Reklama

Wyświetlenie artykułów z etykietą: Środowisko

Jak informuje Państwowy Powiatowy Inspektor Sanitarny w Olkuszu, lek. med. Agata Knapik, woda z publicznego wodociągu w Dłużcu może być wykorzystywana bez ograniczeń.

19 czerwca urząd ten stwierdził WARUNKOWĄ przydatność wody z tego wodociągu i zobowiązał WZWiKGKiM do wdrożenia procedur mających na celu przywrócenie jej jakości do obowiązujących wymagań. Wszystko wskazuje na to, że akcja powiodła się i mieszkańcy mogą korzystać z bieżącej wody bez ograniczeń

Dział: Wolbrom

 

Intensywne nawożenie azotowe stymuluje rośliny do dynamicznego wzrostu, jednak niesie za sobą ryzyko nadmiernego wybujania i osłabienia źdźbła. Wyleganie zbóż czy rzepaku utrudnia zbiór kombajnem i drastycznie obniża jakość ziarna. Profesjonalne środki ochrony roślin i opryski z grupy regulatorów wzrostu (antywylęgaczy) pomagają skrócić i usztywnić międzywęźla, stabilizując całą plantację. Sprawdź, jak działają te preparaty.

 

Mechanizm działania antywylegaczy na poziomie komórkowym

 

Regulatory wzrostu hamują syntezę gibberelin – hormonów roślinnych odpowiedzialnych za wydłużanie się komórek. W efekcie roślina traktowana takim preparatem wytwarza krótsze, ale znacznie grubsze i mocniejsze ściany komórkowe w źdźbłach. Co więcej, niektóre regulatory stymulują rozwój systemu korzeniowego, co poprawia zakotwiczenie rośliny w podłożu i zwiększa jej odporność na silne porywy wiatru.

 

Optymalne warunki i terminy aplikacji retardantów

 

Skuteczność regulatorów wzrostu zależy w ogromnym stopniu od temperatury w trakcie i po zabiegu. Niektóre substancje aktywne wymagają temperatur powyżej 8-10 stopni Celsjusza, podczas gdy inne działają skutecznie w niższych temperaturach. Zabieg w zbożach wykonuje się najczęściej w fazie pierwszego kolanka (BBCH 31-32), co pozwala na skrócenie najniższych, najbardziej obciążonych międzywęźli.

Dział: Bez kategorii
Etykiety

 

Przyjęcie urodzinowe u stóp lodowca, magnetyczny głos nura, przenikający na wskroś bezkresne przestrzenie Arktyki, zniewalające krajobrazy, żywe barwy i zew dzikości dookoła. 
To sceneria szlaku Arctic Circle Trail na Grenlandii. Jest on jedną z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która na długości ok. 165 km wiedzie przez dziewicze zakątki tej wyspy. Rocznie przemierza go tylko ok.1500 osób z całego świata. Wśród nich znalazł się i Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży, który opowieścią o tej wyjątkowej wyprawie podzielił się z uczestnikami spotkania w miechowskiej Bursie Szkolnej. Jak odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Jak odnaleźć siebie pośród pustkowia i oczyszczającej ciszy? Czy taka podróż zmienia człowieka? 
Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle. 

Oto ciąg dalszy opowieści o przygodach na arktycznym szlaku

Być czy nie być? – czyli suche czy mokre?

-  Wyprawa szlakiem Arctic Circle Trail należy chyba do kategorii tych, która „testuje” nas w każdej chwili, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”?
- Tak. Trzeci dzień marszu zaczął się właśnie tak, jakby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu z właściwych powodów. Nie „dla przygody” tylko tych  prawdziwych, gdy jest niewygodnie, mokro i ciężko. Obudziliśmy się w cudownej dolinie rzecznej, miękko ułożonej pomiędzy zboczami. O poranku spowita była mgłą tak gęstą, jakby ktoś rozlał mleko po całym krajobrazie. Powietrze miało ten surowy, wilgotny chłód, a deszcz ani myślał ustąpić. 
Po dniu wcześniejszym byliśmy przemoczeni do… majtek. Wszystko mokre i ciężkie. Mieliśmy tylko jeden komplet suchych rzeczy. I w głowie zaczynała się… narada kryzysowa. Bo jest taki moment na wyprawach, którego nikt nie pokazuje w filmach: chwila przed wyjściem ze śpiwora. Leżysz jeszcze w cieple, twojej jedynej przestrzeni komfortu. I wiesz, że musisz z niej wyjść… I mętlik: czy założyć suche czy mokre? Bo to jak być czy nie być? Decyzja mogła być tylko jedna. Zakładamy mokre. Bo na Grenlandii praktyczność ratuje skórę dosłownie.
- To start był ciężki?
