegorza Turnaua, Andrzeja Sikorowskiego, Barda z Nowej Zelandii Noela Couttsa, muzyków z Burkina Faso, Francji i wielu innych stron świata, zespoły L.Stadt, Cheap Tobacco, Limboski & Wiśnia, Hard Times, Que Passa, Tempero. To tylko koncerty „pełnometrażowe”, bo niemal zawsze wernisaż kolejnej wystawy dopełnia oprawa muzyczna w wykonaniu ciekawych artystów.
A wszystko to dzięki codziennej pracy sześciu osób, które pracują w sumie jedynie na 4,65 etatu! - Pracujemy na to, żeby cały czas instytucja promowała sztukę i kulturę. I żeby ludzie mogli mieć z nią kontakt – podsumowuje dyrektor BWA.
Tak więc – najpierw była Galeria „U Jaksy”, a potem, po 22 latach, kiedy została instytucją kultury Urzędu Gminy i Miasta w Miechowie, BWA rozwinęło swoją działalność. Najpierw w 2009 roku ekspozycja prac Stefana Żechowskiego została przeniesiona do pomieszczenia w kamienicy w Rynku, a następnie w 2011 roku, po przydzieleniu BWA większej części tego budynku, przerodziła się w Dom Pracy Twórczej. W tym samym roku pod zarząd BWA został powierzony Dworek „Zacisze”.
Wszystkie te obiekty, przed przekazaniem ich na cele kultury, wymagały gruntownych remontów i przystosowania do celów wystawienniczych. Zaczęło się od adaptacji piwnic poklasztornych, by stworzyć jakże klimatyczne wnętrze miechowskiej Galerii. Kiedy miał powstać Dom Pracy Twórczej trzeba było wymienić dach i odnowić elewację od strony Rynku, a było to możliwe dzięki środkom gminnym, a także pozyskanym z zewnątrz, głównie z programów celowych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwa Małopolskiego, jak też wsparciu licznych sponsorów.
W 2021 roku w BWA „U Jaksy” przeprowadziło remont wschodniej części strychu w Domu Pracy Twórczej z przeznaczeniem na magazyn dzieł sztuki i archiwum, który został sfinansowany ze środków Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020, wdrażanego przez Miechowskie Stowarzyszenie Gmin Jaksa. 
W 2025 roku zrealizowano zadanie pod nazwą „Remont oraz wymiana wyposażenia Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy”, które zostało dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ramach programu Infrastruktura kultury 2025, pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego. Z tych środków finansowych wykonano remont Galerii i Domu Pracy Twórczej, zakupiono wyposażenie biurowe i sprzęt niezbędny do prowadzenia warsztatów plastycznych w Dworku „Zacisze” oraz innych zajęć kulturalnych, w tym stoły dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.
W bieżącym roku BWA zakupiło do Galerii „U Jaksy”: krzesło ewakuacyjno - transportowe dla osób z niepełnosprawnościami, stoliki, pianino, oświetlenie do sal wystawienniczych, lampy do pomieszczenia biurowego. Zrealizowane zadanie pod nazwą „Doposażenie obiektów Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy” zostało dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Infrastruktura kultury 2026.
Od czasu jak BWA „U Jaksy” zarządza Dworkiem „Zacisze”, przede wszystkim został on wyposażony w XIX-wieczne meble i inne przedmioty użyteczności codziennej, pochodzące od darczyńców. W 2017 roku przeprowadzono fumigację całego obiektu z funduszy uzyskanych w ramach programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Ochrona zabytków”. Kolejne prace modernizacyjne tego obiektu były przeprowadzone w 2022 roku z budżetu Gminy Miechów oraz ze środków pozyskanych z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych, dzięki którym zostało wymienione pokrycie dachowe wraz z instalacją odgromową, zabezpieczono drewniane ściany i wykonano modernizację ogrodzenia.

