Reklama
BizTech Forum połączyło przedsiębiorców z Małopolski Wyróżniony
Rozmowy, inspiracje i nowoczesny biznes w centrum uwagi
Wiosna 2026 roku upłynęła w Małopolsce pod znakiem przedsiębiorczości, inspirujących rozmów i nowoczesnych technologii. W dniach 21 kwietnia w Michałowicach oraz 12 maja w Ulinie Wielkiej odbyły się dwa spotkania w ramach BizTech Forum – Małopolskiego Forum Technologii i Biznesu realizowanego w ramach Programu Małopolska Innowacyjna.
Organizatorem wydarzeń była Fundacja Stawiamy na Rozwój, która po raz kolejny udowodniła, że lokalne inicjatywy mogą stać się przestrzenią dla wartościowych spotkań, wymiany doświadczeń i budowania relacji pomiędzy ludźmi biznesu.
BizTech Forum zgromadziło przedsiębiorców, osoby prowadzące działalność gospodarczą, przedstawicieli różnych branż, a także uczestników dopiero planujących rozpoczęcie własnej drogi zawodowej. Choć każdy z nich przyjechał z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami, wszystkich połączyła jedna potrzeba – rozwój oraz chęć rozmowy o tym, jak dziś prowadzić nowoczesny biznes.
Program obu wydarzeń został przygotowany w taki sposób, aby łączyć praktyczną wiedzę z inspiracją i autentycznymi historiami ludzi, którzy na co dzień mierzą się z wyzwaniami rynku. Uczestnicy mogli wysłuchać prelekcji poświęconych komunikacji w biznesie, budowaniu relacji z klientami, strategiom marketingowym i promocji marki, a także finansom firmowym oraz wykorzystaniu sztucznej inteligencji w codziennej pracy przedsiębiorców.
Szczególnie duże zainteresowanie wzbudziły tematy związane z AI. Dla wielu uczestników była to okazja, aby spojrzeć na sztuczną inteligencję nie jak na odległą technologiczną ciekawostkę, ale realne narzędzie wspierające codzienną pracę firm – od tworzenia treści marketingowych, przez organizację pracy, aż po automatyzację procesów.
Nie zabrakło również tematów bardzo praktycznych i bliskich przedsiębiorcom – związanych z podatkami, prowadzeniem działalności gospodarczej czy świadomym budowaniem marki. Prelegenci podkreślali, że współczesny biznes wymaga dziś nie tylko dobrego produktu czy usługi, ale także umiejętności komunikacji, elastyczności i gotowości do ciągłego uczenia się.
Jednym z najbardziej wyczekiwanych momentów wydarzenia był panel dyskusyjny z udziałem przedsiębiorców prowadzących niestandardowe i kreatywne działalności. Uczestnicy mogli poznać kulisy prowadzenia motylarni, wydawnictwa, działalności twórców cyfrowych, butiku modowego czy firmy produkującej gry edukacyjne.
To właśnie ta część spotkania pokazała najlepiej, że przedsiębiorczość nie ma jednego schematu. Za każdą marką stoją ludzie, ich pomysły, odwaga, konsekwencja i często długa droga pełna wyzwań. Rozmowy były szczere, autentyczne i momentami bardzo osobiste, dzięki czemu uczestnicy mogli spojrzeć na biznes z bardziej ludzkiej perspektywy.
Po części oficjalnej uczestnicy zostali zaproszeni na networking i rozmowy kuluarowe. Przy kawie i poczęstunku nie brakowało wymiany kontaktów, nowych pomysłów i rozmów, które – jak podkreślali uczestnicy – często są równie wartościowe jak same prelekcje. To właśnie w takich mniej formalnych momentach rodzą się współprace, inspiracje i nowe inicjatywy.
- Na co dzień współpracuję z wieloma przedsiębiorcami i bardzo cenię sobie rozmowy z ludźmi, którzy tworzą własne firmy, rozwijają swoje pomysły i podejmują odważne decyzje biznesowe. Takie spotkania pokazują, jak bardzo potrzebujemy przestrzeni do wymiany doświadczeń, inspiracji i budowania trwałych relacji biznesowych. Bardzo podobała mi się atmosfera BizTech Forum i mam nadzieję, że wydarzenie na stałe zagości w Miechowie i okolicach – mówi Ewa Majewska-Dudek, organizatorka wydarzenia.
BizTech Forum pokazało, że również w mniejszych miejscowościach istnieje ogromna potrzeba tworzenia wydarzeń dla przedsiębiorców – nowoczesnych, otwartych i opartych na praktycznej wiedzy. Spotkania w Michałowicach i Ulinie Wielkiej stały się nie tylko okazją do zdobycia nowych kompetencji, ale także dowodem na to, że lokalny biznes chce się rozwijać, współpracować i wspólnie szukać nowych możliwości.
Projekt został zrealizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.
Nowy wóz ratowniczo - gaśniczy dla OSP Gołaczewy Wyróżniony
18 maja, w Małopolskim Centrum Nauki Cogiteon w Krakowie, odbyło się uroczyste przekazanie nowych samochodów strażackich dla małopolskich jednostek Ochotniczych Straży Pożarnych. W gronie wyróżnionych jednostek znalazły się Gołaczewy, gdzie trafił nowoczesny średni samochód ratowniczo-gaśniczy.
Kluczyki do nowego pojazdu druhom przekazał Łukasz Smółka – marszałek Województwa Małopolskiego, a w uroczystości uczestniczyli również m.in. Krzysztof Jan Klęczar – wojewoda Małopolski, Lidia Gądek – radna Województwa Małopolskiego, a także poseł Łukasz Kmita.
Gminę Wolbrom oraz jednostkę OSP Gołaczewy reprezentowali: burmistrz Radosław Kuś, przewodnicząca Rady Miejskiej i członek OSP Gołaczewy Monika Krzywańska, radny RM i strażak Łukasz Marczewski oraz prezes OSP Gołaczewy Paweł Kiwior i druh Piotr Wasilewski.
Zakup samochodu był możliwy dzięki realizacji projektu „Bezpieczna Małopolska – Bon na ratowanie – Straż Pożarna – Etap II”, którego celem jest wzmacnianie potencjału jednostek OSP oraz poprawa bezpieczeństwa mieszkańców regionu. Wartość całego programu przekracza 24 mln zł, z czego ponad 15,6 mln zł stanowi dofinansowanie z Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Małopolski 2021–2027.
Koszt pojazdu wyniósł 1.038.120 zł, dofinansowanie 674.778 zł, natomiast wkład własny Gminy Wolbrom 363.342 zł.
Nowoczesny samochód wyposażony został m.in. w:
– napęd 4×4 umożliwiający działania w trudnym terenie,
– wydajną autopompę,
– wyciągarkę,
– maszt oświetleniowy do akcji nocnych,
– specjalistyczny sprzęt ratowniczo-gaśniczy.
Nowy pojazd znacząco zwiększy możliwości operacyjne jednostki, skróci czas dotarcia do miejsca zdarzenia oraz poprawi skuteczność działań podczas pożarów, wypadków drogowych czy usuwania skutków gwałtownych zjawisk pogodowych.
Strażacy z Gołaczew od lat należą do najbardziej aktywnych jednostek OSP w powiecie olkuskim. Druhowie regularnie uczestniczą w akcjach ratowniczo-gaśniczych, działaniach związanych z usuwaniem skutków wichur i podtopień, zabezpieczeniach wydarzeń lokalnych, a także stale rozwijają swoje wyposażenie i zaplecze techniczne. W ostatnich latach jednostka konsekwentnie inwestowała w nowoczesny sprzęt ratowniczy oraz szkolenia druhów, skutecznie pozyskując środki zewnętrzne na rozwój swojej działalności.
W ramach projektu „Bezpieczna Małopolska” nowe wozy trafiły łącznie do 23 jednostek OSP z całego województwa. Dla druhów z Gołaczew to nie tylko nowy samochód, ale przede wszystkim ogromne wsparcie w codziennej służbie na rzecz bezpieczeństwa mieszkańców gminy i regionu.
Regulatory wzrostu i rozwoju – jak zapobiegać wyleganiu łanu?
Napisał Wojciech Szota
Intensywne nawożenie azotowe stymuluje rośliny do dynamicznego wzrostu, jednak niesie za sobą ryzyko nadmiernego wybujania i osłabienia źdźbła. Wyleganie zbóż czy rzepaku utrudnia zbiór kombajnem i drastycznie obniża jakość ziarna. Profesjonalne środki ochrony roślin i opryski z grupy regulatorów wzrostu (antywylęgaczy) pomagają skrócić i usztywnić międzywęźla, stabilizując całą plantację. Sprawdź, jak działają te preparaty.
Mechanizm działania antywylegaczy na poziomie komórkowym
Regulatory wzrostu hamują syntezę gibberelin – hormonów roślinnych odpowiedzialnych za wydłużanie się komórek. W efekcie roślina traktowana takim preparatem wytwarza krótsze, ale znacznie grubsze i mocniejsze ściany komórkowe w źdźbłach. Co więcej, niektóre regulatory stymulują rozwój systemu korzeniowego, co poprawia zakotwiczenie rośliny w podłożu i zwiększa jej odporność na silne porywy wiatru.
Optymalne warunki i terminy aplikacji retardantów
Skuteczność regulatorów wzrostu zależy w ogromnym stopniu od temperatury w trakcie i po zabiegu. Niektóre substancje aktywne wymagają temperatur powyżej 8-10 stopni Celsjusza, podczas gdy inne działają skutecznie w niższych temperaturach. Zabieg w zbożach wykonuje się najczęściej w fazie pierwszego kolanka (BBCH 31-32), co pozwala na skrócenie najniższych, najbardziej obciążonych międzywęźli.
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część III. Serce Krainy Lodu
Napisał Wojciech Szota
Przyjęcie urodzinowe u stóp lodowca, magnetyczny głos nura, przenikający na wskroś bezkresne przestrzenie Arktyki, zniewalające krajobrazy, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
To sceneria szlaku Arctic Circle Trail na Grenlandii. Jest on jedną z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która na długości ok. 165 km wiedzie przez dziewicze zakątki tej wyspy. Rocznie przemierza go tylko ok.1500 osób z całego świata. Wśród nich znalazł się i Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży, który opowieścią o tej wyjątkowej wyprawie podzielił się z uczestnikami spotkania w miechowskiej Bursie Szkolnej. Jak odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Jak odnaleźć siebie pośród pustkowia i oczyszczającej ciszy? Czy taka podróż zmienia człowieka?
Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.
Oto ciąg dalszy opowieści o przygodach na arktycznym szlaku
Być czy nie być? – czyli suche czy mokre?
- Wyprawa szlakiem Arctic Circle Trail należy chyba do kategorii tych, która „testuje” nas w każdej chwili, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”?
- Tak. Trzeci dzień marszu zaczął się właśnie tak, jakby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu z właściwych powodów. Nie „dla przygody” tylko tych prawdziwych, gdy jest niewygodnie, mokro i ciężko. Obudziliśmy się w cudownej dolinie rzecznej, miękko ułożonej pomiędzy zboczami. O poranku spowita była mgłą tak gęstą, jakby ktoś rozlał mleko po całym krajobrazie. Powietrze miało ten surowy, wilgotny chłód, a deszcz ani myślał ustąpić.
Po dniu wcześniejszym byliśmy przemoczeni do… majtek. Wszystko mokre i ciężkie. Mieliśmy tylko jeden komplet suchych rzeczy. I w głowie zaczynała się… narada kryzysowa. Bo jest taki moment na wyprawach, którego nikt nie pokazuje w filmach: chwila przed wyjściem ze śpiwora. Leżysz jeszcze w cieple, twojej jedynej przestrzeni komfortu. I wiesz, że musisz z niej wyjść… I mętlik: czy założyć suche czy mokre? Bo to jak być czy nie być? Decyzja mogła być tylko jedna. Zakładamy mokre. Bo na Grenlandii praktyczność ratuje skórę dosłownie.
- To start był ciężki?
- Bardzo ciężki. Morale, które po pierwszym dniu niosło nas jak balon, teraz zaczęło opadać. Właściwie, nie będę udawał: ono szorowało po dnie (śmiech) - Noc była cudowna, organizm odpoczął… ale poranek tragiczny. Bo wypoczęte ciało to jedno, a perspektywa kolejnego dnia w wodzie to drugie. Zebraliśmy się w kolejnym domku na trasie. Było ciasno, parno od mokrych kurtek, ale choć bez wiatru w twarz. Zaparzyliśmy herbatę do termosu, siedzieliśmy i gawędziliśmy, w stylu: „kiedyś wyjdzie słońce”, „damy radę.” I wtedy padła jedna z największych prawd tej wyprawy: na świecie nie ma rzeczy nieprzemakalnych. Są tylko takie, które przemakają wolniej. Jedyną rzeczą, która nas realnie uratowała to skarpetki z membraną. Buty zawsze łapały wilgoć, a one nigdy. Torf po opadach nabrał wody. W praktyce większość dnia szliśmy w wodzie po kostki. Trzeba było obchodzić zastoiska, szukać twardszych fragmentów podłoża, trzymać się szlaku, który często był prawie niewidoczny. Ratował nas GPS i orientacyjne stożki z kamieni, drogowskazy oznaczające szlak.
- Czy to wszystko dookoła nie obezwładniało człowieka, powodując jakąś wewnętrzną dywersję naszego ciała i psychiki?