- Bardzo ciężki. Morale, które po pierwszym dniu niosło nas jak balon, teraz zaczęło opadać. Właściwie, nie będę udawał: ono szorowało po dnie (śmiech) - Noc była cudowna, organizm odpoczął… ale poranek tragiczny. Bo wypoczęte ciało to jedno, a perspektywa kolejnego dnia w wodzie to drugie. Zebraliśmy się w kolejnym domku na trasie. Było ciasno, parno od mokrych kurtek, ale choć bez wiatru w twarz. Zaparzyliśmy herbatę do termosu, siedzieliśmy i gawędziliśmy, w stylu: „kiedyś wyjdzie słońce”, „damy radę.” I wtedy padła jedna z największych prawd tej wyprawy: na świecie nie ma rzeczy nieprzemakalnych. Są tylko takie, które przemakają wolniej. Jedyną rzeczą, która nas realnie uratowała to skarpetki z membraną. Buty zawsze łapały wilgoć, a one nigdy. Torf po opadach nabrał wody. W praktyce większość dnia szliśmy w wodzie po kostki. Trzeba było obchodzić zastoiska, szukać twardszych fragmentów podłoża, trzymać się szlaku, który często był prawie niewidoczny. Ratował nas GPS i orientacyjne stożki z kamieni, drogowskazy oznaczające szlak.
- Czy to wszystko dookoła nie obezwładniało człowieka, powodując jakąś wewnętrzną dywersję naszego ciała i psychiki?
- Na początku, istotnie szło się gorzej. Mokre ciuchy, zimny deszcz, wiatr. Nastroje kiepskie. Ale po pierwszych trzydziestu minutach marszu wydarzyło się coś, co zawsze mnie zaskakuje: ciało zaczęło produkować ciepło. Nagle wilgoć stała się… akceptowalna. Przestała być paniką. Człowiek przełącza się w tryb funkcjonowania. Tylko że i cała logistyka obozowa zaczęła nam się sypać. Namioty zwijaliśmy na mokro. Śpiwór też dostał wilgoci, a on musi być suchy, choćby reszta świata miała pływać. Bo jak śpiwór wysiądzie, to cała wyprawa siada razem z nim, bo już możesz nie poczuć ciepła.
Większość drogi szliśmy zanurzeni w sobie. Każdy toczył własną walkę psychiczną, fizyczną, techniczną. Wygraną było to, że idziesz dalej. Kuba rzucił tego dnia komunikat: ponad 20 kilometrów. Ale dorzucił też dwie wiadomości, które podziałały jak kroplówka na morale. Prognozy się zmieniły, padać będzie dziś i jutro, potem poprawa. I: po dzisiejszej trasie śpimy w domku. Z piecykiem. Z szansą na wysuszenie rzeczy. Wtedy w grupie coś drgnęło. Bo narzekanie zaczęło się pojawiać coraz częściej, pierwsze obtarcia, odparzenia. Ale mieliśmy plan. Na wszystko. Ktoś miał plastry, inny maść, trzeci doświadczenie. W grupie naprawdę siła. Przerwy były szybkie i częste, padało i wiało. Herbata z termosu, baton, orzechy, i dalej. Bo kalorie były potrzebne. Wspieraliśmy się słownie, pilnowaliśmy humoru. Starałem się dodawać otuchy innym choć sam też w środku toczyłem swoją bitwę: „po co ja to robię?!” – „lepiej all inclusive i gorące kraje”…
- To może faktycznie lepiej ta Hurghada czy Madera…
- (uśmiech) Nie, bo wystarczyło spojrzeć w bok i te myśli… znikały. Krajobraz nas fascynował. Zobaczyliśmy nury lodowce, te same, które wcześniej oglądaliśmy na muralu w Sisimiut. I nagle to było jak zamknięcie klamry: obraz z miasta stał się rzeczywistością. Do tego lodowce, pustka przestrzeni, i pierwszy raz widok karibu. Pierwszy dowód, że tu jest życie, tylko inne, ciszej obecne, bardziej wtopione w tło. Po drodze zobaczyliśmy pardwę górską, piękną, jeszcze w białych zimowych piórach. Była jak duch z innej pory roku. I znów ten zachwyt: żywa zieleń, wodospady wyskakujące jak grzyby po deszczu, strumienie wszędzie, woda dosłownie w każdej postaci. I gdzieś między tym pojawiały się nasze refleksje: jak ważna jest woda, mokradła, dobry stan bagien. W Polsce człowiek często nie widzi tej wartości, dopóki jej nie zabraknie. 
- Takie „wylogowanie się z cywilizacji” to chyba doskonała okazja, aby się zatrzymać, odnaleźć drogę do siebie i odkryć to, co czyni życie naprawdę wartościowym? 
- Na pewno tak. Pod koniec dnia znaleźliśmy szkielet wołu piżmowego. Stał jak znak. Bez dramatyzmu czy moralizowania, po prostu fakt Natury. Śmierć jest tu naturalna, jak wiatr i deszcz. To mnie uderzyło mocno. Przez dłuższą chwilę szedłem potem z myślą o przemijaniu, o tym, że życie nie jest „na później”. Że trzeba je przeżyć porządnie, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, kiedy sami zostaniemy takim szkieletem na szlaku. 
I wreszcie domek. Jak wejście do innego świata. Sama myśl, że ściągniesz mokre ciuchy, usiądziesz pod dachem i choć przez chwilę nie będzie ci padać w twarz, to działało jak terapia. Po dojściu czekał na nas pyszny obiad i deser nagroda, która w tych warunkach ma rangę królewskiej uczty. Później karty, dużo herbaty, wspólny czas. Spokojny, ciepły, prosty. I jest ta, zazwyczaj zupełnie niedostrzegana, radość z niepozornych rzeczy. Jeszcze jeden moment. Mały, ale ogromny: pierwszy kontakt z bliskimi. SMS wysłany z telefonu satelitarnego. Krótka wiadomość. Ale coś, co potrafi człowieka wyprostować od środka. Jakby ktoś na chwilę przypomniał, że poza tą mgłą, deszczem, torfem i mokrymi rękawicami… istnieje też normalny świat. Ten, w którym – i my – jesteśmy dla kogoś cenni.