Dom Pracy Twórczej 

Od piętnastu lat funkcjonuje w Rynku Dom Pracy Twórczej im. Stefana Żechowskiego. Tutaj prezentowane są wystawy stałe. Obok rysunków i obrazów patrona znajduje się „Galeria Sztuki Współczesnej”, gdzie prezentowane są głównie prace, które powstały podczas Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Barwy Małopolski”. Można także zapoznać się z pracami profesora Wincentego Kućmy eksponowanymi w „Galerii pod Witrażem”, a także podziwiać witraż „Światło w cieniu”, który Profesor zaprojektował specjalnie dla tego miejsca. Jest też „Galeria Saint-Tropez”, prezentująca twórczości Stanisława Sachy Stawiarskiego, artysty urodzonego w pobliskim Śladowie. Jej nazwa nawiązuje do francuskiej miejscowości w Prowansji, gdzie artysta spędził większość swojego życia. Na jego obrazach możemy podziwiać niezwykłe niebo tamtego regionu, architekturę i nadmorskie pejzaże.
W Domu Pracy Twórczej, oprócz tego, że eksponowane są wystawy stałe, odbywają się wszelkie spotkania autorskie, projekcje filmowe, wykłady, w tym te, które weszły do tradycji tego miejsca i cieszą się dużym zainteresowaniem, czyli z ojcem Eugeniuszem Grzywaczem, opowiadającym o sztuce i teologii. Tutaj organizowane są również warsztaty plastyczne, artystyczne dla dzieci i młodzieży. 
Korzystając ze zgromadzonych zasobów, BWA „U Jaksy” zorganizowało ponadto pięć wystaw stałych na terenie Miechowa poza obiektami własnymi. Są to: wystawa zbiorowa „Barwy Małopolski dla Jana Pawła II” oraz Antoniego Wróblewskiego „Monstrancje Polne i Krzyże Pamiętne” w zabudowaniach poklasztornych; „W poszukiwaniu formy pomnika Miechowity” – rysunki Wincentego Kućmy, „Miechów. Ołówkiem i węglem” Władysława Szczepańskiego oraz „Miechów w malarstwie współczesnych artystów” eksponowane w Urzędzie Gminy i Miasta w Miechowie.

Trochę informacji o dworku

BWA „U Jaksy” zarządza tym obiektem od 15 lat, wykorzystując go do organizacji spotkań ze sztuką, warsztatów, wystaw, koncertów, plenerów malarskich i rzeźbiarskich oraz spotkań o charakterze patriotycznym, bowiem dworek jest przecież świadkiem historii naszego regionu. Gości więc także często grupy pragnące poznać dzieje Miechowa i okolicy.
Kiedyś był trochę poza miastem, teraz usytuowany jest niemal w jego centrum. Najprawdopodobniej pierwszymi jego właścicielami byli bożogrobcy, ale w latach 40. XIX wieku kupił go rachmistrz powiatowy, szlachcic, Maurycy Tytus Kulczycki herbu Sas (1804–1878) i był własnością jego rodziny przez prawie 100 lat. Podczas powstania styczniowego Maurycy pełnił nawet funkcję naczelnika powiatu i to dzięki niemu dworek stoi do dziś. Przekazy historyczne podają, jak to podczas bitwy miechowskiej w 1863 roku, wojska rosyjskie miały rozkaz spalić miasto. Żołnierze przyszli także pod dworek, ale Maurycy Tytus Kulczycki przekonał ich, że w zasadzie stoi on już poza jego granicami, a ponieważ swoje argumenty poparł sakiewką i gorzałką, dworek udało się uratować. 
Tablica epitafijna pierwszego historycznego właściciela dworku znajduje się w Bazylice Grobu Bożego w Miechowie, w nawie północnej. Po śmierci Kulczyckiego dworek przeszedł w ręce drugiej jego żony – Józefy, a po jej śmierci właścicielem został syn, Julian Kulczycki. W roku 1973 ostatni właściciel, Maciej Gajewski, sprzedał dworek Skarbowi Państwa; od tamtej pory stanowi własność gminy.
W latach 1981–1994 w dworku działało Muzeum Kościuszkowskie, będące filią Muzeum Regionalnego, prowadzonego przez Miechowski Oddział PTTK. Eksponowane obiekty przedstawiały życie i działalność Tadeusza Kościuszki, ze szczególnym uwzględnieniem bitwy pod Racławicami. Jej przebieg przedstawia kolorowa fotokopia „Małej Panoramy Racławickiej” – dzieła Wojciecha Kossaka i Jana Styki, eksponowana także obecnie.
Obiekt jest zabytkowy i jego wnętrze wyposażone zostało w przedmioty z XIX i początku XX wieku. Jak informuje dyrektor BWA, przy kompletowaniu wyposażenia dużym wsparciem było zaangażowanie Bronisława Nowaka, prowadzącego wspólnie z Jarosławem Mudynem firmę „Aladyn”. To oni ufundowali i przekazali mnóstwo przedmiotów – mebli, lamp, waz, które stanowią obecnie ekspozycję stałą, razem z przedmiotami przekazanymi przez, pochodzącego z Miechowa, ambasadora tytularnego Jerzego Drożdża. Są też eksponaty przekazane przez potomków Maurycego Kulczyckiego – Jerzego Sas-Kulczyckiego, Maurycego Bruna Kulczyckiego i Małgorzatę Raduszewską, a także wiele innych przedmiotów podarowanych przez mieszkańców, w tym obraz przedstawiający Tadeusza Kościuszkę, ofiarowany przez panią Ewę Zarembę.
Od 2016 roku BWA „U Jaksy” podjęło działania w celu utworzenia dodatkowej nowoczesnej przestrzeni do celów kulturalnych przy Dworku „Zacisze”, które były inspirowane i zapoczątkowane przez architektów Izabelę i Andrzeja Fedaków. W styczniu 2026 roku Zarząd Województwa Małopolskiego zatwierdził dofinansowanie dla Gminy i Miasta w Miechowie z projektu Fundusze Europejskie dla Małopolski 2017–2027 na przebudowę i rozbudowę obiektu przy ulicy Polnej, pod numerem 3, który znajduje się przy dworku. Plany zakładają, że do końca przyszłego roku powstanie tam Centrum Sztuki i Edukacji przy Dworku „Zacisze” w Miechowie, z pomieszczeniami, zapleczem i toaletami. To bardzo pomoże w bieżącym wykorzystaniu obiektu na cele szeroko rozumianej kultury. W dziele tym Galerii BWA „U Jaksy” pomagać będzie stowarzyszenie Grupa Miechowska, która jest partnerem podczas realizacji tego zadania. Równolegle z pracami budowlanymi, będzie też realizowana tzw. „rewitalizacja społeczna”, która w założeniach ma łączyć pokolenia, organizować zajęcia artystyczne, nie tylko w samym dworku, ale również na terenie całego Miechowa, słowem – działać na rzecz integracji i przekazywania wiedzy. - Powstające centrum umożliwi w pełni wykorzystanie zarówno dworku, jak też całego otoczenia, uzupełni i rozwinie jego możliwości – mówi Paweł Olchawa. Podczas rozmowy pokazuje archiwalną mapkę, na której ukazany jest dworek oraz dwa budynki gospodarcze usytuowane prostopadle do niego. Do naszych czasów przetrwał tylko ten pierwszy budynek i jego rewitalizacja właśnie się rozpoczyna.