- Na początku, istotnie szło się gorzej. Mokre ciuchy, zimny deszcz, wiatr. Nastroje kiepskie. Ale po pierwszych trzydziestu minutach marszu wydarzyło się coś, co zawsze mnie zaskakuje: ciało zaczęło produkować ciepło. Nagle wilgoć stała się… akceptowalna. Przestała być paniką. Człowiek przełącza się w tryb funkcjonowania. Tylko że i cała logistyka obozowa zaczęła nam się sypać. Namioty zwijaliśmy na mokro. Śpiwór też dostał wilgoci, a on musi być suchy, choćby reszta świata miała pływać. Bo jak śpiwór wysiądzie, to cała wyprawa siada razem z nim, bo już możesz nie poczuć ciepła.
Większość drogi szliśmy zanurzeni w sobie. Każdy toczył własną walkę psychiczną, fizyczną, techniczną. Wygraną było to, że idziesz dalej. Kuba rzucił tego dnia komunikat: ponad 20 kilometrów. Ale dorzucił też dwie wiadomości, które podziałały jak kroplówka na morale. Prognozy się zmieniły, padać będzie dziś i jutro, potem poprawa. I: po dzisiejszej trasie śpimy w domku. Z piecykiem. Z szansą na wysuszenie rzeczy. Wtedy w grupie coś drgnęło. Bo narzekanie zaczęło się pojawiać coraz częściej, pierwsze obtarcia, odparzenia. Ale mieliśmy plan. Na wszystko. Ktoś miał plastry, inny maść, trzeci doświadczenie. W grupie naprawdę siła. Przerwy były szybkie i częste, padało i wiało. Herbata z termosu, baton, orzechy, i dalej. Bo kalorie były potrzebne. Wspieraliśmy się słownie, pilnowaliśmy humoru. Starałem się dodawać otuchy innym choć sam też w środku toczyłem swoją bitwę: „po co ja to robię?!” – „lepiej all inclusive i gorące kraje”…
- To może faktycznie lepiej ta Hurghada czy Madera…
- (uśmiech) Nie, bo wystarczyło spojrzeć w bok i te myśli… znikały. Krajobraz nas fascynował. Zobaczyliśmy nury lodowce, te same, które wcześniej oglądaliśmy na muralu w Sisimiut. I nagle to było jak zamknięcie klamry: obraz z miasta stał się rzeczywistością. Do tego lodowce, pustka przestrzeni, i pierwszy raz widok karibu. Pierwszy dowód, że tu jest życie, tylko inne, ciszej obecne, bardziej wtopione w tło. Po drodze zobaczyliśmy pardwę górską, piękną, jeszcze w białych zimowych piórach. Była jak duch z innej pory roku. I znów ten zachwyt: żywa zieleń, wodospady wyskakujące jak grzyby po deszczu, strumienie wszędzie, woda dosłownie w każdej postaci. I gdzieś między tym pojawiały się nasze refleksje: jak ważna jest woda, mokradła, dobry stan bagien. W Polsce człowiek często nie widzi tej wartości, dopóki jej nie zabraknie.
- Takie „wylogowanie się z cywilizacji” to chyba doskonała okazja, aby się zatrzymać, odnaleźć drogę do siebie i odkryć to, co czyni życie naprawdę wartościowym?
- Na pewno tak. Pod koniec dnia znaleźliśmy szkielet wołu piżmowego. Stał jak znak. Bez dramatyzmu czy moralizowania, po prostu fakt Natury. Śmierć jest tu naturalna, jak wiatr i deszcz. To mnie uderzyło mocno. Przez dłuższą chwilę szedłem potem z myślą o przemijaniu, o tym, że życie nie jest „na później”. Że trzeba je przeżyć porządnie, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, kiedy sami zostaniemy takim szkieletem na szlaku.
I wreszcie domek. Jak wejście do innego świata. Sama myśl, że ściągniesz mokre ciuchy, usiądziesz pod dachem i choć przez chwilę nie będzie ci padać w twarz, to działało jak terapia. Po dojściu czekał na nas pyszny obiad i deser nagroda, która w tych warunkach ma rangę królewskiej uczty. Później karty, dużo herbaty, wspólny czas. Spokojny, ciepły, prosty. I jest ta, zazwyczaj zupełnie niedostrzegana, radość z niepozornych rzeczy. Jeszcze jeden moment. Mały, ale ogromny: pierwszy kontakt z bliskimi. SMS wysłany z telefonu satelitarnego. Krótka wiadomość. Ale coś, co potrafi człowieka wyprostować od środka. Jakby ktoś na chwilę przypomniał, że poza tą mgłą, deszczem, torfem i mokrymi rękawicami… istnieje też normalny świat. Ten, w którym – i my – jesteśmy dla kogoś cenni.
Przyjęcie urodzinowe pod lodowcem
- Trasa Arctic Circle Trail jest tak wymagająca, żmudna i trudna, że pewnie z każdym kolejnym dniem, który zbliżał do mety, odczuwaliście radość i ulgę?
- To bardzo dziwne, ale nie. A nawet było odwrotnie. W przedostatni dzień marszu zaczynał się pojawiać taki wewnętrzny smutek, że to koniec tej fascynującej przygody. Dotarliśmy do największej chatki przy Kanu Center. Tylko że obietnica domowej nocki skończyła się szybciej, niż zdążyliśmy zdjąć plecaki. Bo domek opanowały pluskwy. Decyzja była natychmiastowa: nie śpimy tam. Korzystamy wyłącznie z kuchni i stołu, cała reszta: namioty. Choćby wiało czy lało jak diabli. I tak właśnie wiało – (śmiech) – że człowiek miał wrażenie, iż wiatr chce mu urwać głowę. Jego kierunek był dodatkowo perfidny, prosto w twarz, dokładnie pod jutrzejszą przeprawę w kanu. Czyli zapowiedź dnia, w którym będziemy płynąć ponad 20 kilometrów pod wiatr, znaczy ciężki dzień z wiosłami. Tylko w tamtej chwili nasze myśli popłynęły… innym torem, bo nagle okazało się, że mamy powód do…świętowania. Dla jednej z naszych towarzyszek to był wyjątkowy dzień, kończyła 40 lat i z tej okazji zafundowała sobie tę przygodę.
- Tak trudna i forsowna wyprawa jako prezent na „czterdziestkę”? Godne podziwu! Tylko przyjęcie urodzinowe zapewne musiało poczekać…
- Tak, szacunek. Bo są ludzie, którzy kupują sobie na czterdziestkę zegarek. A są tacy, którzy fundują sobie Grenlandię. Nie – (uśmiech) – przyjęcie nie zostało odłożone. Zaczynamy świętować po swojemu, trochę śpiewu, malowania, żartów. Kuba, prawdziwy mistrz organizacji i planowania wypraw, rozkłada namiot, chwyta wędkę i gdzieś nam znika. Nagle, przez ten wyjący wiatr, słychać krzyk. I Kuba biegnie do nas z pięknym pstrągiem arktycznym. Euforia była taka, jakbyśmy nie złowili rybę, a znaleźli co najmniej – (śmiech) – sztabkę złota!
Marta, dotąd bardziej obserwatorka niż łowczyni, pierwszy raz zarzuca wędkę. Ściąga przynętę bez efektu, drugi raz, trzeci… i nagle jest branie. Walka, emocje, i ona też wyciąga kolejnego pięknego pstrąga, swoją pierwszą rybę, mówiąc, z błyszczącymi od radości oczami: „Już wiem, co daje wam taką frajdę w łowieniu. Poczułam to!” Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kto chciał, ten złowił. Ja też. I już byłem myślami w kuchni. Bo przecież to „urodziny”. A w takich warunkach jedzenie przestaje być „posiłkiem”, staje się wydarzeniem. W głowie zaczyna mi się budować pomysł, nie mamy tortu, talerzy. Pojawia się jednak myśl, to będzie tort… rybny! Są świeczki. Rozpoczynam poszukiwania wokół domku odpowiedniej arktycznej dekoracji: płaskie kamienie, lokalne rośliny, drobne kwiaty. Może to brzmi absurdalnie, ale w terenie absurd często jest synonimem szczęścia. Z Piotrem czyścimy ryby. Potem „pieczenie” i serwis na kamieniach. Tylko sól i pieprz. Układam kamienie w kształt kwiatka, na nich kawałki ryby, dookoła rośliny i zebrana wokół aranżacja. Na brzegach świeczki.
- To solenizantka zapewne zaniemówiła na ten widok?
- (uśmiech) Tak, kiedy „rybny torcik” ląduje na stole, zapada cisza. Bo nagle nie jesteśmy w chatce na końcu świata. Tylko na urodzinach. Prawdziwych. Śpiewamy „Sto lat”, które gdzieś w świat niesie ten arktyczny wiatr. A jubilatka śmieje się, patrzy na świeczki jak na coś kompletnie nierealnego w tej scenerii i w końcu zdmuchuje je jednym tchem. A potem już przyjęcie…Do dziś pamiętam pomarańczo-czerwone mięso pstrąga i jego niewyobrażalny smak, intensywny i czysty. Tylko sól, pieprz, ogień i świeżość.
- Takie wydarzenia i przeżycia odkrywają chyba i to, co nam teraz umyka. Piękno prawdziwych relacji z innymi ludźmi?
- Na pewno budują więź. Drogą, wspólnym wysiłkiem i stołem, przy którym człowiek w końcu czuje się u siebie, nawet na końcu świata.
- To po imprezie można było zużytkować i siły, i energię na tę forsującą przeprawę przez jezioro… - Właśnie, i tu zdarzyło się coś niesamowitego. Tak, jakby ta Zimna Kraina odczarowała swoje oblicze i postanowiła wszystkim nam… wyprawić urodziny. Gdy wstaliśmy rano, trochę wiało, ale już nie tak bezczelnie jak wczoraj. Niebo pełne chmur, wilgoć w powietrzu. Po śniadaniu dzielimy się na trójki i ruszamy na wodę. Przed nami ponad 20 kilometrów w kanu. I nagle, zamiast walki dostajemy nagrodę. Z każdym kilometrem pogoda się stabilizuje. Wychodzi słońce, jezioro uspokaja się, tafla jak lustro. Woda krystalicznie czysta, widać na kilka metrów w głąb, że jezioro jest bardzo głębokie. Może nawet lepiej nie wiedzieć jak bardzo. Krajobraz, światło, cisza, temperatura. Na brzegu góry i żywa zieleń, w oddali karibu. Człowiek ma wrażenie, że właśnie wszedł do raju.
- Obrazek jak z jego reklamy.
- Tak, to były niezwykłe chwile. Ciszę od czasu do czasu przerywał głos nurów lodowców. Ten dźwięk ma w sobie hipnozę. Taki sygnał, że jesteśmy w świecie, który żyje swoim rytmem, ignoruje naszą obecność, ale pozwala nam na chwilę w nim uczestniczyć. Płynąc, rozmawiamy, o życiu, prywatnych sprawach. Tematy płyną jak ta woda, spokojnie, z ciekawością. I jest w tym coś pięknego, że w miejscu tak surowym człowiek staje się nagle bardzo ludzki, bardzo otwarty. Nie chcemy kończyć tej podróży… Chcemy stać na środku jeziora, zostać jeszcze chwilę, bo wszystko jest idealne. Docieramy do brzegu. Łowimy kolejne pstrągi. Pogoda piękna. Leżymy na brzegu jeziora, trochę śpimy. Ja ganiałem z aparatem za płatkonogiem szydłodziobym, który żerował na pobliskim jeziorku.
- Zapewne ten dzień w życiu należał do kategorii tych „zjawiskowych”?
- To prawda, a wtedy wciąż trwała jego magia. Bo przed nami niespodzianka, połączenie jezior, którego miało nie być. Przechodzimy przez zalany przesmyk, miejscami woda jest po pas. Ale po tych dniach to już nie robi wrażenia. Kuba wskazuje górkę, gdzie rozbijemy namioty. Widok cudowny. Wokół pływają lodówki, które wydobywają z siebie piękne, niemrawe dźwięki. Takie odgłosy, które brzmią jak muzyka miejsca.
W ostatni wieczór leżymy na skałach, rozmawiamy o drodze, przeżyciach. Cieszymy się Naturą. Z każdą godziną robi się coraz zimniej, ale owinięci w puchowe kurtki trwamy, bo nikt nie chce tego zakończyć. W białym dniu nie widać, kiedy robi się wieczór. To oszustwo czasu, niby późno, a światło jakby trwało na przekór. To dodaje jeszcze uroku tej chwili.
- I to moment, który pewnie sprawia, że w sercu pojawia się wzruszenie?
- Tak, a w oku kręci się łezka, bo człowiek czuje, że dotyka czegoś rzadkiego. Piękna dzikiego, nieosiągalnego, takiego, które nie powinno zostać „oswojone” ani „udomowione”. Grenlandia jest piękna właśnie dlatego, że nie próbuje się pod nas dostosować. I oby to się nigdy nie zmieniło. Niech zostanie miejscem dla tych, którzy naprawdę lubią przygody i potrafią zaakceptować, że tu prym wiedzie Natura. Zawsze.
Serce dla Grenlandii
- Arktyka, jej bezkres, pustka i samotność, zapewne pozwala zobaczyć naszą codzienność i życie w „uniwersalnym lustrze”?