Przyjęcie urodzinowe pod lodowcem

- Trasa Arctic Circle Trail jest tak wymagająca, żmudna i trudna, że pewnie z każdym kolejnym dniem, który zbliżał do mety, odczuwaliście radość i ulgę?
- To bardzo dziwne, ale nie. A nawet było odwrotnie. W przedostatni dzień marszu zaczynał się pojawiać taki wewnętrzny smutek, że to koniec tej fascynującej przygody. Dotarliśmy do największej chatki przy Kanu Center. Tylko że obietnica domowej nocki skończyła się szybciej, niż zdążyliśmy zdjąć plecaki. Bo domek opanowały pluskwy. Decyzja była natychmiastowa: nie śpimy tam. Korzystamy wyłącznie z kuchni i stołu, cała reszta: namioty. Choćby wiało czy lało jak diabli. I tak właśnie wiało – (śmiech) – że człowiek miał wrażenie, iż wiatr chce mu urwać głowę. Jego kierunek był dodatkowo perfidny, prosto w twarz, dokładnie pod jutrzejszą przeprawę w kanu. Czyli zapowiedź dnia, w którym będziemy płynąć ponad 20 kilometrów pod wiatr, znaczy ciężki dzień z wiosłami. Tylko w tamtej chwili nasze myśli popłynęły… innym torem, bo nagle okazało się, że mamy powód do…świętowania. Dla jednej z naszych towarzyszek to był wyjątkowy dzień, kończyła 40 lat i z tej okazji zafundowała sobie tę przygodę. 
- Tak trudna i forsowna wyprawa jako prezent na „czterdziestkę”? Godne podziwu! Tylko przyjęcie urodzinowe zapewne musiało poczekać…
- Tak, szacunek. Bo są ludzie, którzy kupują sobie na czterdziestkę zegarek. A są tacy, którzy fundują sobie Grenlandię. Nie – (uśmiech) – przyjęcie nie zostało odłożone. Zaczynamy świętować po swojemu, trochę śpiewu, malowania, żartów. Kuba, prawdziwy mistrz organizacji i planowania wypraw, rozkłada namiot, chwyta wędkę i gdzieś nam znika. Nagle, przez ten wyjący wiatr, słychać krzyk. I Kuba biegnie do nas z pięknym pstrągiem arktycznym. Euforia była taka, jakbyśmy nie złowili rybę, a znaleźli co najmniej – (śmiech) – sztabkę złota!
Marta, dotąd bardziej obserwatorka niż łowczyni, pierwszy raz zarzuca wędkę. Ściąga przynętę bez efektu, drugi raz, trzeci… i nagle jest branie. Walka, emocje, i ona też wyciąga kolejnego pięknego pstrąga, swoją pierwszą rybę, mówiąc, z błyszczącymi od radości oczami: „Już wiem, co daje wam taką frajdę w łowieniu. Poczułam to!” Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kto chciał, ten złowił. Ja też. I już byłem myślami w kuchni. Bo przecież to „urodziny”. A w takich warunkach jedzenie przestaje być „posiłkiem”, staje się wydarzeniem. W głowie zaczyna mi się budować pomysł, nie mamy tortu, talerzy. Pojawia się jednak myśl, to będzie tort… rybny! Są świeczki. Rozpoczynam poszukiwania wokół domku odpowiedniej arktycznej dekoracji: płaskie kamienie, lokalne rośliny, drobne kwiaty. Może to brzmi absurdalnie, ale w terenie absurd często jest synonimem szczęścia. Z Piotrem czyścimy ryby. Potem „pieczenie” i serwis na kamieniach. Tylko sól i pieprz. Układam kamienie w kształt kwiatka, na nich kawałki ryby, dookoła rośliny i zebrana wokół aranżacja. Na brzegach świeczki.
- To solenizantka zapewne zaniemówiła na ten widok?
- (uśmiech) Tak, kiedy „rybny torcik” ląduje na stole, zapada cisza. Bo nagle nie jesteśmy w chatce na końcu świata. Tylko na urodzinach. Prawdziwych. Śpiewamy „Sto lat”, które gdzieś w świat niesie ten arktyczny wiatr. A jubilatka śmieje się, patrzy na świeczki jak na coś kompletnie nierealnego w tej scenerii i w końcu zdmuchuje je jednym tchem. A potem już przyjęcie…Do dziś pamiętam pomarańczo-czerwone mięso pstrąga i jego niewyobrażalny smak, intensywny i czysty. Tylko sól, pieprz, ogień i świeżość.
- Takie wydarzenia i przeżycia odkrywają chyba i to, co nam teraz umyka. Piękno prawdziwych relacji z innymi ludźmi?
-  Na pewno budują więź. Drogą, wspólnym wysiłkiem i stołem, przy którym człowiek w końcu czuje się u siebie, nawet na końcu świata.
- To po imprezie można było zużytkować i siły, i energię na tę forsującą przeprawę przez jezioro… - Właśnie, i tu zdarzyło się coś niesamowitego. Tak, jakby ta Zimna Kraina odczarowała swoje oblicze i postanowiła wszystkim nam… wyprawić urodziny. Gdy wstaliśmy rano, trochę wiało, ale już nie tak bezczelnie jak wczoraj. Niebo pełne chmur, wilgoć w powietrzu. Po śniadaniu dzielimy się na trójki i ruszamy na wodę. Przed nami ponad 20 kilometrów w kanu. I nagle, zamiast walki dostajemy nagrodę. Z każdym kilometrem pogoda się stabilizuje. Wychodzi słońce, jezioro uspokaja się, tafla jak lustro. Woda krystalicznie czysta, widać na kilka metrów w głąb, że jezioro jest bardzo głębokie. Może nawet lepiej nie wiedzieć jak bardzo. Krajobraz, światło, cisza, temperatura. Na brzegu góry i żywa zieleń, w oddali karibu. Człowiek ma wrażenie, że właśnie wszedł do raju.
- Obrazek jak z jego reklamy.
- Tak, to były niezwykłe chwile. Ciszę od czasu do czasu przerywał głos nurów lodowców. Ten dźwięk ma w sobie hipnozę. Taki sygnał, że jesteśmy w świecie, który żyje swoim rytmem, ignoruje naszą obecność, ale pozwala nam na chwilę w nim uczestniczyć. Płynąc, rozmawiamy, o życiu, prywatnych sprawach. Tematy płyną jak ta woda, spokojnie, z ciekawością. I jest w tym coś pięknego, że w miejscu tak surowym człowiek staje się nagle bardzo ludzki, bardzo otwarty. Nie chcemy kończyć tej podróży… Chcemy stać na środku jeziora, zostać jeszcze chwilę, bo wszystko jest idealne. Docieramy do brzegu. Łowimy kolejne pstrągi. Pogoda piękna. Leżymy na brzegu jeziora, trochę śpimy. Ja ganiałem z aparatem za płatkonogiem szydłodziobym, który żerował na pobliskim jeziorku. 
- Zapewne ten dzień w życiu należał do  kategorii tych „zjawiskowych”?
- To prawda, a wtedy wciąż trwała jego magia. Bo przed nami niespodzianka, połączenie jezior, którego miało nie być. Przechodzimy przez zalany przesmyk, miejscami woda jest po pas. Ale po tych dniach to już nie robi wrażenia. Kuba wskazuje górkę, gdzie rozbijemy namioty. Widok cudowny. Wokół pływają lodówki, które wydobywają z siebie piękne, niemrawe dźwięki. Takie odgłosy, które brzmią jak muzyka miejsca.
W ostatni wieczór leżymy na skałach, rozmawiamy o drodze, przeżyciach. Cieszymy się Naturą. Z każdą godziną robi się coraz zimniej, ale owinięci w puchowe kurtki trwamy, bo nikt nie chce tego zakończyć. W białym dniu nie widać, kiedy robi się wieczór. To oszustwo czasu, niby późno, a światło jakby trwało na przekór. To dodaje jeszcze uroku tej chwili.
-  I to moment, który pewnie sprawia, że w sercu pojawia się wzruszenie?
- Tak, a w oku kręci się łezka, bo człowiek czuje, że dotyka czegoś rzadkiego. Piękna dzikiego, nieosiągalnego, takiego, które nie powinno zostać  „oswojone” ani „udomowione”. Grenlandia jest piękna właśnie dlatego, że nie próbuje się pod nas dostosować. I oby to się nigdy nie zmieniło. Niech zostanie miejscem dla tych, którzy naprawdę lubią przygody i potrafią zaakceptować, że tu prym wiedzie Natura. Zawsze.