Wrażliwość potrzebna jest każdemu

- Wszyscy, którzy do nas przyjeżdżają, mówią, że mamy naprawdę fajną publiczność, która czuje i jest nauczona odbierać sztukę. Po prostu myślę, że część Miechowian wzrastała razem z Galerią BWA „U Jaksy” – zwierza się Paweł Olchawa. Bardzo często są to osoby, które chodziły tutaj na zajęcia artystyczne, potem wybierały kierunki zawodowe, z którymi wiązały się na całe życie, a byli to np. architekci krajobrazu, choć wspomina także osobę, która skończyła Akademię Filmową w Łodzi. - Wypracowały sobie pewną wrażliwość, a ona jest potrzebna w każdym zawodzie. To umiejętność dostrzegania małych niuansów, szczegółów, różnic, pewnego łączenia ich z całością, też odnajdywania się w tym, co nas otacza, także w sztuce, która gdzieś jest wokół nas. Ona w zasadzie jest wszędzie, bo wszystko, co nas otacza – oprócz natury – to jest wymysł człowieka. Uzmysławiamy sobie wiele rzeczy poprzez kontakt ze sztuką.
Słucham dalej słów dyrektora, które stają się coraz głębsze, coraz poważniejsze: - Cały rozwój człowieka idzie w jakimś kierunku, żeby on się stawał lepszy. Bo właśnie sztuka, kultura, to jest to dobro, w którego kierunku chcemy iść. Niestety, człowiek nie tylko dobre rzeczy wymyślił, ale jednak sztuka zawsze jest postrzegana jako ta dobra. Kiedyś w ogóle było określenie „sztuki piękne”. Oczywiście, na przestrzeni wieków zmieniały się mody, style i wrażliwości, a z wieloma gatunkami można by polemizować, czy faktycznie są takie piękne, bo dopiero później okazało się, że brzydota też może być piękna. I te granice sztuki trochę za bardzo się poszerzyły, że nie wiemy, gdzie się zaczynają, gdzie się kończą. Niektórzy artyści, chcąc zwrócić na siebie uwagę, dość daleko odeszli od utrwalonych kanonów piękna. Nie zawsze to były mądre rzeczy, ale te poszukiwania pozwalały odnaleźć nowe pola, nowe drogi. Niektóre z nich okazały się martwe i odeszły w niepamięć. Ale jednak, mimo wszystko, sztuka nas uszlachetnia i poszerza nasze horyzonty – nie ma wątpliwości Paweł Olchawa. – Lepiej iść do galerii niż na wojnę. To na pewno – dodaje po chwili…