- Z pewnością tak. Kiedy stawiałem ostatnie kroki i wiedziałem już, że to koniec, nie było we mnie euforii. Radość tak. I satysfakcja, że przeszedłem trasę, której, jeszcze kilka dni wcześniej, bałem się w głowie bardziej niż w nogach. Pokonałem siebie. Tylko jednocześnie czułem…smutek. Cichy, dziwny i prawdziwy. Bo wiedziałem, że to ostatnie kroki w tamtym świecie. Gdzie nie ma tłumu, hałasu, nie istnieją powiadomienia, terminy, maile i drobne sprawy, które w mieście urastają do rangi tragedii. Tam była tylko Natura i jej zasady. Proste, uczciwe i bez dyskusji. Masz iść, jeść, pić, wysuszyć rzeczy, rozbić namiot, przetrwać noc, złowić rybę. A „problemy cywilizacji”, nie miały dostępu do twojej głowy. Bezludzie robi z człowiekiem coś niesamowitego: daje mu ciszę w środku. Dlatego zamiast entuzjazmu miałem w sobie smutek i żal, że zaraz to wszystko zostanie mi zabrane. A powróci rzeczywistość i te rozmowy „o niczym”, pośpiech, sprawy „na wczoraj”. Ten dobrze znany ciężar, który człowiek nosi na głowie, a nie na plecach.
- To odejście ze świata, w którym było, wciąż jeszcze, słychać prawdziwy rytm serca Natury. Kiedyś tak bliski człowiekowi. Świata, który, zawsze, oferuje nam wolność oraz to, co proste i piękne…
- Tak, dlatego te nasze odczucia. To było paradoksalne, bo przez pół wyprawy myślałem o jednym: gorący prysznic. Nie jako luksus tylko marzenie. Jakby gorąca woda miała zmyć nie tylko brud i torf, ale cały trud, chłód i zmęczenie. Czułem, że prysznic będzie jak święto i nagroda. Tylko że, gdy naprawdę przyszło zakończenie, zrozumiałem coś zaskakującego. Najbardziej nie tęskniłem za jedzeniem, wygodą czy łóżkiem. Największa tęsknota była za tym światem, który właśnie opuszczałem. Za tym, że wszystko było proste. Że każdy dzień miał sens, bo był zbudowany z ruchu, Natury i ciszy. Człowiek wstawał nie po to, żeby „ogarnąć życie”, tylko po to, żeby iść dalej i to wystarczało. W ostatnich minutach czułem się trochę jak ktoś, kto wraca z miejsca, w którym pierwszy raz od dawna oddychał pełną piersią. I nagle ma wrócić do przestrzeni, gdzie oddycha się szybciej, płycej i ciągle „w biegu”. To była radość bez fajerwerków. Zwycięstwo bez triumfu. I smutek, że kończy się coś pięknego, dzikiego i prawdziwego. Bo w głowie już miałem prysznic…ale serce jeszcze zostało na szlaku.
- Taka przygoda człowieka i fascynuje, i zatrzymuje… Ale po tym wszystkim – już bezkolizyjnie – był finał tej forsownej podróży?
- (śmiech) Niezupełnie tak bezkolizyjnie. Noc spędziliśmy w Kangerlussuaq, to dawna baza wojskowa USA. Obecnie ma 500 mieszkańców i tam znali nas już wszyscy. Mieliśmy prosty plan „ogarnąć się”, wziąć oddech po szlaku i ruszyć na wycieczkę pod lodowiec Russella. Miało być rowerowo, aktywnie po marszu. Ale Grenlandia miała na nas „własny pomysł” – pogoda zaczęła urządzać swoje przedstawienie, a człowiek z wypożyczalni rowerów nie dotarł. Pozostał więc samochód, szybki transfer, mniej wysiłku, ale z tą świadomością, że tu nigdy nie jesteś do końca panem planu. Tu zawsze wygrywa Natura.
- Czy widok lodowca zrekompensował wam tę mozolną wędrówkę przez bezdroża i mokradła, przemoczone ubrania, ciężkie przeprawy przez rzeki i lodowate kąpiele?
- O tak! Kiedy dotarliśmy pod lodowiec, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Przed nami majestatyczna, około sześćdziesięciometrowa ściana błękitnego lodu, twarda, surowa, niemal nierealna. Ten odcień niebieskiego to kolor, który się pojawia tylko w miejscach, gdzie są lodowce. I wtedy uderza cię druga myśl, że to coś naprawdę spektakularnego, metafizycznego, linia styku krainy lodu, wstęp do lądolodu Grenlandii. Jakbyś stał na progu kontynentalnej pamięci Ziemi.
W tle szumiał wodospad powstający z wód roztopowych. Taki paradoksalny dźwięk, piękny, żywy, kojący… a jednocześnie będący znakiem, że ten kolos oddaje wodę, że się zmienia, że topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody. I ten wiatr. Wiał tak, że trudno go opisać. To nie był podmuch, ale coś, co człowieka dociskało, odcinało słowa, przeganiało myśli. A lodowiec co jakiś czas pękał i wydawał dźwięki, które brzmiały jak z horroru. Jakby ziemia pod spodem pracowała. W takich chwilach czujesz się mały do granic śmieszności. Malutki, wciśnięty pomiędzy wiatr, skały i ścianę lodu, która pamięta czasy, gdy człowieka tu nawet nie było.
- Dotyk wieczności, który pewnie już zawsze pozostanie w pamięci serca i będzie towarzyszył codzienności…
- To było niezapomniane! Patrzyłem na tę grę kolorów, w głowie pozostał jeden obraz, który wraca mi do dziś. Fioletowe kwiaty rosnące w tym surowym klimacie, a za nimi lodowiec. Jakby dwa światy na jednej fotografii. Życie, które jest delikatne, a jednak uparte. I tło, które jest ogromne i zimne. Niesamowita perspektywa. Kadr, który nie potrzebuje filtra. Tam prawie nie rozmawialiśmy. Pogoda temu nie sprzyjała, ale też każdy z nas był w swoim wnętrzu. Lodowiec nie zachęca do gadania. Lodowiec zmusza do myślenia.
- I zapewne to były myśli z gatunków tych raczej „niewesołych”…
- Raczej tak. U mnie to zamieniło się w rozważania o przemijaniu. Bo stałem przed czymś, co znika. Lodowiec zanika. To fakt, nie metafora. Najtrudniejszy był smutek. Taki prawdziwy. Bo w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że część tych zmian to nie „przypadek”. Że swój udział ma nasz konsumpcjonizm, chęć posiadania, wygoda, szybkie życie, ten automatyzm, kupić, zużyć, wyrzucić, zapomnieć…
Pomyślałem, że chcę zobaczyć ich jak najwięcej, póki jeszcze są. Że tych zmian już nie cofniemy. Że pod tym lodem kryje się świat, którego nie znamy, ziemia, skały, być może dawne ślady. I że gdy ten lód stopnieje, morza i oceany będą się podnosić, kraje będą mieć problemy, gatunki będą znikać. A jednocześnie, patrząc na te kwiaty, można było poczuć coś jeszcze, że Natura nie znosi pustki. Że gdy jedno odejdzie, urodzi się coś nowego. Tylko pytanie brzmi, czy to „nowe” będzie równie dobre dla nas i dla tego, co dziś nazywamy domem…?
- Spełnione marzenie z gorzkimi refleksjami w prezencie? Te ulotne momenty zanurzenia w Naturę odkrywają uniwersalne prawdy, które już dawno temu zostały zapomniane przez nasz „cywilizowany” świat…
- Tak, było też coś bardzo osobistego i bardzo prostego, spełniałem marzenie z dzieciństwa. Stałem przy lądolodzie Grenlandii. Byłem w miejscu, które wcześniej istniało dla mnie jako legenda, opisy z książek i mapa w głowie. Widziałem Inuitów, widziałem inny świat, dotknąłem tej ziemi dosłownie. Dlatego podróże są tak niezwykłe. Kształcą, ale zawsze powinny mieć w sobie szacunek do Natury i lokalnych społeczności. Integracja, ciekawość, pokora.
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim było to, że my o tym potrafimy myśleć właśnie tam, przy lodowcu, w wietrze, w surowej prawdzie Natury, a potem wracamy do codzienności i znowu giniemy w swoim świecie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Przestajemy rozmawiać. Nie słuchamy się. Zamykamy w swoich bańkach i sprawach. A przecież te miejsca uczą czegoś dokładnie odwrotnego, że jesteśmy częścią całości, nie centrum wszechświata.
- To była nauka płynąca z „zimnej, dzikiej i niecywilizowanej” Krainy Lodu?
- Lodowiec Russella nie dał mi tylko widoku. Dał mi lekcję. Że wszystko przemija. Że piękno bywa ostatnim ostrzeżeniem. I że jedyne, co możemy zrobić, to patrzeć na świat uważniej, z mniejszą pychą, większą pokorą i większym szacunkiem. Bo stojąc tam, w wietrze i huku pękającego lodu, człowiek nie ma wątpliwości co do jednego – świat jest niewyobrażalnie piękny… i wcale nie potrzebuje nas, żeby trwać.
Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran
Zamknięcie drogi powiatowej w Hutkach Wyróżniony
Zarząd Drogowy w Olkuszu informuje, że w związku z przebudową przepustu pod drogą powiatową Bolesław – Klucze w miejscowości Hutki, od dnia 14.05.2026 r. nastąpi całkowite zamknięcie drogi powiatowej. Objazd z miejscowości Bolesław do miejscowości Klucze i odwrotnie będzie poprowadzony przez Olkusz.
Dojazd do Pustyni Błędowskiej (Róży Wiatrów) dla turystów, w szczególności ze Śląska, będzie możliwy jedynie od strony Olkusza przez miejscowość Klucze.
Planuje się, że roboty na przepuście potrwają do dnia 22.06.2026 r.
Zapomniany mistrz z Pogwizdowa Wyróżniony
Zwiedzając dwa lata temu pszczyński pałac rodziny Von Pless, w jednej z sal zauważyłem portret słynącej z temperamentu i urody księżnej Daisy w koronie. Przypomniałem sobie wówczas, że autor portretu miał kiedyś namalować króla Rumunii, Karola. Po przyjeździe do Bukaresztu został zaproszony na królewski obiad, na który się spóźnił. Mimo popełnionej gafy namalował kilka portretów monarchy – i stał się sławny w całej Europie. Malarzem tym był urodzony w Pogwizdowie na Ziemi Miechowskiej Bolesław Szańkowski.
Urodził się w 1873 roku w rodzinie Henryka i Teodory z Wężyków, właścicieli Pogwizdowa. Bolesław prawdopodobnie po urodzeniu ciężko zachorował, ponieważ obrzęd chrztu został dopełniony „z wody”. Stryj przyszłego malarza, Feliks, był właścicielem pobliskiego Kępia.
Po kilku latach (w 1879 roku) Szańkowscy sprzedali Pogwizdów Wacławowi Gołembowskiemu i przeprowadzili się do Drwalewic koło Grójca.
Bolesław od 1891 roku studiował malarstwo w Szkole Sztuk Pięknych w Krakowie (był uczniem m.in. Jana Matejki), które kontynuował w Monachium i Paryżu. Ciągle doskonalił swój warsztat, a jego najlepsze prace były wiele razy nagradzane. Malował portrety osób z arystokratycznych rodów w Prusach, Francji i Wielkiej Brytanii. W 1911 jego pracami zachwyciła się księżna Maria Koburg, przyszła królowa Rumunii. Dzięki temu namalował rumuńską rodzinę królewską, a następnie samego króla Rumunii.
W kolejnych latach pracował na dworach cesarskich w Berlinie i Petersburgu. Nie omijał także polskiej arystokracji, malował między innymi Radziwiłłów i Potockich.
W 1926 roku, czyli dokładnie 100 lat temu, namalował portret Ignacego Paderewskiego, wybitnego pianisty, kompozytora i polityka. W zbiorach prywatnych zachowała się prezentowana tu fotografia, przedstawiająca Paderewskiego w pracowni Szańkowskiego.
Bolesław Szańkowski w latach 30. XX wieku zakupił dom w Fischbachau Aurach w Bawarii, w którym zamieszkał z żoną i córkami, Adrienne i Heleną. Zmarł w 1953 roku w Tagernsee, pochowano go na cmentarzu parafialnym w Fischbachau. Zadziwiające, że czasów współczesnych nie doczekał grób tego sławnego artysty.
Wnuczką artysty jest mieszkająca w Niemczech Stephanie Czerny, dyrektorka medialna i biznesmenka, najbardziej znana jako współzałożycielka konferencji DLD (Digital-Life-Design).
Mirosław Pogoń
25 lat GSW BWA w Olkuszu Wyróżniony
22 maja, podczas uroczystej gali z okazji 25-lecia Galerii BWA w Olkuszu, dyrektor Stanisław Stach został uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi przyznanym przez Prezydenta RP, a Galeria otrzymała Brązowy Medal Polonia Minor – jedno z najważniejszych i najbardziej prestiżowych wyróżnień przyznawanych przez Samorząd Województwa Małopolskiego.
W części oficjalnej mogliśmy poznać historię BWA podczas ilustrowanej zdjęciami prelekcji Olgerda Dziechciarza oraz obejrzeć dokumentalny film podsumowujący ten piękny jubileusz. Były też podziękowania dla osób i instytucji wspierających placówkę oraz oficjalne wystąpienia wielu znamienitych gości.
Na zakończenie – koncert Sylwia Stańczyk Quartet.
* * *
25 lat GSW BWA w Olkuszu
Biura Wystaw Artystycznych (BWA) powstały w 1949 roku decyzją Ministerstwa Kultury i Sztuki, jako ogólnokrajowa sieć galerii sztuki współczesnej, z centralą w „Zachęcie”. Był to unikatowy system animacji życia plastycznego w PRL, obejmujący większość miast wojewódzkich. Po 1989 r. BWA przeszły proces komunalizacji, zmieniając się w lokalne galerie sztuki. Galeria Biuro Wystaw Artystycznych w Olkuszu rozpoczęło działalność w czerwcu 2001 roku jako filia Małopolskiego Biura Wystaw Artystycznych w Nowym Sączu. W ten sposób Olkusz – jako historycznie ostatni ośrodek – dołączył do niedługiej listy polskich miast, w których działały legendarne galerie BWA. W 2026 roku olkuskie BWA obchodzi więc 25-lecie istnienia.