Serce dla Grenlandii

- Arktyka, jej bezkres, pustka i samotność, zapewne pozwala zobaczyć naszą codzienność i życie w „uniwersalnym lustrze”?
- Z pewnością tak. Kiedy stawiałem ostatnie kroki i wiedziałem już, że to koniec, nie było we mnie euforii. Radość tak. I satysfakcja, że przeszedłem trasę, której, jeszcze kilka dni wcześniej, bałem się w głowie bardziej niż w nogach. Pokonałem siebie. Tylko jednocześnie czułem…smutek. Cichy, dziwny i prawdziwy. Bo wiedziałem, że to ostatnie kroki w tamtym świecie. Gdzie nie ma tłumu, hałasu, nie istnieją powiadomienia, terminy, maile i drobne sprawy, które w mieście urastają do rangi tragedii. Tam była tylko Natura i jej zasady. Proste, uczciwe i bez dyskusji. Masz iść, jeść, pić, wysuszyć rzeczy, rozbić namiot, przetrwać noc, złowić rybę. A „problemy cywilizacji”, nie miały dostępu do twojej głowy. Bezludzie robi z człowiekiem coś niesamowitego: daje mu ciszę w środku. Dlatego zamiast entuzjazmu miałem w sobie smutek i żal, że zaraz to wszystko zostanie mi zabrane. A powróci rzeczywistość i te rozmowy „o niczym”, pośpiech, sprawy „na wczoraj”. Ten dobrze znany ciężar, który człowiek nosi na głowie, a nie na plecach.
- To odejście ze świata, w którym było, wciąż jeszcze, słychać prawdziwy rytm serca Natury. Kiedyś tak bliski człowiekowi. Świata, który, zawsze, oferuje nam wolność oraz to, co proste i piękne… 
- Tak, dlatego te nasze odczucia. To było paradoksalne, bo przez pół wyprawy myślałem o jednym: gorący prysznic. Nie jako luksus tylko marzenie. Jakby gorąca woda miała zmyć nie tylko brud i torf, ale cały trud, chłód i zmęczenie. Czułem, że prysznic będzie jak święto i nagroda. Tylko że, gdy naprawdę przyszło zakończenie, zrozumiałem coś zaskakującego. Najbardziej nie tęskniłem za jedzeniem, wygodą czy łóżkiem. Największa tęsknota była za tym światem, który właśnie opuszczałem. Za tym, że wszystko było proste. Że każdy dzień miał sens, bo był zbudowany z ruchu, Natury i ciszy. Człowiek wstawał nie po to, żeby „ogarnąć życie”, tylko po to, żeby iść dalej i to wystarczało. W ostatnich minutach czułem się trochę jak ktoś, kto wraca z miejsca, w którym pierwszy raz od  dawna oddychał pełną piersią. I nagle ma wrócić do przestrzeni, gdzie oddycha się szybciej, płycej i ciągle „w biegu”. To była radość bez fajerwerków. Zwycięstwo bez triumfu. I smutek, że kończy się coś pięknego, dzikiego i prawdziwego. Bo w głowie już miałem prysznic…ale serce jeszcze zostało na szlaku.
- Taka przygoda człowieka i fascynuje, i zatrzymuje… Ale po tym wszystkim – już bezkolizyjnie – był finał tej forsownej podróży?
- (śmiech) Niezupełnie tak bezkolizyjnie. Noc spędziliśmy w Kangerlussuaq, to dawna baza wojskowa USA. Obecnie ma 500 mieszkańców i tam znali nas już wszyscy. Mieliśmy prosty plan „ogarnąć  się”, wziąć oddech po  szlaku i ruszyć na wycieczkę pod lodowiec Russella. Miało być rowerowo, aktywnie po marszu. Ale Grenlandia miała na nas „własny pomysł” – pogoda zaczęła urządzać swoje przedstawienie, a człowiek z wypożyczalni rowerów nie dotarł. Pozostał więc samochód, szybki transfer, mniej wysiłku, ale z tą świadomością, że tu nigdy nie jesteś do końca panem planu. Tu zawsze wygrywa Natura.
- Czy widok lodowca zrekompensował wam tę mozolną wędrówkę przez bezdroża i mokradła, przemoczone ubrania, ciężkie przeprawy przez rzeki i lodowate kąpiele?
- O tak! Kiedy dotarliśmy pod lodowiec, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Przed nami majestatyczna, około sześćdziesięciometrowa ściana błękitnego lodu, twarda, surowa, niemal nierealna. Ten odcień niebieskiego to kolor, który się pojawia tylko w miejscach, gdzie są lodowce. I wtedy uderza cię druga myśl, że to coś naprawdę spektakularnego, metafizycznego, linia styku krainy lodu, wstęp do lądolodu Grenlandii. Jakbyś stał na progu kontynentalnej pamięci Ziemi.
W tle szumiał wodospad powstający z wód roztopowych. Taki paradoksalny dźwięk, piękny, żywy, kojący… a jednocześnie będący znakiem, że ten kolos oddaje wodę, że się zmienia, że topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody. I ten wiatr. Wiał tak, że trudno go opisać. To nie był podmuch, ale coś, co człowieka dociskało, odcinało słowa, przeganiało myśli. A lodowiec co jakiś czas pękał i wydawał dźwięki, które brzmiały jak z horroru. Jakby ziemia pod spodem pracowała. W takich chwilach czujesz się mały do granic śmieszności. Malutki, wciśnięty pomiędzy wiatr, skały i ścianę lodu, która pamięta czasy, gdy człowieka tu nawet nie było.
- Dotyk wieczności, który pewnie już zawsze pozostanie w pamięci serca i będzie towarzyszył codzienności…
- To było niezapomniane! Patrzyłem na tę grę kolorów, w głowie pozostał jeden obraz, który wraca mi do dziś. Fioletowe kwiaty rosnące w tym surowym klimacie, a za nimi lodowiec. Jakby dwa światy na jednej fotografii. Życie, które jest delikatne, a jednak uparte. I tło, które jest ogromne i zimne. Niesamowita perspektywa. Kadr, który nie potrzebuje filtra. Tam prawie nie rozmawialiśmy. Pogoda temu nie sprzyjała, ale też każdy z nas był w swoim wnętrzu. Lodowiec nie zachęca do gadania. Lodowiec zmusza do myślenia.
- I zapewne to były myśli z gatunków tych raczej „niewesołych”…
- Raczej tak. U mnie to zamieniło się w rozważania o przemijaniu. Bo stałem przed czymś, co znika. Lodowiec zanika. To fakt, nie metafora. Najtrudniejszy był smutek. Taki prawdziwy. Bo w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że część tych zmian to nie „przypadek”. Że swój udział ma nasz konsumpcjonizm, chęć posiadania, wygoda, szybkie życie, ten automatyzm, kupić, zużyć, wyrzucić, zapomnieć…
Pomyślałem, że chcę zobaczyć ich jak najwięcej, póki jeszcze są. Że tych zmian już nie cofniemy. Że pod tym lodem kryje się świat, którego nie znamy, ziemia, skały, być może dawne ślady. I że gdy ten lód stopnieje, morza i oceany będą się podnosić, kraje będą mieć problemy, gatunki będą znikać. A jednocześnie, patrząc na te kwiaty, można było poczuć coś jeszcze, że Natura nie znosi pustki. Że gdy jedno odejdzie, urodzi się coś nowego. Tylko pytanie brzmi, czy to „nowe” będzie równie dobre dla nas i dla tego, co dziś nazywamy domem…?
- Spełnione marzenie z gorzkimi refleksjami w prezencie? Te ulotne momenty zanurzenia w Naturę odkrywają uniwersalne prawdy, które już dawno temu zostały zapomniane przez nasz  „cywilizowany” świat…
- Tak, było też coś bardzo osobistego i bardzo prostego, spełniałem marzenie z dzieciństwa. Stałem przy lądolodzie Grenlandii. Byłem w miejscu, które wcześniej istniało dla mnie jako legenda, opisy z książek i mapa w głowie. Widziałem Inuitów, widziałem inny świat, dotknąłem tej ziemi dosłownie. Dlatego podróże są tak niezwykłe. Kształcą, ale zawsze powinny mieć w sobie szacunek do Natury i lokalnych  społeczności. Integracja, ciekawość, pokora. 
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim było to, że my o tym potrafimy myśleć właśnie tam, przy lodowcu, w wietrze, w surowej prawdzie Natury, a potem wracamy do codzienności i znowu giniemy w swoim świecie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Przestajemy rozmawiać. Nie słuchamy się. Zamykamy w swoich bańkach i sprawach. A przecież te miejsca uczą czegoś dokładnie odwrotnego, że jesteśmy częścią całości, nie centrum wszechświata.
- To była nauka płynąca z „zimnej, dzikiej i niecywilizowanej”  Krainy Lodu? 
- Lodowiec Russella nie dał mi tylko widoku. Dał mi lekcję. Że wszystko przemija. Że piękno bywa ostatnim ostrzeżeniem. I że jedyne, co możemy zrobić, to patrzeć na świat uważniej, z mniejszą pychą, większą pokorą i większym szacunkiem. Bo stojąc tam, w wietrze i huku pękającego lodu, człowiek nie ma wątpliwości co do jednego – świat jest niewyobrażalnie piękny… i wcale nie potrzebuje nas, żeby trwać.


Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran

 

 

Dział: Bez kategorii
Etykiety



Słychać wzmagający się szum. Szlak przez bezdroża tonie w strugach deszczu. To drugi tak ulewny dzień. Grupa wędrowców wytrwale brnie dalej po grząskim podłożu. Na twarzy jednej z dziewczyn widać już wielkie znużenie i ogromną desperację. - I kolejna migawka filmu: świetlista tafla błękitnego jeziora, czysta i nieskazitelna, niezmącona najmniejszą falą. Niczym magiczne lustro. Na nim płynące łódki kanu z wioślarzami. Dystans na dziś: 19,7 km. Ujęcie się zmienia. Widać mozolną przeprawę piechurów przez rwący nurt rzeki. Ostrożnie i powoli stawiają kroki na nierównym gruncie, pośród rzecznych kamieni. Uwagę natychmiast przykuwają szczupłe, drobne kobiety, z potężnymi plecakami, które – momentami – wydają się znacznie przewyższać rozmiarami swoje właścicielki.


Bezkres i cisza

Co jest tak fantastyczne? Bezkres i ta przejmująca cisza! Na Grenlandii, idąc przez 160 km, nie widzieliście żadnego domu, samochodu, samolotu, torów kolejowych. Dlatego jest pięknie! Bo to Natura, która nie została przekształcona przez człowieka – mówił Mateusz Albrycht, z zawodu leśnik, pasjonat Natury, ornitologii i podróży,  prezentując młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej, nagrania i slajdy z arktycznej letniej wyprawy, uderzająco „inne” od klasycznych wakacyjnych wspomnień. Zniewalający horyzont, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
- Szliśmy dwunastoosobową ekipą, siedem pań i pięciu panów. I one też niosły, tak samo jak my, 20-kilogramowe plecaki. Bo tam były: ubrania, śpiwory, jedzenie, wszystko – słychać wyjaśnienia. - Najciekawsze mieliśmy przeprawy przez rzeki, było ich z dziesięć. Najwięcej wody – po pas, rwące potoki. Woda sakramencko zimna. Gdy zrobiliście krok do wody, od razu było czuć, jak wam się wbijają takie igiełki w stopy. Ale niestety, jak tego nie przejdziesz, dalej nie idziesz. To zakładasz buty, ja miałem kroksy, ktoś sandały i powolutku brniesz przez wodę. Największym problemem na szlaku nie były wysokie podejścia i zejścia, ale to, że tam jest cały czas mokro, torf i bagno. Trzeba, na nierównym terenie, ciągle się przedzierać w wodzie po kolana. Jak sobie poradziłem? Eksperymentalnie, kupiłem skarpetki  z membraną, nieprzemakające. I to był strzał w dziesiątkę! Kurtki przeciwdeszczowe - 8 godzin opadów i jej nie ma, człowiek cały mokry. Buty przemoczone po dwóch dniach, a skarpetki nie przemokły przez cały wyjazd. 
Dwa dni spaliśmy w takim domku – na prezentacji widać pustkowie i mały niepozorny czerwony budynek. - Gdy Inuici jeżdżą swoimi zaprzęgami, myśliwi, jak polują, to się tam zatrzymują. Głównie jednak nocowaliśmy w namiotach, śpiwór musiał być do temperatur minusowych, bo nocą dwa razy mieliśmy do – 5 stopni. A tu nasze śniadanko w postaci jajecznicy… w proszku. - Na filmie oglądamy podręczną kuchnię polową i krzątające się wokół niej osoby. - Tak sobie gotowaliśmy, mamy kuchenkę, garnuszek, rozrabiamy wodę, zalewamy i jemy. Mieliśmy dużo orzechów, batonów smakowych, liofilizaty, elektrolity, energetyczne wysokotłuszczowe racje kryzysowe. To nasza porcja żywieniowa, musieliśmy jeść ok. 3,5 - 3,8 tys. kalorii dziennie, spalaliśmy 6 300 kalorii, a więc cały czas był deficyt, wróciłem 10 kg lżejszy.
Przeszliśmy 145 km na nogach, ok. 20 km dziennie i 19 km przepłynęliśmy kanu. Zeszło nam 9 dni marszu, mieliśmy 3 dni zapasu trasy, ale wykorzystaliśmy tylko jeden z nich. Podróż była wymagająca, najpierw z Polski trzeba się dostać do Danii, do Kopenhagi. Dopiero stamtąd dotarliśmy do Nuuk, stolicy Grenlandii, potem do Sisimiut, gdzie zaczynał się szlak: Arctic Circle Trail. On ma długość165 km, łączy miejscowości Kangerlussuaq z Sisimiut – tłumaczy podróżnik. - To jedna z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która wiedzie przez dzikie krajobrazy Grenlandii. Rocznie przemierza ją tylko ok. 1500 osób z całego świata, ale dzięki temu spokojnie można podziwiać to piękno dookoła. Dlatego wybrałem ten kierunek. Moim marzeniem z dzieciństwa było, aby zobaczyć tę niedostępną krainę, i „Eskimosa” też. Poza tym, fascynuje mnie bezkresna przestrzeń, dzika przyroda, pociąga przygoda i trudność takiej wyprawy oraz brak turystycznych tłumów dookoła. I jest oczywiście jeszcze miłość do lodowców, które uważam za najpiękniejsze oblicze Natury. 
Ten szlak przebiega przez obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, który od ponad 4200 lat, jest ważnym terenem łowieckim Inuitów, rdzennych mieszkańców. Zaczyna się on od jednego wybrzeża i dochodzi do lądolodu, pokrywającego 80% tej wyspy. Byliśmy tam w lipcu, czyli mieliśmy dzień polarny, nigdy nie było ciemno. Białe noce i cały czas słońce. To było dla nas bardzo dobre, bo szlak jest bardzo trudny, pogoda też, i ciężka do przewidzenia. Trasa nie jest dobrze oznaczona, szliśmy po GPS-e. Trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania terenowe. Na naszym szlaku były nie tylko bagna, rozlewiska, ale i rwące potoki, bo bardziej zaczęły się topić lodowce.
Na filmie widać surową scenerię i stado psów ciągnących sanie. - Tak wygląda zaprzęg zimowy, one ciągną sanie z Inuitem, obłożony jest tymi futrami. Dużo widzieliśmy sań rozbitych na trasie. Wypadki też się zdarzają. I psy tam nie mieszkają w domach. Jeśli rodzina ma sforę 12–15 osobników, które ciągną zimą zaprzęg, to trzymane są dalej od domu, bo szczekają, wyją, przenoszą choroby. O, widzicie te przestrzenie, możecie patrzeć i patrzeć... tylko przyroda i przestrzeń – na fotografiach widać rozległy bezkres, pełen intensywnych barw, a w tle domek i jezioro. - Mieszkaliśmy nad tym jeziorem i w nim się kąpaliśmy. I jeśli ktoś nie lubi zimnej wody, to kąpiel w tym jeziorze była... no tragicznie ciężka. Było strasznie zimno. Szło się przyzwyczaić, potem, jak już się wychodziło, było ciepło, i można było – jak tu zaprezentowany Kuba – chodzić w samych bokserkach i nie było problemu.
Jak jednak widać po osobach słuchających, które aż się otrzepują na myśl o tej „kąpieli”,  pewien problem by jednak mógł być…