Instytucja powstała dzięki staraniom artysty malarza Stanisława Stacha i dyrektora Galerii MBWA w Nowym Sączu artysty malarza Krzysztofa Kulisia. Oczywiście Galeria nie powstałaby gdyby nie przychylność ówczesnych władz miasta, powiatu i województwa, z burmistrzem Januszem Dudkiewiczem, starostą Januszem Bargiełem i marszałkiem Markiem Nawarą na czele. Przez kolejne lata instytucja cieszyła się wsparciem władz wszystkich szczebli samorządowych, bo przecież nigdy nie odwróciły się od nas także władze Urzędu Marszałkowskiego, to jest kolejni marszałkowie, członkowie zarządu oraz radni sejmiku wojewódzkiego. Dzięki temu w 2010 roku, gdy dokonano restrukturyzacji Małopolskiego BWA, olkuska Galeria nie została zlikwidowana, lecz przekształcona w samodzielną instytucję kultury utrzymywaną na mocy umowy pomiędzy trzema szczeblami samorządu: Marszałkiem Województwa Małopolskiego, Urzędem Miasta i Gminy w Olkuszu oraz Starostwem Powiatowym w Olkuszu.
Galeria znakomicie radzi sobie jako w pełni autonomiczna instytucja i cieszy się zaufaniem w środowisku artystycznym. W ciągu tych 25 lat zorganizowano prawie 400 wystaw artystów polskich i zagranicznych, bez mała ćwierć tysiąca spotkań autorskich, XXI Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Srebrne Miasto”, w których wzięło udział prawie pół tysiąca artystów nawet z tak odległych krajów jak Chiny, czy Meksyk, XXI Ogólnopolskich Konkursów Poetyckich im. Kazimierza Ratonia, XXV festiwali „Olkuskie Zaduszki Jazzowe”, XI Ogólnopolskich Konkursów Plastycznych „Kolaż-Asamblaż”, XI Festiwali Sztuki i Muzyki Sakralnej oraz setki innych wydarzeń, jak np. wykłady o sztuce, warsztaty plastyczne czy fotograficzne dla dzieci i młodzieży – łącznie wszystkich wydarzeń było grubo ponad tysiąc! Galeria BWA w Olkuszu zgromadziła także liczącą ponad 800 dzieł cenną Kolekcję Sztuki Współczesnej, której wartość szacować można na kilka milionów złotych oraz liczącą blisko 600 eksponatów Kolekcję Dizajnu Olkuskiej Emalii.
Historia olkuskiego BWA na trwałe wpisała się w dzieje sztuki współczesnej, a jego szeroka działalność jest znacząca także na polu literackim i muzycznym. Dla środowiska artystycznego miasto Olkusz kojarzy jako miejsce funkcjonowania ważnego ośrodka kultury i fantastycznej publiczności.
O.D.
MIECHÓW – Małopolski Dzień Dziecka w Parku Miejskim Wyróżniony
Zapraszamy na Małopolski Dzień Dziecka, który odbędzie się 31 maja o godz. 11:00 w Parku Miejskim w Miechowie!
Zapraszamy wszystkie dzieci wraz z rodzinami do Parku Miejskiego w Miechowie na wyjątkowe świętowanie pełne atrakcji, uśmiechu i dobrej zabawy!
W programie m.in.: występy artystyczne, spektakl „Zaczarowany Las”, pokaz mega baniek, konfetti i lalek, fontanny z muzyką dla dzieci, animacje i gry wielkoformatowe, warsztaty plastyczne i ekologiczne, gigantyczne postaci bajkowe. słodkie stoiska: wata cukrowa i lody.
Wydarzenie odbywa się pod Honorowym Patronatem Łukasza Smółki – Marszałka Województwa Małopolskiego.
Projekt realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego w ramach programu „Małopolska Rodzina”.
Do zobaczenia!
GMINNY DZIEŃ DZIECKA w WOLBROMIU Wyróżniony
Gmina Wolbrom oraz Dom Kultury w Wolbromiu zapraszają:
Wszystkie dzieci wraz z rodzinami na wyjątkowe święto pełne radości, zabawy i niezapomnianych atrakcji!
31 maja 2026 r.
godz. 15:00-18:00
Tereny zielone Domu Kultury w Wolbromiu
Wstęp wolny!
W programie m.in.:
- spektakl muzyczny „Rymy Cymy”
- dmuchańce
- animacje
- malowanie buziek
- rodzinna gra terenowa
- warsztaty robienia mydełek
- rozgrywki szachowe
- autka
- występy artystyczne
- stanowiska służb porządkowych
Dodatkowo zapraszamy na wydarzenia towarzyszące:
29.05.2026 - turniej piłkarski na mini boisku
30.05.2026 - seanse kinowe dla dzieci w Kinie Radość Wolbrom (wstęp wolny)
31.05.2026 - zawody pływackie
Patronat honorowy nad wydarzeniem objął Łukasz Smółka - Marszałek Województwa Małopolskiego.
Projekt realizowany przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.
Organizatorzy:
Gmina Wolbrom oraz Dom Kultury w Wolbromiu.
Serdecznie zapraszamy całe rodziny do wspólnego świętowania!
Małopolska Miejska Biblioteka Publiczna w Wolbromiu MOPS Wolbrom Przedszkole Iskierkowo w Wolbromiu Sala Zabaw FunKids Wolbrom Mistrzowie Zabawy - Niepubliczne Przedszkole Integracyjne OSP Wierzchowisko OSP Wolbrom Olkuska Policja Angielski metodą Helen Doron Wolbrom Zespół Basenów Wolbrom.
40-lecie Biura Wystaw Artystycznych i Galerii „U Jaksy” Wyróżniony
Medal Samorządu Województwa Małopolskiego „Polonia Minor” dla Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy” i Srebrna Odznaka Honorowa Województwa Małopolskiego „Krzyż Małopolski” dla jej dyrektora, Pawła Olchawy, są potwierdzeniem zasług miechowskiego środowiska dla narodowej kultury i podziękowaniem za pracę na rzecz budowania społeczeństwa obywatelskiego, wzbogacającego dorobek całego regionu. Te wyjątkowe wyróżnienia wręczyli, podczas uroczystej gali 15 maja, marszałek Województwa Małopolskiego Łukasz Smółka, wicemarszałek Iwona Gibas i radny Województwa Małopolskiego Mirosław Dróżdż.
Relację z tego wydarzenia znajdą Państwo w najnowszym wydaniu Wieści Miechowskich. Poniżej publikujemy natomiast garść refleksji w jubileuszowym roku miechowskiej kultury.
W bieżącym roku miechowskie Biuro Wystaw Artystycznych „U Jaksy” obchodzi trzy rocznice. Przede wszystkim 40-lecie założenia Galerii – tej ważnej w życiu miasta i regionu placówki, a ponadto 15-lecie objęcia opieki nad Dworkiem „Zacisze”, a także 15-lecie utworzenia Domu Pracy Twórczej im. Stefana Żechowskiego w XIX-wiecznej kamienicy w Rynku. Główne uroczystości zaplanowano na piątek 15 maja, dokładnie w przeddzień rocznicy pierwszego wernisażu, ale przeróżne imprezy, spotkania i wystawy organizowane będą przez cały rok.
Miechowskie BWA
W ramach jubileuszowego roku planowane jest spotkanie autorskie Marka Hołdy, który także w tym roku obchodzi 45-lecie pracy twórczej, a 25 kwietnia kończy 70 lat. Będzie możliwość zaprezentowania jego dorobku artystycznego, poznania ciekawych momentów z jego bogatego życiorysu, porozmawiania z samym artystą, jakże ważnym dla środowiska.
Wielkimi krokami zbliża się także główna jubileuszowa data, bowiem 16 maja przypada 40. rocznica pierwszej wystawy w Galerii „U Jaksy”, kiedy szeroka publiczność miała okazję poznać bliżej twórczość, pochodzącego z Książa Wielkiego, Stefana Żechowskiego – wybitnego malarza i rysownika. To wydarzenie uważane jest za początek działalności placówki. Cały czas w tym samym miejscu, w zabudowaniach poklasztornych, w piwnicach, które w celu utworzenia galerii zostały odremontowane i zaadaptowane.
Pierwszym i długoletnim dyrektorem Galerii była Krystyna Olchawa. Placówka powstała początkowo jako filia BWA w Kielcach, kiedy jeszcze Miechów należał do województwa kieleckiego. Po reformie administracyjnej przez kilkanaście lat podlegała pod Małopolskie BWA, a od 2008 roku działa samodzielnie, będąc samorządową instytucją kultury Gminy i Miasta Miechów, finansowaną z jej środków przy równoczesnym wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, a w zakresie Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Barwy Małopolski” przez Starostwo Powiatowe w Miechowie.
- W jubileuszowym roku chcemy ten czterdziestoletni dorobek Galerii pokazać szerokiemu kręgowi odbiorców. Chcemy pokazać Miechów, jak był widziany i przedstawiany przez artystów na przestrzeni tych lat – wyjaśnia dyrektor Paweł Olchawa. - A dokumentują to różnorodne prace, tworzone m.in. podczas 26 już międzynarodowych plenerów malarskich. Będą to obrazy zarówno ze zbiorów samej Galerii, jak też ze zbiorów prywatnych. To ważne wydarzenie, podsumowujące cztery dekady działalności, podczas których zorganizowano w sumie 483 wystawy.
Działalność miechowskiego BWA nie ogranicza się jedynie do nich. Tylko w ostatnich dziesięciu latach przeprowadzono tutaj 899 pogadanek o sztuce (m.in. dla uczniów okolicznych szkół), prawie 70 wykładów i 236 warsztatów plastycznych. Do tego dochodzą opracowane i wydane katalogi, albumy, mnóstwo różnych artykułów, audycji radiowych, szczególnie w Radiu Kraków, gdzie redaktor Jan Stępień w audycji „Pejzaże regionalne” promuje lokalną kulturę. W przestrzeni wirtualnej dostępne są już 44 spacery wirtualne, uwieczniające wystawy czasowe i stałe, pokazujące obiekty BWA „U Jaksy” i panoramę Miechowa, które można oglądać po latach, z różnych zakątków świata.
Oprócz działalności wystawienniczej jest też aktywność muzyczna. Co roku organizowanych jest kilka koncertów, dzięki którym mieszkańcy Miechowa mogli oklaskiwać m.in.: Marka Grechutę, Grzegorza Turnaua, Andrzeja Sikorowskiego, Barda z Nowej Zelandii Noela Couttsa, muzyków z Burkina Faso, Francji i wielu innych stron świata, zespoły L.Stadt, Cheap Tobacco, Limboski & Wiśnia, Hard Times, Que Passa, Tempero. To tylko koncerty „pełnometrażowe”, bo niemal zawsze wernisaż kolejnej wystawy dopełnia oprawa muzyczna w wykonaniu ciekawych artystów.
A wszystko to dzięki codziennej pracy sześciu osób, które pracują w sumie jedynie na 4,65 etatu! - Pracujemy na to, żeby cały czas instytucja promowała sztukę i kulturę. I żeby ludzie mogli mieć z nią kontakt – podsumowuje dyrektor BWA.
Tak więc – najpierw była Galeria „U Jaksy”, a potem, po 22 latach, kiedy została instytucją kultury Urzędu Gminy i Miasta w Miechowie, BWA rozwinęło swoją działalność. Najpierw w 2009 roku ekspozycja prac Stefana Żechowskiego została przeniesiona do pomieszczenia w kamienicy w Rynku, a następnie w 2011 roku, po przydzieleniu BWA większej części tego budynku, przerodziła się w Dom Pracy Twórczej. W tym samym roku pod zarząd BWA został powierzony Dworek „Zacisze”.
Wszystkie te obiekty, przed przekazaniem ich na cele kultury, wymagały gruntownych remontów i przystosowania do celów wystawienniczych. Zaczęło się od adaptacji piwnic poklasztornych, by stworzyć jakże klimatyczne wnętrze miechowskiej Galerii. Kiedy miał powstać Dom Pracy Twórczej trzeba było wymienić dach i odnowić elewację od strony Rynku, a było to możliwe dzięki środkom gminnym, a także pozyskanym z zewnątrz, głównie z programów celowych Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Województwa Małopolskiego, jak też wsparciu licznych sponsorów.
W 2021 roku w BWA „U Jaksy” przeprowadziło remont wschodniej części strychu w Domu Pracy Twórczej z przeznaczeniem na magazyn dzieł sztuki i archiwum, który został sfinansowany ze środków Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich na lata 2014–2020, wdrażanego przez Miechowskie Stowarzyszenie Gmin Jaksa.
W 2025 roku zrealizowano zadanie pod nazwą „Remont oraz wymiana wyposażenia Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy”, które zostało dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, w ramach programu Infrastruktura kultury 2025, pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego. Z tych środków finansowych wykonano remont Galerii i Domu Pracy Twórczej, zakupiono wyposażenie biurowe i sprzęt niezbędny do prowadzenia warsztatów plastycznych w Dworku „Zacisze” oraz innych zajęć kulturalnych, w tym stoły dostosowane do potrzeb osób z niepełnosprawnościami.
W bieżącym roku BWA zakupiło do Galerii „U Jaksy”: krzesło ewakuacyjno - transportowe dla osób z niepełnosprawnościami, stoliki, pianino, oświetlenie do sal wystawienniczych, lampy do pomieszczenia biurowego. Zrealizowane zadanie pod nazwą „Doposażenie obiektów Biura Wystaw Artystycznych „U Jaksy” zostało dofinansowane ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu Infrastruktura kultury 2026.
Od czasu jak BWA „U Jaksy” zarządza Dworkiem „Zacisze”, przede wszystkim został on wyposażony w XIX-wieczne meble i inne przedmioty użyteczności codziennej, pochodzące od darczyńców. W 2017 roku przeprowadzono fumigację całego obiektu z funduszy uzyskanych w ramach programu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Ochrona zabytków”. Kolejne prace modernizacyjne tego obiektu były przeprowadzone w 2022 roku z budżetu Gminy Miechów oraz ze środków pozyskanych z Rządowego Funduszu Inwestycji Lokalnych, dzięki którym zostało wymienione pokrycie dachowe wraz z instalacją odgromową, zabezpieczono drewniane ściany i wykonano modernizację ogrodzenia.
Dom Pracy Twórczej
Od piętnastu lat funkcjonuje w Rynku Dom Pracy Twórczej im. Stefana Żechowskiego. Tutaj prezentowane są wystawy stałe. Obok rysunków i obrazów patrona znajduje się „Galeria Sztuki Współczesnej”, gdzie prezentowane są głównie prace, które powstały podczas Międzynarodowych Plenerów Malarskich „Barwy Małopolski”. Można także zapoznać się z pracami profesora Wincentego Kućmy eksponowanymi w „Galerii pod Witrażem”, a także podziwiać witraż „Światło w cieniu”, który Profesor zaprojektował specjalnie dla tego miejsca. Jest też „Galeria Saint-Tropez”, prezentująca twórczości Stanisława Sachy Stawiarskiego, artysty urodzonego w pobliskim Śladowie. Jej nazwa nawiązuje do francuskiej miejscowości w Prowansji, gdzie artysta spędził większość swojego życia. Na jego obrazach możemy podziwiać niezwykłe niebo tamtego regionu, architekturę i nadmorskie pejzaże.
W Domu Pracy Twórczej, oprócz tego, że eksponowane są wystawy stałe, odbywają się wszelkie spotkania autorskie, projekcje filmowe, wykłady, w tym te, które weszły do tradycji tego miejsca i cieszą się dużym zainteresowaniem, czyli z ojcem Eugeniuszem Grzywaczem, opowiadającym o sztuce i teologii. Tutaj organizowane są również warsztaty plastyczne, artystyczne dla dzieci i młodzieży.
Korzystając ze zgromadzonych zasobów, BWA „U Jaksy” zorganizowało ponadto pięć wystaw stałych na terenie Miechowa poza obiektami własnymi. Są to: wystawa zbiorowa „Barwy Małopolski dla Jana Pawła II” oraz Antoniego Wróblewskiego „Monstrancje Polne i Krzyże Pamiętne” w zabudowaniach poklasztornych; „W poszukiwaniu formy pomnika Miechowity” – rysunki Wincentego Kućmy, „Miechów. Ołówkiem i węglem” Władysława Szczepańskiego oraz „Miechów w malarstwie współczesnych artystów” eksponowane w Urzędzie Gminy i Miasta w Miechowie.
Trochę informacji o dworku
BWA „U Jaksy” zarządza tym obiektem od 15 lat, wykorzystując go do organizacji spotkań ze sztuką, warsztatów, wystaw, koncertów, plenerów malarskich i rzeźbiarskich oraz spotkań o charakterze patriotycznym, bowiem dworek jest przecież świadkiem historii naszego regionu. Gości więc także często grupy pragnące poznać dzieje Miechowa i okolicy.
Kiedyś był trochę poza miastem, teraz usytuowany jest niemal w jego centrum. Najprawdopodobniej pierwszymi jego właścicielami byli bożogrobcy, ale w latach 40. XIX wieku kupił go rachmistrz powiatowy, szlachcic, Maurycy Tytus Kulczycki herbu Sas (1804–1878) i był własnością jego rodziny przez prawie 100 lat. Podczas powstania styczniowego Maurycy pełnił nawet funkcję naczelnika powiatu i to dzięki niemu dworek stoi do dziś. Przekazy historyczne podają, jak to podczas bitwy miechowskiej w 1863 roku, wojska rosyjskie miały rozkaz spalić miasto. Żołnierze przyszli także pod dworek, ale Maurycy Tytus Kulczycki przekonał ich, że w zasadzie stoi on już poza jego granicami, a ponieważ swoje argumenty poparł sakiewką i gorzałką, dworek udało się uratować.
Tablica epitafijna pierwszego historycznego właściciela dworku znajduje się w Bazylice Grobu Bożego w Miechowie, w nawie północnej. Po śmierci Kulczyckiego dworek przeszedł w ręce drugiej jego żony – Józefy, a po jej śmierci właścicielem został syn, Julian Kulczycki. W roku 1973 ostatni właściciel, Maciej Gajewski, sprzedał dworek Skarbowi Państwa; od tamtej pory stanowi własność gminy.
W latach 1981–1994 w dworku działało Muzeum Kościuszkowskie, będące filią Muzeum Regionalnego, prowadzonego przez Miechowski Oddział PTTK. Eksponowane obiekty przedstawiały życie i działalność Tadeusza Kościuszki, ze szczególnym uwzględnieniem bitwy pod Racławicami. Jej przebieg przedstawia kolorowa fotokopia „Małej Panoramy Racławickiej” – dzieła Wojciecha Kossaka i Jana Styki, eksponowana także obecnie.
Obiekt jest zabytkowy i jego wnętrze wyposażone zostało w przedmioty z XIX i początku XX wieku. Jak informuje dyrektor BWA, przy kompletowaniu wyposażenia dużym wsparciem było zaangażowanie Bronisława Nowaka, prowadzącego wspólnie z Jarosławem Mudynem firmę „Aladyn”. To oni ufundowali i przekazali mnóstwo przedmiotów – mebli, lamp, waz, które stanowią obecnie ekspozycję stałą, razem z przedmiotami przekazanymi przez, pochodzącego z Miechowa, ambasadora tytularnego Jerzego Drożdża. Są też eksponaty przekazane przez potomków Maurycego Kulczyckiego – Jerzego Sas-Kulczyckiego, Maurycego Bruna Kulczyckiego i Małgorzatę Raduszewską, a także wiele innych przedmiotów podarowanych przez mieszkańców, w tym obraz przedstawiający Tadeusza Kościuszkę, ofiarowany przez panią Ewę Zarembę.
Od 2016 roku BWA „U Jaksy” podjęło działania w celu utworzenia dodatkowej nowoczesnej przestrzeni do celów kulturalnych przy Dworku „Zacisze”, które były inspirowane i zapoczątkowane przez architektów Izabelę i Andrzeja Fedaków. W styczniu 2026 roku Zarząd Województwa Małopolskiego zatwierdził dofinansowanie dla Gminy i Miasta w Miechowie z projektu Fundusze Europejskie dla Małopolski 2017–2027 na przebudowę i rozbudowę obiektu przy ulicy Polnej, pod numerem 3, który znajduje się przy dworku. Plany zakładają, że do końca przyszłego roku powstanie tam Centrum Sztuki i Edukacji przy Dworku „Zacisze” w Miechowie, z pomieszczeniami, zapleczem i toaletami. To bardzo pomoże w bieżącym wykorzystaniu obiektu na cele szeroko rozumianej kultury. W dziele tym Galerii BWA „U Jaksy” pomagać będzie stowarzyszenie Grupa Miechowska, która jest partnerem podczas realizacji tego zadania. Równolegle z pracami budowlanymi, będzie też realizowana tzw. „rewitalizacja społeczna”, która w założeniach ma łączyć pokolenia, organizować zajęcia artystyczne, nie tylko w samym dworku, ale również na terenie całego Miechowa, słowem – działać na rzecz integracji i przekazywania wiedzy. - Powstające centrum umożliwi w pełni wykorzystanie zarówno dworku, jak też całego otoczenia, uzupełni i rozwinie jego możliwości – mówi Paweł Olchawa. Podczas rozmowy pokazuje archiwalną mapkę, na której ukazany jest dworek oraz dwa budynki gospodarcze usytuowane prostopadle do niego. Do naszych czasów przetrwał tylko ten pierwszy budynek i jego rewitalizacja właśnie się rozpoczyna.
Wrażliwość potrzebna jest każdemu
- Wszyscy, którzy do nas przyjeżdżają, mówią, że mamy naprawdę fajną publiczność, która czuje i jest nauczona odbierać sztukę. Po prostu myślę, że część Miechowian wzrastała razem z Galerią BWA „U Jaksy” – zwierza się Paweł Olchawa. Bardzo często są to osoby, które chodziły tutaj na zajęcia artystyczne, potem wybierały kierunki zawodowe, z którymi wiązały się na całe życie, a byli to np. architekci krajobrazu, choć wspomina także osobę, która skończyła Akademię Filmową w Łodzi. - Wypracowały sobie pewną wrażliwość, a ona jest potrzebna w każdym zawodzie. To umiejętność dostrzegania małych niuansów, szczegółów, różnic, pewnego łączenia ich z całością, też odnajdywania się w tym, co nas otacza, także w sztuce, która gdzieś jest wokół nas. Ona w zasadzie jest wszędzie, bo wszystko, co nas otacza – oprócz natury – to jest wymysł człowieka. Uzmysławiamy sobie wiele rzeczy poprzez kontakt ze sztuką.
Słucham dalej słów dyrektora, które stają się coraz głębsze, coraz poważniejsze: - Cały rozwój człowieka idzie w jakimś kierunku, żeby on się stawał lepszy. Bo właśnie sztuka, kultura, to jest to dobro, w którego kierunku chcemy iść. Niestety, człowiek nie tylko dobre rzeczy wymyślił, ale jednak sztuka zawsze jest postrzegana jako ta dobra. Kiedyś w ogóle było określenie „sztuki piękne”. Oczywiście, na przestrzeni wieków zmieniały się mody, style i wrażliwości, a z wieloma gatunkami można by polemizować, czy faktycznie są takie piękne, bo dopiero później okazało się, że brzydota też może być piękna. I te granice sztuki trochę za bardzo się poszerzyły, że nie wiemy, gdzie się zaczynają, gdzie się kończą. Niektórzy artyści, chcąc zwrócić na siebie uwagę, dość daleko odeszli od utrwalonych kanonów piękna. Nie zawsze to były mądre rzeczy, ale te poszukiwania pozwalały odnaleźć nowe pola, nowe drogi. Niektóre z nich okazały się martwe i odeszły w niepamięć. Ale jednak, mimo wszystko, sztuka nas uszlachetnia i poszerza nasze horyzonty – nie ma wątpliwości Paweł Olchawa. – Lepiej iść do galerii niż na wojnę. To na pewno – dodaje po chwili…
Więcej...
9. edycja Budżetu Obywatelskiego Województwa Małopolskiego
Drodzy Mieszkańcy,
już wkrótce rozpocznie się głosowanie w ramach 9. edycji Budżetu Obywatelskiego Województwa Małopolskiego. To Państwa głos ma realny wpływ na rozwój lokalnych inicjatyw.
Zachęcamy do wsparcia projektu:
KOM 15 – „Festiwal Jurajski – kultura łączy pokolenia”, realizowanego przez Dom Kultury w Wolbromiu. Proponowane zadanie to inicjatywa integrująca mieszkańców, promująca lokalną kulturę oraz tworząca przestrzeń do wspólnego spędzania czasu dla osób w każdym wieku.
Głos można oddać:
od 15 maja do 15 czerwca
- wysyłając kartę pocztą do siedziby Urzędu Marszałkowskiego
- elektronicznie na stronie www.bo.malopolska.pl – od 15 maja
- tradycyjnie, wrzucając kartę do urn zlokalizowanych na terenie województwa
Każdy mieszkaniec Małopolski może oddać dwa głosy:
- jeden na zadanie o zasięgu ogólnowojewódzkim
- jeden na zadanie regionalne
Zachęcamy do udziału w głosowaniu i wsparcia projektu. Wspólnie możemy stworzyć wartościowe wydarzenie dla naszej społeczności.
XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie 2026 - największa impreza seniorska w Europie!
Napisał Wojciech Szota
Stowarzyszenie Manko – Głos Seniora oraz Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego
z radością zapraszają na XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie. Wydarzenie odbędzie się
19 czerwca 2026 r. i zgromadzi ponad 8000 uczestników z ponad 200 Gmin Przyjaznych Seniorom oraz 11 państw.
Międzynarodowe Senioralia w Krakowie to największa impreza seniorska w Europie, która przyciąga członków rad seniorów, uniwersytetów trzeciego wieku, organizacji seniorskich, instytucji publicznych, społecznych i prywatnych oraz przedstawicieli władz samorządowych z całej Polski.
Wydarzenie rozpocznie się uroczystą mszą świętą w Kościele Mariackim w intencji Pogodnej Jesieni Życia, po której uczestnicy w barwnym pochodzie pn. SENIOR MA MOC, na czele z Mistrzem Sobiesławem Zasadą (95 lat), udadzą się do Parku im. Henryka Jordana. Na miejscu czeka na nich scena bogata w program edukacyjno - rozrywkowy. Przewidziano wykłady na temat zdrowia, bezpieczeństwa, prawa, ekonomii oraz aktywizacji seniorów. Uczestnicy będą mogli skorzystać z bezpłatnych badań i porad lekarskich, w tym badań kardiologicznych, ciśnienia, słuchu, wzroku, poziomu cukru we krwi oraz pomiaru masy ciała.