Urocza lodówka i święty nur z horrorów 

- Tu mieliśmy niespodziankę przy przeprawie – prelegent zatrzymuje się przy kolejnej fotografii, na której można dostrzec piechura, który walczy z wyjątkowo niegościnnym podłożem. - W dolinie, po zimie, rzeka wylała, pozostawiając po sobie bagna. I mogę powiedzieć, że te oblepione buty ważyły nam 10 kg więcej. Potem, pojawiały się kolejne slajdy z niezwykłymi krajobrazami, wędrowcami pośród dziewiczej Natury i ryzykownymi ścieżkami. 
- A to już lodówka – mówi pan Mateusz do młodzieży, prezentując – ku pewnej konsternacji widowni – zdjęcie… kaczki. One w Polsce pokazują się w okresie zimowym, tam można je było zobaczyć w miejscu lęgowym, w ich naturalnym środowisku. - Lodówka wygląda uroczo. W ciemnym tonie, z małą wdzięczną główką i krótkim dziobem. 
- To śpiący w scenerii arktycznej szlachar – na fotografii widać też kaczkę, ale tym razem w wersji… rockowej, z irokezem na głowie. - Ona ma taki piłkowany dziobek, który umożliwia jej łapanie małych ryb. W Polsce występują przelotnie, na Pomorzu. To zaś wełnianka, roślina typowo związana z bagnami.
Tu, odziana w letnią brązową szatę, bo zimą jest w kolorze śniegu – pardwa górska. Jak się przystosowała do życia na Grenlandii? Nie ucieka, bo nie umie szybko latać, a więc… zapada w bezruch, zlewa się z tłem i trudno ją wypatrzeć. To zaś zając – bielak – tak samo jak pardwa zmienia kolor, latem jest brązowy, a zimą biały. A tu mamy, przeskakującą białorzytkę, występuje też w Polsce, tam dość popularna. - Na zdjęciu widać nieduży skrzydlaty okaz z wpadającym w oko, efektownym białym… kuprem.  
(Dodać tu należy, że ten ptak jest dobrze znany miłośnikom... języka polskiego. To jeden z „solistów”, reprezentujący „trio ortograficzne” na narodowym dyktandzie, w składzie: białorzytka – gżegżółka (dawna nazwa kukułki) – kszyk (bekas). Uwaga! Istnieje też forma Grzegrzółki – to miejscowość na Pojezierzu Mazurskim – przyp. red.).
To zaś ptak dalekiej tundry, polował na komary, które żyły sobie w tych jeziorkach, w Polsce też spotykany na przelotach – Płatkonóg szydłodzioby. - Okaz bardzo ciekawy, bo to samica ma bardziej kolorowe ubarwienie od samca, a zazwyczaj jest na odwrót. Co więcej, samica składa jaja, ale to samiec musi je wysiadywać. 
Hmm… I proszę, niby biegun, a równouprawnienie też dotarło…
-  A to? Co może żyć na Grenlandii i tak wyglądać? – pada pytanie do sali.
- To łoś – słychać nieśmiało.
- To karibu, duże zwierzę, podobne do naszego jelenia, łosia. Tam się na nie poluje. - A to, co wam przypomina? Wśród młodzieży spora dezorientacja. - Na fotografii widać taką pomniejszą wersję polskiego żubra, ale na hipisowską modłę, z długim włosem, sierścią. - To wół piżmowy – objaśnia pan Mateusz. - Typowy ssak żyjący w Arktyce, jego skóra, futro, jest bardzo ciepłe, a więc często używane przez Inuitów, np. jako koce w saniach. 
- A tu przepiękny ptak – nur lodowiec – arktyczny gatunek, w Polsce rzadko spotykany, to typowa szata godowa samca, tam można było je obserwować. Najpiękniejsze co jest w całej Arktyce to, że jest tam niezwykle cicho, żadnego zanieczyszczenia hałasem. Nikt nie trąbił, brak warczących silników, głośnej muzyki. Było tak cicho, że…w uszach, aż piszczy z tej ciszy. A jedyny głos, przenikający na wskroś Arktykę, to był głos nurów lodowców, naprawdę… spektakularny. 
Istotnie, każdy, kto posłucha dźwięków, jakie wydaje nur, potwierdzi, że są one… kosmiczne. To zjawiskowy, metafizyczny święty ptak rodem z… horrorów. Raz usłyszany, pozostaje niezapomniany. Jego głos przyprawia o dreszcze, bo potrafi zawodzić jękliwie, pohukiwać, jodłować, a nawet… chichotać. Przez plemiona znad Jeniseju był uznawany za świętego, bo to właśnie on w czasie potopu miał wydobyć z toni błoto, które stało się początkiem lądów. Ptak szamanów. Skrzydlaty bohater powieści mrożących krew w żyłach, jak horrory Stephana Kinga, gdzie jego nieziemski głos idealnie buduje atmosferę grozy. Świetny pływak, doskonały nurek, który potrafi zgłębiać toń do 60 metrów. Jego wizerunek jest symbolem stanu Minnesota, widnieje też na kanadyjskich monetach jednodolarowych.

Kochajmy lodowce…

Na kolejnych slajdach prezentowanych młodzieży, już główny bohater. Potężny Lodowiec. 
- Dotarliśmy do Kanagerllusaq, doszliśmy do czapy Lodowca Russella. To  jedyny lodowiec w głębi lądu, który posiada potężną ścianę – od 20 do 60 m – i kiedyś ona była dużo większa, a ciągnie się na odległości wielu kilometrów. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, czujecie od niego tę wielkość, chłód i te fioletowe kwiatki, które tam kwitły, zobaczcie… – mówił podróżnik, prezentując niezwykłe zdjęcia i dodając z zachwytem: Lodowce są cudowne, to dla mnie jedna z piękniejszych rzeczy, jaką widziałem w życiu! Stoicie, panuje głucha cisza Arktyki i go słyszycie. Wszystko strzela, obrywa się bryła lodu, ogromny huk. Cudowna paleta barw: słońce i błękit, niebieski głęboki, granat, szary, biały. 
Kiedyś ten lodowiec był tak wysoki, że tej góry, która jest z tyłu, nie było widać. Teraz bardzo zmniejszył swą objętość. Wyobraźcie sobie, że ta czapa, która stanowi 80% tego lądu latem, w 40% ona się topi w jednym momencie. Co w tym złego? Lodowiec jest biały, niebieski i ma kolory, które odbijają światło. Natomiast, gdy on się topi, odsłania kolejne połacie ziemi, które są ciemne, absorbują światło, czyli je pochłaniają, i oddają to ciepło, powodując jeszcze intensywniejsze topnienie tych lodowców. Niestety, zmiany klimatu są tam bardzo widoczne. Kochajmy lodowce, tak szybko odchodzą...
Na sali było cicho, wszyscy zasłuchani i chyba trochę duchem na dalekiej Północy. A potem już były podziękowania i brawa za tę klimatyczną i pouczającą opowieść, która nas zatrzymuje i sprawia, że zostajemy sam na sam z wieloma trudnymi pytaniami.
- Ja już wreszcie mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce wygląda naprawdę, bo tak w podręczniku, to wiem tylko, że jest zimno i jest lodowiec. To niezwykłe historie, zdjęcia i filmy – mówiła jedna z uczestniczek spotkania, dodając: - Na co dzień jesteśmy przeboćcowani, hałasy, szumy, sytuacje, to ciągle gniecie nasz układ nerwowy. A tu, nawet wczucie się w ten klimat, krajobraz, to rodzaj takiego wspaniałego wytchnienia... 