W strefie „Bezpieczny Senior – Stop Manipulacji, nie daj się oszukać” seniorzy dowiedzą się jak unikać oszustw. Na Senioraliach obecne będą firmy honorujące Ogólnopolską Kartę Seniora, w tym ośrodki wypoczynkowo - rehabilitacyjne, uzdrowiska, sanatoria oraz stoiska z lokalnymi wyrobami z całej Polski.
W strefie gastronomicznej na uczestników czekać będą potrawy przygotowane przez Koła Gospodyń Wiejskich oraz grill.
Nie zabraknie również części sportowej i rozrywkowej. Na scenie wystąpią m.in. Magdalena Suruło, Krzysztof Bigaj oraz Alexander Martinez.
Odbędą się także koncerty gwiazd wydarzenia – WOJCIECHA GĄSSOWSKIEGO i MARIUSZA KALAGI, a także największy w Polsce Pokaz Mody Stylowych Seniorów – ponad 150 laureatów ogólnopolskiego konkursu Głosu Seniora oraz Sanatorium Miłości. Zakończenie wydarzenia uświetni impreza integracyjna prowadzona przez światowej sławy DJ Wikę, najstarszą DJ-kę Europy.
IMPREZY TOWARZYSZĄCE: 18.06 (czwartek) i 20.06 (sobota)
REJSY TANECZNE PO WIŚLE Z GŁOSEM SENIORA – 18.06.2026 r.
Szczegóły oraz zgłoszenia pod adresem email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. oraz tel.: 12 429 37 28
MIĘDZYPOKOLENIOWY MARSZOBIEG PO ZDROWIE – 20.06.2026 r.
W ramach senioraliów zapraszamy Państwa także do udziału w Międzypokoleniowym Marszobiegu po Zdrowie im. dr. Krzysztofa Czarnobilskiego, który odbędzie się 20 czerwca o godz. 11:00 w Parku Jordana (spotkanie przy Jordanówce).
Dla uczestników przewidziano certyfikaty, a dla laureatów puchary. Serdecznie zapraszamy.
Organizator: Stowarzyszenie MANKO – Głos Seniora oraz Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego
Partner główny wydarzenia: Województwo Małopolskie
Gospodarz: Miasto Kraków
Partnerzy strategiczni: Fundacja Zróbmy Sobie Kraków, Audika Polska, Adamed dla Seniora, Fresubin – Żywienie ma znaczenie, Fundacja Ziko dla Zdrowia
Współfinansowanie:
Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego: Sfinansowano ze środków Narodowy Instytut Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.
Stowarzyszenie MANKO: Sfinansowano ze środków Narodowy Instytut Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018–2030.
Więcej informacji na:
Stronie internetowej: https://glosseniora.pl/xiii-miedzynarodowe-senioralia-w-krakowie/
Stronie wydarzenia XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie na Facebooku:
https://www.facebook.com/events/1611975669847228
STOWARZYSZENIE MANKO działa już 28 lat. Od 6 lat prowadzi swoje przedsiębiorstwo społeczne pn. Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego sp. zoo non-profit. Misja organizacji to zmiana świata na lepszy m.in poprzez edukacyjne kampanie społeczne i wartości tj. wolność słowa, świadomość zdrowotna, prawna, ekologiczna i obywatelska, umiejętność samodzielnego myślenia. Do tej pory były to kampanie, tj.: Lokal Bez Papierosa, Polska Bez dymu, Nie pal przy dziecku, Palenie jest słabe – które doprowadziły do zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych zmniejszając ilość zgonów z powodu biernego palenia w Polsce. Następnie były to także kampanie związane z HIV/AIDS: RyzyKochania, Przetestuj się, Pigułkami gwałtu - Pilnuj drinka czy ekologiczne tj. Eko-Segregacja.
POLITYKA SENIORALNA Od 18 lat zajmujemy się polityką senioralną – edukacją, aktywizacją i obroną praw osób starszych, a także przeciwdziałaniem wykluczeniu cyfrowemu, językowemu, ekonomicznemu i infrastrukturalnemu. Poprzez nasze liczne narzędzia i projekty docieramy rocznie do 2 milionów seniorów, co czyni nas liderem wśród NGO, jeśli chodzi o zasięg i dotarcie do osób 60+ w Polsce i za granicą.
Nasze działania w obszarze polityki senioralnej rozpoczęliśmy już w roku 2012 ze wsparciem i pod patronatem Władysława Kosiniaka-Kamysza, ówczesnego ministra Pracy i Polityki Społecznej. Z jego poparciem powstał wtedy Ogólnopolski Magazyn Głos Seniora, Program Ogólnopolska Karta Seniora, a także zorganizowaliśmy z Jego udziałem pierwsze Ogólnopolskie Senioralia w Krakowie. Od tamtego czasu przeprowadziliśmy wiele skutecznych działań i kampanii, które zostały docenione wieloma nagrodami i wyróżnieniami.
Obecnie możemy pochwalić się wydaniem już 81 numerów Magazynu Głosu Seniora (nakład min. 35 tys. sztuk). Ogólnopolską Kartę Seniora posiada już 700 tys. seniorów, a honoruje ją 5200 firm w całej Polsce. Do Programu Gmina Przyjazna Seniorom przystąpiło już 360 samorządów, a XII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie okazały się największym wydarzeniem seniorskim w Europie. Wzięło w nich udział ponad 7000 seniorów ze 135 miast oraz 10 państw (polonijni seniorzy).
Od 8 lat prowadzimy także kampanię BEZPIECZNY SENIOR – Stop Manipulacji – Nie daj się oszukać oraz inne takie jak: Zażywaj leki bezpiecznie, Szkoła Przyjazna Seniorom, Poznaj swojego Sąsiada Seniora, Noś Odblaski i Żyj – Bezpiecznie – Stylowo - Odblaskowo, Głos Seniora TV oraz Obywatelski Głos Seniora. Poprzez nasze liczne kampanie i projekty docieramy rocznie do 2 mln seniorów, 600 organizacji pozarządowych i jesteśmy obecni na ponad 100 wydarzeniach dla seniorów w Polsce.
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody - część II. Przez bezdroża za marzeniami. Arctic Circle Trail – adres fascynującej wyprawy
Napisał Wojciech Szota
Słychać wzmagający się szum. Szlak przez bezdroża tonie w strugach deszczu. To drugi tak ulewny dzień. Grupa wędrowców wytrwale brnie dalej po grząskim podłożu. Na twarzy jednej z dziewczyn widać już wielkie znużenie i ogromną desperację. - I kolejna migawka filmu: świetlista tafla błękitnego jeziora, czysta i nieskazitelna, niezmącona najmniejszą falą. Niczym magiczne lustro. Na nim płynące łódki kanu z wioślarzami. Dystans na dziś: 19,7 km. Ujęcie się zmienia. Widać mozolną przeprawę piechurów przez rwący nurt rzeki. Ostrożnie i powoli stawiają kroki na nierównym gruncie, pośród rzecznych kamieni. Uwagę natychmiast przykuwają szczupłe, drobne kobiety, z potężnymi plecakami, które – momentami – wydają się znacznie przewyższać rozmiarami swoje właścicielki.
Bezkres i cisza
Co jest tak fantastyczne? Bezkres i ta przejmująca cisza! Na Grenlandii, idąc przez 160 km, nie widzieliście żadnego domu, samochodu, samolotu, torów kolejowych. Dlatego jest pięknie! Bo to Natura, która nie została przekształcona przez człowieka – mówił Mateusz Albrycht, z zawodu leśnik, pasjonat Natury, ornitologii i podróży, prezentując młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej, nagrania i slajdy z arktycznej letniej wyprawy, uderzająco „inne” od klasycznych wakacyjnych wspomnień. Zniewalający horyzont, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
- Szliśmy dwunastoosobową ekipą, siedem pań i pięciu panów. I one też niosły, tak samo jak my, 20-kilogramowe plecaki. Bo tam były: ubrania, śpiwory, jedzenie, wszystko – słychać wyjaśnienia. - Najciekawsze mieliśmy przeprawy przez rzeki, było ich z dziesięć. Najwięcej wody – po pas, rwące potoki. Woda sakramencko zimna. Gdy zrobiliście krok do wody, od razu było czuć, jak wam się wbijają takie igiełki w stopy. Ale niestety, jak tego nie przejdziesz, dalej nie idziesz. To zakładasz buty, ja miałem kroksy, ktoś sandały i powolutku brniesz przez wodę. Największym problemem na szlaku nie były wysokie podejścia i zejścia, ale to, że tam jest cały czas mokro, torf i bagno. Trzeba, na nierównym terenie, ciągle się przedzierać w wodzie po kolana. Jak sobie poradziłem? Eksperymentalnie, kupiłem skarpetki z membraną, nieprzemakające. I to był strzał w dziesiątkę! Kurtki przeciwdeszczowe - 8 godzin opadów i jej nie ma, człowiek cały mokry. Buty przemoczone po dwóch dniach, a skarpetki nie przemokły przez cały wyjazd.
Dwa dni spaliśmy w takim domku – na prezentacji widać pustkowie i mały niepozorny czerwony budynek. - Gdy Inuici jeżdżą swoimi zaprzęgami, myśliwi, jak polują, to się tam zatrzymują. Głównie jednak nocowaliśmy w namiotach, śpiwór musiał być do temperatur minusowych, bo nocą dwa razy mieliśmy do – 5 stopni. A tu nasze śniadanko w postaci jajecznicy… w proszku. - Na filmie oglądamy podręczną kuchnię polową i krzątające się wokół niej osoby. - Tak sobie gotowaliśmy, mamy kuchenkę, garnuszek, rozrabiamy wodę, zalewamy i jemy. Mieliśmy dużo orzechów, batonów smakowych, liofilizaty, elektrolity, energetyczne wysokotłuszczowe racje kryzysowe. To nasza porcja żywieniowa, musieliśmy jeść ok. 3,5 - 3,8 tys. kalorii dziennie, spalaliśmy 6 300 kalorii, a więc cały czas był deficyt, wróciłem 10 kg lżejszy.
Przeszliśmy 145 km na nogach, ok. 20 km dziennie i 19 km przepłynęliśmy kanu. Zeszło nam 9 dni marszu, mieliśmy 3 dni zapasu trasy, ale wykorzystaliśmy tylko jeden z nich. Podróż była wymagająca, najpierw z Polski trzeba się dostać do Danii, do Kopenhagi. Dopiero stamtąd dotarliśmy do Nuuk, stolicy Grenlandii, potem do Sisimiut, gdzie zaczynał się szlak: Arctic Circle Trail. On ma długość165 km, łączy miejscowości Kangerlussuaq z Sisimiut – tłumaczy podróżnik. - To jedna z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która wiedzie przez dzikie krajobrazy Grenlandii. Rocznie przemierza ją tylko ok. 1500 osób z całego świata, ale dzięki temu spokojnie można podziwiać to piękno dookoła. Dlatego wybrałem ten kierunek. Moim marzeniem z dzieciństwa było, aby zobaczyć tę niedostępną krainę, i „Eskimosa” też. Poza tym, fascynuje mnie bezkresna przestrzeń, dzika przyroda, pociąga przygoda i trudność takiej wyprawy oraz brak turystycznych tłumów dookoła. I jest oczywiście jeszcze miłość do lodowców, które uważam za najpiękniejsze oblicze Natury.
Ten szlak przebiega przez obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, który od ponad 4200 lat, jest ważnym terenem łowieckim Inuitów, rdzennych mieszkańców. Zaczyna się on od jednego wybrzeża i dochodzi do lądolodu, pokrywającego 80% tej wyspy. Byliśmy tam w lipcu, czyli mieliśmy dzień polarny, nigdy nie było ciemno. Białe noce i cały czas słońce. To było dla nas bardzo dobre, bo szlak jest bardzo trudny, pogoda też, i ciężka do przewidzenia. Trasa nie jest dobrze oznaczona, szliśmy po GPS-e. Trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania terenowe. Na naszym szlaku były nie tylko bagna, rozlewiska, ale i rwące potoki, bo bardziej zaczęły się topić lodowce.
Na filmie widać surową scenerię i stado psów ciągnących sanie. - Tak wygląda zaprzęg zimowy, one ciągną sanie z Inuitem, obłożony jest tymi futrami. Dużo widzieliśmy sań rozbitych na trasie. Wypadki też się zdarzają. I psy tam nie mieszkają w domach. Jeśli rodzina ma sforę 12–15 osobników, które ciągną zimą zaprzęg, to trzymane są dalej od domu, bo szczekają, wyją, przenoszą choroby. O, widzicie te przestrzenie, możecie patrzeć i patrzeć... tylko przyroda i przestrzeń – na fotografiach widać rozległy bezkres, pełen intensywnych barw, a w tle domek i jezioro. - Mieszkaliśmy nad tym jeziorem i w nim się kąpaliśmy. I jeśli ktoś nie lubi zimnej wody, to kąpiel w tym jeziorze była... no tragicznie ciężka. Było strasznie zimno. Szło się przyzwyczaić, potem, jak już się wychodziło, było ciepło, i można było – jak tu zaprezentowany Kuba – chodzić w samych bokserkach i nie było problemu.
Jak jednak widać po osobach słuchających, które aż się otrzepują na myśl o tej „kąpieli”, pewien problem by jednak mógł być…
Urocza lodówka i święty nur z horrorów
- Tu mieliśmy niespodziankę przy przeprawie – prelegent zatrzymuje się przy kolejnej fotografii, na której można dostrzec piechura, który walczy z wyjątkowo niegościnnym podłożem. - W dolinie, po zimie, rzeka wylała, pozostawiając po sobie bagna. I mogę powiedzieć, że te oblepione buty ważyły nam 10 kg więcej. Potem, pojawiały się kolejne slajdy z niezwykłymi krajobrazami, wędrowcami pośród dziewiczej Natury i ryzykownymi ścieżkami.
- A to już lodówka – mówi pan Mateusz do młodzieży, prezentując – ku pewnej konsternacji widowni – zdjęcie… kaczki. One w Polsce pokazują się w okresie zimowym, tam można je było zobaczyć w miejscu lęgowym, w ich naturalnym środowisku. - Lodówka wygląda uroczo. W ciemnym tonie, z małą wdzięczną główką i krótkim dziobem.
- To śpiący w scenerii arktycznej szlachar – na fotografii widać też kaczkę, ale tym razem w wersji… rockowej, z irokezem na głowie. - Ona ma taki piłkowany dziobek, który umożliwia jej łapanie małych ryb. W Polsce występują przelotnie, na Pomorzu. To zaś wełnianka, roślina typowo związana z bagnami.
Tu, odziana w letnią brązową szatę, bo zimą jest w kolorze śniegu – pardwa górska. Jak się przystosowała do życia na Grenlandii? Nie ucieka, bo nie umie szybko latać, a więc… zapada w bezruch, zlewa się z tłem i trudno ją wypatrzeć. To zaś zając – bielak – tak samo jak pardwa zmienia kolor, latem jest brązowy, a zimą biały. A tu mamy, przeskakującą białorzytkę, występuje też w Polsce, tam dość popularna. - Na zdjęciu widać nieduży skrzydlaty okaz z wpadającym w oko, efektownym białym… kuprem.
(Dodać tu należy, że ten ptak jest dobrze znany miłośnikom... języka polskiego. To jeden z „solistów”, reprezentujący „trio ortograficzne” na narodowym dyktandzie, w składzie: białorzytka – gżegżółka (dawna nazwa kukułki) – kszyk (bekas). Uwaga! Istnieje też forma Grzegrzółki – to miejscowość na Pojezierzu Mazurskim – przyp. red.).
To zaś ptak dalekiej tundry, polował na komary, które żyły sobie w tych jeziorkach, w Polsce też spotykany na przelotach – Płatkonóg szydłodzioby. - Okaz bardzo ciekawy, bo to samica ma bardziej kolorowe ubarwienie od samca, a zazwyczaj jest na odwrót. Co więcej, samica składa jaja, ale to samiec musi je wysiadywać.
Hmm… I proszę, niby biegun, a równouprawnienie też dotarło…
- A to? Co może żyć na Grenlandii i tak wyglądać? – pada pytanie do sali.
- To łoś – słychać nieśmiało.
- To karibu, duże zwierzę, podobne do naszego jelenia, łosia. Tam się na nie poluje. - A to, co wam przypomina? Wśród młodzieży spora dezorientacja. - Na fotografii widać taką pomniejszą wersję polskiego żubra, ale na hipisowską modłę, z długim włosem, sierścią. - To wół piżmowy – objaśnia pan Mateusz. - Typowy ssak żyjący w Arktyce, jego skóra, futro, jest bardzo ciepłe, a więc często używane przez Inuitów, np. jako koce w saniach.
- A tu przepiękny ptak – nur lodowiec – arktyczny gatunek, w Polsce rzadko spotykany, to typowa szata godowa samca, tam można było je obserwować. Najpiękniejsze co jest w całej Arktyce to, że jest tam niezwykle cicho, żadnego zanieczyszczenia hałasem. Nikt nie trąbił, brak warczących silników, głośnej muzyki. Było tak cicho, że…w uszach, aż piszczy z tej ciszy. A jedyny głos, przenikający na wskroś Arktykę, to był głos nurów lodowców, naprawdę… spektakularny.
Istotnie, każdy, kto posłucha dźwięków, jakie wydaje nur, potwierdzi, że są one… kosmiczne. To zjawiskowy, metafizyczny święty ptak rodem z… horrorów. Raz usłyszany, pozostaje niezapomniany. Jego głos przyprawia o dreszcze, bo potrafi zawodzić jękliwie, pohukiwać, jodłować, a nawet… chichotać. Przez plemiona znad Jeniseju był uznawany za świętego, bo to właśnie on w czasie potopu miał wydobyć z toni błoto, które stało się początkiem lądów. Ptak szamanów. Skrzydlaty bohater powieści mrożących krew w żyłach, jak horrory Stephana Kinga, gdzie jego nieziemski głos idealnie buduje atmosferę grozy. Świetny pływak, doskonały nurek, który potrafi zgłębiać toń do 60 metrów. Jego wizerunek jest symbolem stanu Minnesota, widnieje też na kanadyjskich monetach jednodolarowych.
Kochajmy lodowce…
Na kolejnych slajdach prezentowanych młodzieży, już główny bohater. Potężny Lodowiec.
- Dotarliśmy do Kanagerllusaq, doszliśmy do czapy Lodowca Russella. To jedyny lodowiec w głębi lądu, który posiada potężną ścianę – od 20 do 60 m – i kiedyś ona była dużo większa, a ciągnie się na odległości wielu kilometrów. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, czujecie od niego tę wielkość, chłód i te fioletowe kwiatki, które tam kwitły, zobaczcie… – mówił podróżnik, prezentując niezwykłe zdjęcia i dodając z zachwytem: Lodowce są cudowne, to dla mnie jedna z piękniejszych rzeczy, jaką widziałem w życiu! Stoicie, panuje głucha cisza Arktyki i go słyszycie. Wszystko strzela, obrywa się bryła lodu, ogromny huk. Cudowna paleta barw: słońce i błękit, niebieski głęboki, granat, szary, biały.
Kiedyś ten lodowiec był tak wysoki, że tej góry, która jest z tyłu, nie było widać. Teraz bardzo zmniejszył swą objętość. Wyobraźcie sobie, że ta czapa, która stanowi 80% tego lądu latem, w 40% ona się topi w jednym momencie. Co w tym złego? Lodowiec jest biały, niebieski i ma kolory, które odbijają światło. Natomiast, gdy on się topi, odsłania kolejne połacie ziemi, które są ciemne, absorbują światło, czyli je pochłaniają, i oddają to ciepło, powodując jeszcze intensywniejsze topnienie tych lodowców. Niestety, zmiany klimatu są tam bardzo widoczne. Kochajmy lodowce, tak szybko odchodzą...
Na sali było cicho, wszyscy zasłuchani i chyba trochę duchem na dalekiej Północy. A potem już były podziękowania i brawa za tę klimatyczną i pouczającą opowieść, która nas zatrzymuje i sprawia, że zostajemy sam na sam z wieloma trudnymi pytaniami.
- Ja już wreszcie mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce wygląda naprawdę, bo tak w podręczniku, to wiem tylko, że jest zimno i jest lodowiec. To niezwykłe historie, zdjęcia i filmy – mówiła jedna z uczestniczek spotkania, dodając: - Na co dzień jesteśmy przeboćcowani, hałasy, szumy, sytuacje, to ciągle gniecie nasz układ nerwowy. A tu, nawet wczucie się w ten klimat, krajobraz, to rodzaj takiego wspaniałego wytchnienia...
Podróże z refleksją
Serce Krainy Lodu
To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, wydawało się pozostawiać uczestników spotkania w Bursie Szkolnej jeszcze w pewnej ciekawości i niedosycie. Bo jak naprawdę odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Co się dzieje z człowiekiem, gdy nagle na bezdrożach zostaje całkowicie odcięty od cywilizacji? Czy może poczuć ten pradawny „zew wolności” pośród nieskażonej Natury? Jak odnaleźć siebie na Grenlandii? Czy taka podróż zmienia spojrzenie na życie? Jak ustawia nasze „priorytety”? Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.
Żegnaj cywilizacjo!
- A teraz spróbujmy otworzyć magiczne drzwi do szafy i znaleźć się duchem, i sercem w odległej Arktycznej Narnii – Grenlandii. Większość z nas zapewne nigdy fizycznie nie dotrze do tych dzikich zakątków, a więc postarajmy się, by nasza opowieść miała taką barwę i ton, aby dla każdego urzeczywistnił się sen o Arctic Circle Trial. Powróćmy na szlak…
Kraina Lodu. Miasto Sisimiut – „tam, gdzie mieszkają lisy”. Brama do królestwa Natury, gdzie majestatyczne lodowce suną ku morzu, z głębin wynurzają się potężne czarne grzbiety wielorybów, a ośnieżone góry kuszą obietnicą arktycznej przygody. Na tle wysokich szczytów, ułożone jak do snu, bajecznie kolorowe domki, przytulone do skał nad oceanem, przywołują na myśl nierealny zaczarowany świat.
To był 4 lipca 2025 roku, gdy przygoda zapukała do drzwi. Za oknem nieprzyzwoicie pięknie: niebieskie niebo, krystaliczne powietrze, temperatura lekko powyżej zera. I ten chłód, który ostrzy zmysły. Powietrze, jakość „premium” – wspomina z uśmiechem Mateusz Albrycht. - Ten dzień aż pachniał… końcem pewnej epoki. To było rozstanie z przytulnym hotelem, łóżkiem bez kamieni w plecach, ostatnie takie śniadanie. Nasze pożegnanie z cywilizacją. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, w przytulnym wnętrzu jadalni hotelowej, która wyglądała jak małe muzeum Grenlandii z porozwieszanymi dookoła foczymi skórami i rozmawialiśmy, o tym co nas czeka, wiedząc, że tu „piękno” ma swoją cenę i my ją zapłacimy. Analizowaliśmy temat ryb i licencji na ich połów. Moim cichym marzeniem było przyrządzanie grenlandzkiej ryby, dlatego trzeba było tu poznać wszystkie zasady. Najważniejsze podczas wypraw jest poszanowanie lokalnych zasad, rytuałów i kultury.
- Czy pojawiła się niepewność, ten „gryzący” niepokój u progu takiej wyprawy, właściwie, na koniec świata?
- Jest oczywiście lekki stres, w tle to kłujące poczucie, że właśnie naciskasz „start” w rzeczywistości, której nie da się wyłączyć. Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju na ostatnie dopięcie logistyki. Plecak wyglądał jeszcze niewinnie, dopóki nie założyło się go na plecy. Dwadzieścia kilogramów, niby tylko cyfra. Ale potem ona nagle staje się mocno realna i zaczyna mówić do ciała bardzo dosadnym językiem. Po wyjściu z hotelu, dołączyliśmy do pozostałej części grupy, ostatnie informacje, spojrzenia na telefony, ze świadomością, że za chwilę staną się one bezużyteczne. Bo kończy się świat wygody i zaczyna ten, w którym liczy się pogoda, woda, siła w nogach i to, czy umiesz rozsądnie myśleć.
- Pierwsze kroki w nowym świecie? - Stawialiśmy w cudownych nastrojach, mijaliśmy bloki, uliczki, ludzi zajętych porankiem. Po drodze zobaczyliśmy mural z nurem lodowcem, obraz, który wyglądał jak symbol, cudownej więzi Natury i mieszkańców wyspy. Hałas ustępował, przestrzeń się otwierała, a cisza robiła się coraz gęstsza. Powietrze było tak czyste, że człowiek miał ochotę je zachować na później w butelce (śmiech). - Wtedy jednak nastroje się zmieniły, bo dotarliśmy do „miasta psów”, czyli przestrzeni, gdzie psy zaprzęgowe spędzają swoje życie. Szczeniaki podbiegały do nas z takim entuzjazmem, że dały nam energię. Taki mały zastrzyk miękkiej radości na twardym starcie. Tylko ona miała i drugie dno. Bo warunki były dla nich surowe: żadnych kojców jak u nas, żadnych porządnych bud, tylko prowizoryczne schronienia, psy na łańcuchach, rybny zapach jedzenia w powietrzu. W grupie odezwało się sporo cichych myśli, bo większość z nas ma swoje psy i dobrze wiemy, jak wygląda „ciepły dom”. Rozmawialiśmy o tym, ale bez oceniania, a z refleksją, że: świat jest różny, kultura jest różna, a my tu jesteśmy tylko gośćmi.
Za psią osadą weszliśmy na szutrową drogę i z każdym kilometrem krajobraz robił się bardziej arktyczny, surowy, ale i bardziej hipnotyzujący. Pogoda była bajkowa, dosłownie ładowała baterie. Słońce podnosiło morale jak… – wahanie w głosie – mocne espresso w poniedziałek rano. Szuter się kończył, ślady cywilizacji ustępowały. Została Natura. Jeziora z topniejącego śniegu, góry, bezkresna przestrzeń. Kwiaty, które kwitły tak intensywnie jak na krótkim urlopie życia „pięć minut i koniec”. W uszach panowała głucha cisza, przerywana tylko ptasimi śpiewami śnieguły i podświerki. Przy pierwszym jeziorku z krystaliczną wodą zrobiliśmy przerwę. Uzupełnialiśmy płyny. Woda była wszędzie, w potokach, strumieniach, mokradłach. W podłożu czuć było wodę: bagno, podmokłe miejsca. Fantastyczne tereny torfowe, skały, zieleń, surowość. Bażyna czarna, bagno arktyczne. Człowiek idzie i wie, że to nie jest scenografia. To Natura, która ma tu władzę, taki krajobraz, co resetuje głowę.
- Tworzyliście drużynę, ale właściwie wcześniej się nie znaliście?
- Tak, szliśmy razem, rozmawialiśmy i poznawaliśmy się, bo wielu z nas widziało się pierwszy raz. To jest zawsze ciekawy proces: człowiek z obcymi ludźmi wchodzi w teren, który wymaga zaufania. I nagle rozmowy robią się szybsze, prawdziwsze, bardziej konkretne. Bo tu nie ma miejsca na pozory. W trasie każdy szybko pokazuje, kim jest. Przestaliśmy być niedzielnymi turystami, zaczęliśmy być grupą, przed którą stoi wyzwanie. Działa ta klasyczna wyprawowa struktura organizacja marszu. Kuba jako organizator nadawał ton. Kto idzie z przodu, kto zamyka, co ile przerwa, kiedy obiad, jakie tempo.