Podróże z refleksją
Serce Krainy Lodu  
To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, wydawało się pozostawiać uczestników spotkania w Bursie Szkolnej jeszcze w pewnej ciekawości i niedosycie. Bo jak naprawdę odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Co się dzieje z człowiekiem, gdy nagle na bezdrożach zostaje całkowicie odcięty od cywilizacji? Czy może poczuć ten pradawny „zew wolności” pośród nieskażonej Natury? Jak odnaleźć siebie na Grenlandii? Czy taka podróż zmienia spojrzenie na życie? Jak ustawia nasze „priorytety”? Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.

Żegnaj cywilizacjo! 

- A teraz spróbujmy otworzyć magiczne drzwi do szafy i znaleźć się duchem, i sercem w odległej Arktycznej Narnii – Grenlandii. Większość z nas zapewne nigdy fizycznie nie dotrze do tych dzikich zakątków, a więc postarajmy się, by nasza opowieść miała taką barwę i ton, aby dla każdego urzeczywistnił się sen o Arctic Circle Trial. Powróćmy na szlak… 
Kraina Lodu. Miasto Sisimiut – „tam, gdzie mieszkają lisy”. Brama do królestwa Natury, gdzie majestatyczne lodowce suną ku morzu, z głębin wynurzają się potężne czarne grzbiety wielorybów, a ośnieżone góry kuszą obietnicą arktycznej przygody. Na tle wysokich szczytów, ułożone jak do snu,  bajecznie kolorowe domki, przytulone do skał nad oceanem, przywołują na myśl nierealny zaczarowany świat. 
To był 4 lipca 2025 roku, gdy przygoda zapukała do drzwi. Za oknem nieprzyzwoicie pięknie: niebieskie niebo, krystaliczne powietrze, temperatura lekko powyżej zera. I ten chłód, który ostrzy zmysły. Powietrze, jakość „premium” – wspomina z uśmiechem Mateusz Albrycht. - Ten dzień aż pachniał… końcem pewnej epoki. To było rozstanie z przytulnym hotelem, łóżkiem bez kamieni w plecach, ostatnie takie śniadanie. Nasze pożegnanie z cywilizacją. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, w przytulnym wnętrzu jadalni hotelowej, która wyglądała jak małe muzeum Grenlandii z porozwieszanymi dookoła foczymi skórami i rozmawialiśmy, o tym co nas czeka, wiedząc, że tu „piękno” ma swoją cenę i my ją zapłacimy. Analizowaliśmy temat ryb i licencji na ich połów. Moim cichym marzeniem było przyrządzanie grenlandzkiej ryby, dlatego trzeba było tu poznać wszystkie zasady. Najważniejsze podczas wypraw jest poszanowanie lokalnych zasad, rytuałów i kultury. 
- Czy pojawiła się niepewność, ten „gryzący” niepokój u progu takiej wyprawy, właściwie, na koniec świata?
- Jest oczywiście lekki stres, w tle to kłujące poczucie, że właśnie naciskasz „start” w rzeczywistości, której nie da się wyłączyć. Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju na ostatnie dopięcie logistyki. Plecak wyglądał jeszcze niewinnie, dopóki nie założyło się go na plecy. Dwadzieścia kilogramów, niby tylko cyfra. Ale potem ona nagle staje się mocno realna i zaczyna mówić do ciała  bardzo dosadnym językiem. Po wyjściu z hotelu, dołączyliśmy do pozostałej części grupy, ostatnie informacje, spojrzenia na telefony, ze świadomością, że za chwilę staną się one bezużyteczne. Bo kończy się świat wygody i zaczyna ten, w którym liczy się pogoda, woda, siła w nogach i to, czy umiesz rozsądnie myśleć.
- Pierwsze kroki w nowym świecie? - Stawialiśmy w cudownych nastrojach, mijaliśmy bloki, uliczki, ludzi zajętych porankiem. Po drodze zobaczyliśmy mural z nurem lodowcem, obraz, który wyglądał jak symbol, cudownej więzi Natury i  mieszkańców wyspy. Hałas ustępował, przestrzeń się otwierała, a cisza robiła się coraz gęstsza. Powietrze było tak czyste, że człowiek miał ochotę je zachować na później w butelce (śmiech). - Wtedy jednak nastroje się zmieniły, bo dotarliśmy do „miasta psów”, czyli przestrzeni, gdzie psy zaprzęgowe spędzają swoje życie. Szczeniaki podbiegały do nas z takim entuzjazmem, że dały nam energię. Taki mały zastrzyk miękkiej radości na twardym starcie. Tylko ona miała i drugie dno. Bo warunki były dla nich surowe: żadnych kojców jak u nas, żadnych porządnych bud, tylko prowizoryczne schronienia, psy na łańcuchach, rybny zapach jedzenia w powietrzu. W grupie odezwało się sporo cichych myśli, bo większość z nas ma swoje psy i dobrze wiemy, jak wygląda „ciepły dom”. Rozmawialiśmy o tym, ale bez oceniania, a z refleksją, że: świat jest różny, kultura jest różna, a my tu jesteśmy tylko gośćmi.
Za psią osadą weszliśmy na szutrową drogę i z każdym kilometrem krajobraz robił się bardziej arktyczny, surowy, ale i bardziej hipnotyzujący. Pogoda była bajkowa, dosłownie ładowała baterie. Słońce podnosiło morale jak… – wahanie w głosie – mocne espresso w poniedziałek rano. Szuter się kończył, ślady cywilizacji ustępowały. Została Natura. Jeziora z topniejącego śniegu, góry, bezkresna przestrzeń. Kwiaty, które kwitły tak intensywnie jak na krótkim urlopie życia „pięć minut i koniec”. W uszach panowała głucha cisza, przerywana tylko ptasimi śpiewami śnieguły i podświerki. Przy pierwszym jeziorku z krystaliczną wodą zrobiliśmy przerwę. Uzupełnialiśmy płyny. Woda była wszędzie, w potokach, strumieniach, mokradłach. W podłożu czuć było wodę: bagno, podmokłe miejsca. Fantastyczne tereny torfowe, skały, zieleń, surowość. Bażyna czarna, bagno arktyczne. Człowiek idzie i wie, że to nie jest scenografia. To Natura, która ma tu władzę, taki krajobraz, co resetuje głowę.
- Tworzyliście drużynę, ale właściwie wcześniej się nie znaliście?
- Tak, szliśmy razem, rozmawialiśmy i poznawaliśmy się, bo wielu z nas widziało się pierwszy raz. To jest zawsze ciekawy proces: człowiek z obcymi ludźmi wchodzi w teren, który wymaga zaufania. I nagle rozmowy robią się szybsze, prawdziwsze, bardziej konkretne. Bo tu nie ma miejsca na pozory. W trasie każdy szybko pokazuje, kim jest. Przestaliśmy być niedzielnymi turystami, zaczęliśmy być grupą, przed którą stoi wyzwanie. Działa ta klasyczna wyprawowa struktura organizacja marszu. Kuba jako organizator nadawał ton. Kto idzie z przodu, kto zamyka, co ile przerwa, kiedy obiad, jakie tempo.
I po kilku godzinach wydarzyło się coś, co zawsze mnie fascynuje: człowiek odcina głowę od świata. Przestajesz myśleć o rzeczach, które normalnie zjadają dzień. Zostaje tylko „tu i teraz”. Natura dyktuje rytm. Nagle ważne jest, czy masz suchą skarpetę, energię na kolejny pagórek, czy dasz radę przejść strumień bez dramatu. Ta pierwsza przeprawa przez lodowatą wodę była prawdziwym rytuałem inicjacji (śmiech). - Ściąganie spodni, butów, skarpet, wejście w lodowaty nurt. Z początku ekscytacja, adrenalina, śmiech, te wszystkie: „ooo!” i „zimne jak diabli!”. Potem to zaczęło wchodzić w tryb codzienności. Pomagaliśmy sobie, podawaliśmy ręce, pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nikt nie zrobił głupoty.
- Właśnie, tak niezwykła wyprawa musi mieć niezwykłych organizatorów?
- (uśmiech) Tak, są wyjątkowi! To Marta i Kuba. Taki „energetyczny duet” z Naturą i przygodą we krwi, pływaczka z zamiłowania i reprezentant Polski w kolarstwie na orientację. Małżeństwo z pasją do podróży, które uwielbia dzikie wyprawy do miejsc, w których przyroda wiedzie prym. Organizują je po całym świecie i naprawdę robią to świetnie, bo przy takich eskapadach „z adrenaliną” w tle, nie może być pomyłek czy niedociągnięć.