I po kilku godzinach wydarzyło się coś, co zawsze mnie fascynuje: człowiek odcina głowę od świata. Przestajesz myśleć o rzeczach, które normalnie zjadają dzień. Zostaje tylko „tu i teraz”. Natura dyktuje rytm. Nagle ważne jest, czy masz suchą skarpetę, energię na kolejny pagórek, czy dasz radę przejść strumień bez dramatu. Ta pierwsza przeprawa przez lodowatą wodę była prawdziwym rytuałem inicjacji (śmiech). - Ściąganie spodni, butów, skarpet, wejście w lodowaty nurt. Z początku ekscytacja, adrenalina, śmiech, te wszystkie: „ooo!” i „zimne jak diabli!”. Potem to zaczęło wchodzić w tryb codzienności. Pomagaliśmy sobie, podawaliśmy ręce, pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nikt nie zrobił głupoty.
- Właśnie, tak niezwykła wyprawa musi mieć niezwykłych organizatorów?
- (uśmiech) Tak, są wyjątkowi! To Marta i Kuba. Taki „energetyczny duet” z Naturą i przygodą we krwi, pływaczka z zamiłowania i reprezentant Polski w kolarstwie na orientację. Małżeństwo z pasją do podróży, które uwielbia dzikie wyprawy do miejsc, w których przyroda wiedzie prym. Organizują je po całym świecie i naprawdę robią to świetnie, bo przy takich eskapadach „z adrenaliną” w tle, nie może być pomyłek czy niedociągnięć.
Smak Arktyki
- Noclegi w Arktyce chyba miały niezapomniany smak?
- O tak! W pierwszym dniu, wieczorem, kilometr przed bazą noclegową, zatrzymaliśmy się i dosłownie padliśmy na dywan z bażyny i bagna. Nad nami był błękit nieba, dookoła cisza, fiord i jezioro. Było tak pięknie, że człowiek nie chciał się ruszać. W ramach nagrody wypiliśmy po małym łyczku ziołowego... piwa (uśmiech), symbolicznie, bez szaleństw. I stwierdziliśmy, że robimy obiad.
Kartusze poszły w ruch, gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy liofilizaty. Były śmiechy i żarty. Pożywienie jest ważne, bo to paliwo do dalszej drogi. A potem długo leżeliśmy, patrząc w niebo i gadając. Takie rozmowy, które w normalnym świecie nie mają czasu się wydarzyć, bo ciągle coś „pilnego”. Tu pilne było tylko jedno: odpocząć i nacieszyć się chwilą. Nikt czasu nie liczył. To też luksus. Bycia tu i teraz. A dzień zakończył się fajerwerkiem. Bo gdy chcieliśmy rozbić namiot, Grenlandia zaplanowała nam coś innego. Pogoda zmieniła się o 180 stopni, zaczęło mocno wiać, zapewne, abyśmy nie mieli wątpliwości, kto tu rządzi. Porwało nam jeden z namiotów. W końcu je jednak rozstawiliśmy, napompowaliśmy maty, wyciągnęliśmy ciepłe puchowe śpiwory. Temperatura około zera.
- Ale poranek pewnie was napełnił nową, dobrą energią…
- (śmiech) No, niezupełnie. Obudził nas deszcz. Nie „kropiło”. Padało. A właściwie lało. Woda była wszędzie. Torf wciągał jak gąbka, podłoże oddychało wilgocią a strumyczki stały się rwącymi strumieniami. I końca opadu nie było widać. Prognozy były bezlitosne. O słońcu możemy zapomnieć. Jutro i przez kolejne pięć dni miało być deszczowo, wietrznie, ciężko. Wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo mieliśmy telefon satelitarny. Bez niego nie jest możliwa taka wyprawa. Dlatego, że gdyby ktoś z nas miał kontuzję, uraz nogi, nie mógł dalej iść, to on jest jedynym sposobem poinformowania o tym służb i wezwania helikoptera. I wiemy, że to się zdarzało, bo na trasie w domkach, gdzie dwa razy nocowaliśmy, znaleźliśmy „Arctic book”, taki grenlandzki dziennik podróży, gdzie każdy mógł wpisać swoje odczucia z wyprawy i w dwóch miejscach wyczytaliśmy, że był wzywany helikopter. Ten telefon to też cudowna sprawa, bo przez to, że on namierza nasze położenie, gdy wysyła się pytanie o prognozę, ona przychodzi idealnie dopasowana do naszej lokalizacji i jest w stu procentach trafna. Jak miało padać od godz.19, to padało. A my, dzięki temu, mogliśmy dokładnie wszystko planować.
- Czyli deszcz zepsuł nastrój.
- Właśnie to jest niezwykłe, ale nie. Bo mimo to, wszystko nas dalej zachwycało. Pewnie dlatego, że to było nasze pierwsze zanurzenie w prawdziwą przestrzeń Arktyki, gdy cywilizacja została z tyłu, a przed nami był tylko szlak, wiatr, woda, cisza. Ten start Arctic Circle Trail był trochę jak taka zaczarowana mikstura z naturalnych składników. Najpierw słońce, które cię oszukuje, że będzie łatwo. Potem wiatr, który cię uczy pokory. Na koniec deszcz, który sprawdza, czy naprawdę tu jesteś, czy tylko przyjechałeś się pobawić.
Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran
Wolbrom – uroczyste pożegnanie klas maturalnych Wyróżniony
Nic dwa razy się nie zdarza...
… i nie zdarzy się również naszym tegorocznym maturzystom. Tylko raz kończyć będą szkołę średnią, tylko raz pożegnają swoich wychowawców, koleżanki i kolegów, raz przystąpią do matury. Z nutą nostalgii, wyrażoną przez słowa wiersza Wisławy Szymborskiej, zaśpiewane na rozpoczęcie uroczystości przez Maję Nawrot, żegnaliśmy 24 kwietnia abiturientów wolbromskiego Zespołu Szkół. Były podziękowania, życzenia, dobre rady, nagrody, kwiaty, uśmiechy i łzy wzruszenia.
Za wszystkie ciepłe słowa dziękował gościom dyrektor Zespołu Szkół Piotr Grojec. Zwracając się do maturzystów powiedział m.in.: – Po kilku latach trudów dotarliście do miejsca, które dla wielu z was może okazać się kamieniem milowym w waszym młodym życiu. Myślę tu o egzaminach maturalnych czy zawodowych, które będziecie zdawać. W tych dniach będziecie musieli wykazać się swoją wiedzą i umiejętnościami, które zdobywaliście w ciągu ubiegłych lat. Wierzę, że jesteście przygotowani rzetelnie i zdacie je na miarę swoich możliwości. Oby wyniki maturalne były dla was satysfakcjonujące i umożliwiły wstąpienie w szeregi studentów uczelni wyższych lub pomogły znaleźć dobrą pracę. Życzył, by w przyszłości z nostalgią i jak najmilej wspominali lata spędzone w murach Zespołu Szkół przy ulicy Skalskiej oraz by udało im się zrealizować wszystkie plany i zamierzenia... „byście w przyszłości mogli być dumni ze swoich dokonań, tak jak dziś mogą być dumni z siebie ci spośród was, których poprosimy za chwilę o wyjście na scenę”. A miał na myśli wszystkich wyróżnionych i nagrodzonych, zarówno za wysokie wyniki w nauce, pracę na rzecz szkoły, środowiska czy wyniki sportowe.
Jako pierwszy stanął tam Oliwier Piec z klasy IV a LO, który z rąk dyrektora Piotra Grojca, przewodniczącej Rady Rodziców Małgorzaty Przybylik, wicestarosty Rafała Czeladzkiego i zastępy burmistrza Dominiki Bugaj, odebrał tytuł Prymusa Zespołu Szkół w Wolbromiu za rok szkolny 2025/2026. Przyznawany on jest abiturientowi, który osiągnął najwyższą średnią z nauki, wyróżnia się wzorowym zachowaniem oraz szczególnymi osiągnięciami naukowymi, a także zaangażowaniem na rzecz środowiska szkolnego i lokalnego.
Akademia WSB, wiodąca w wielu dziedzinach uczelnia z Dąbrowy Górniczej, od lat wspiera i promuje zdolną młodzież, wyróżniając liderów Złotym Indeksem. W tym roku otrzymał go Bartosz Knap, uczeń klasy IV a LO. – To wyróżnienie jest symbolem nie tylko wybitnych osiągnięć, ale również pasji, determinacji i nieprzeciętnego potencjału, który w ten sposób nagradzamy – mówiła Agnieszka Oleś, specjalistka ds. studenckich i rekrutacji.
nagrody, wyróżnienia
Ważnym punktem zakończenia każdego roku szkolnego jest uhonorowanie najlepszych uczniów i rozdanie świadectw z biało-czerwonym paskiem. Wśród tegorocznych absolwentów jest wielu, którzy uzyskali średnią ocen powyżej 4,75. Podczas uroczystości podkreślono, że osiągnięcia te są nie tylko powodem do dumy dla samych uczniów, ale także dla nauczycieli i rodziców, którzy wspierali ich na każdym etapie edukacji. Wręczenie świadectw z wyróżnieniem było symbolicznym podsumowaniem ich kilkuletniej pracy oraz ważnym krokiem w dalszej edukacyjnej drodze.
Wyróżnieni uczniowie Liceum Ogólnokształcącego
z klasy IV a:
Patrycja Pachołek - średnia ocen 5,19
Bartosz Knap - 5,13
Natalia Syguła - 4,88
Karolina Błaut - 4,81
Maja Dela - 4,75
Emilia Gajewska - 4,75
z klasy IV b:
Paweł Lepiarczyk - 5,07
Gabriela Skop - 5,0
Szymon Gancarczyk - 4,93
Nikola Suder - 4,87
Karolina Trygar - 4,86
Weronika Grzebinoga - 4,86
Adam Kowalik - 4,86
Klaudia Talik 4,80
Nina Curyło - 4,80
Mateusz Wrzesień - 4,80
Wyróżnieni uczniowie z klasy V Technikum:
Bartosz Kibil - 5,13
Piotr Gardeła - 4,90
Konrad Chaberka - 4,77
W szkole od lat kultywowana jest tradycja wyróżniania uczniów, którzy osiągają wysokie wyniki w nauce oraz prezentują wzorową postawę. Otrzymują oni Akty Nadania Tytułu „Wzorowy Uczeń Szkoły”, natomiast ich rodzice – w dowód uznania i podziękowania za wsparcie – Listy Gratulacyjne. Wśród nagrodzonych znaleźli się:
- Joanna i Jacek Błaut z córką Karoliną,
- Ewa Słowik i Konrad Pachołek z córką Patrycją,
- Małgorzata i Krzysztof Gardeła z synem Piotrem,
- Monika i Tomasz Mazela z córką Sabiną,
- Marta i Paweł Papaj z córką Natalią.
Uroczyste pożegnanie klas maturalnych było także wyjątkową okazją do wyróżnienia uczniów szczególnie zaangażowanych w życie szkolnej społeczności. Wśród tegorocznych absolwentów znaleźli się tacy, którzy przez lata z pasją i ogromnym sercem współtworzyli atmosferę szkoły – często również poza jej murami. Wyróżniono osoby godnie reprezentujące szkołę w poczcie sztandarowym, aktywnie działające w samorządzie uczniowskim, współtworzące szkolny budżet partycypacyjny oraz angażujące się w działalność wolontariacką. Doceniono także laureatów i uczestników konkursów przedmiotowych, reprezentantów szkoły w zawodach sportowych oraz uczniów rozwijających swoje talenty artystyczne i organizacyjne. Szczególne miejsce zajęła osoba pełniąca rolę szkolnego fotografa, która przez lata dokumentowała najważniejsze wydarzenia, tworząc cenną kronikę życia szkoły. Dzięki zaangażowaniu absolwentów szkoła była miejscem pełnym energii, inicjatywy i dobrej atmosfery. Każdy z nich przyczynił się do budowania wspólnoty, z której dziś wszyscy mogą być dumni.
Wyróżniono następujących absolwentów: Piotra Gardełę, Veronikę Palihę, Bartosza Kibila, Wojciecha Pijaja, Emilię Gamrat, Kacpra Wardęgę, Kacpra Świerczka, Michała Papaja, Konrada Chaberkę, Kacpra Muchajera, Piotra Rolkę, Radosława Rolkę, Karolinę Błaut, Nikolę Bystrowską, Oliwię Czech, Bartosza Knapa, Oliwiera Pieca, Maję Delę, Filipa Witka, Zuzannę Gorgoń i Nikolę Suder.
Zwieńczeniem wydarzenia było zaproszenie nagrodzonych na scenę oraz gromkie brawa, które stanowiły wyraz uznania dla ich pracy i wkładu w życie szkoły.
Uroczystość przygotowali uczniowie klas trzecich LO, pod okiem wychowawców: Katarzyny Pasich-Pasierb, Ewy Fuglewicz i Pauliny Tracz.
W części artystycznej wystąpili: Maja Nawrot i Oliwia Mądry, przy akompaniamencie Michała Łyska i Wiktora Szopy oraz Natalia Pacia. Scenki kabaretowe oraz układy taneczne przygotowali uczniowie klas trzecich i czwartych TCh (oraz jedna uczennica z klasy 3a LO); uczestnicy uroczystości mieli także okazję podziwiać zespół taneczny Wena Youngs z Olkusza.