Smak Arktyki

- Noclegi w Arktyce chyba miały niezapomniany smak?
- O tak! W pierwszym dniu, wieczorem, kilometr przed bazą noclegową, zatrzymaliśmy się i dosłownie padliśmy na dywan z bażyny i bagna. Nad nami był błękit nieba, dookoła cisza, fiord i jezioro. Było tak pięknie, że człowiek nie chciał się ruszać. W ramach nagrody wypiliśmy po małym łyczku ziołowego... piwa (uśmiech), symbolicznie, bez szaleństw. I stwierdziliśmy, że robimy obiad.
Kartusze poszły w ruch, gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy liofilizaty. Były śmiechy i żarty. Pożywienie jest ważne, bo to paliwo do dalszej drogi. A potem długo leżeliśmy, patrząc w niebo i gadając. Takie rozmowy, które w normalnym świecie nie mają czasu się wydarzyć, bo ciągle coś „pilnego”. Tu pilne było tylko jedno: odpocząć i nacieszyć się chwilą. Nikt czasu nie liczył. To też luksus. Bycia tu i teraz. A dzień zakończył się fajerwerkiem. Bo gdy chcieliśmy rozbić namiot, Grenlandia zaplanowała nam coś innego. Pogoda zmieniła się o 180 stopni, zaczęło mocno wiać, zapewne, abyśmy nie mieli wątpliwości, kto tu rządzi. Porwało nam jeden z namiotów. W końcu je jednak rozstawiliśmy, napompowaliśmy maty, wyciągnęliśmy ciepłe puchowe śpiwory. Temperatura około zera.
- Ale poranek pewnie was napełnił nową, dobrą energią…
- (śmiech) No, niezupełnie. Obudził nas deszcz. Nie „kropiło”. Padało. A właściwie lało. Woda była wszędzie. Torf wciągał jak gąbka, podłoże oddychało wilgocią a strumyczki stały się rwącymi strumieniami. I końca opadu nie było widać. Prognozy były bezlitosne. O słońcu możemy zapomnieć. Jutro i przez kolejne pięć dni miało być deszczowo, wietrznie, ciężko. Wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo mieliśmy telefon satelitarny. Bez niego nie jest możliwa taka wyprawa. Dlatego, że gdyby ktoś z nas miał kontuzję, uraz nogi, nie mógł dalej iść, to on jest jedynym sposobem poinformowania o tym służb i wezwania helikoptera. I wiemy, że to się zdarzało, bo na trasie w domkach, gdzie dwa razy nocowaliśmy, znaleźliśmy „Arctic book”, taki grenlandzki dziennik podróży, gdzie każdy mógł wpisać swoje odczucia z wyprawy i w dwóch miejscach wyczytaliśmy, że był wzywany helikopter. Ten telefon to też cudowna sprawa, bo przez to, że on namierza nasze położenie, gdy wysyła się pytanie o prognozę, ona przychodzi idealnie dopasowana do naszej lokalizacji i jest w stu procentach trafna. Jak miało padać od godz.19, to padało. A my, dzięki temu, mogliśmy dokładnie wszystko planować.
- Czyli deszcz zepsuł nastrój.
- Właśnie to jest niezwykłe, ale nie. Bo mimo to, wszystko nas dalej zachwycało. Pewnie dlatego, że to było nasze pierwsze zanurzenie w prawdziwą przestrzeń Arktyki, gdy cywilizacja została z tyłu, a przed nami był tylko szlak, wiatr, woda, cisza. Ten start Arctic Circle Trail był trochę jak taka zaczarowana mikstura z naturalnych składników. Najpierw słońce, które cię oszukuje, że będzie łatwo. Potem wiatr, który cię uczy pokory. Na koniec deszcz, który sprawdza, czy naprawdę tu jesteś, czy tylko przyjechałeś się pobawić.


Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran

 

Dział: Bez kategorii
Etykiety

 

12 lipca 2025 roku. Wszechogarniająca, oczyszczająca cisza spowijała cały rozległy bezkres. Nieskazitelna przestrzeń, aż po horyzont, zalana była słonecznym blaskiem, w tle wodospad toczył spiętrzone fale, a przed zdumionymi wędrowcami wznosił się majestatyczny, potężny masyw. Wysoka na sześćdziesiąt metrów, biała ściana o nieregularnych kształtach. Lodowiec Russella na Grenlandii. Zadziwiająca moc Natury i życiodajna siła planety. Jego barwy grały w jasnych promieniach dnia, migocząc i przybierając różne tony, od śnieżnobiałej i błękitnej, aż po granatową i szarą. Spojrzenia przyciągały, ufnie przytulone do siebie, ułożone na niegościnnym kamienistym podłożu, subtelne fioletowe kwiaty, kołysane gwałtownymi porywami wiatru, a tuż za nimi wznoszący się i zapierający dech: Lodowy Władca tej Krainy.

 

Delikatność i siła. Pokora i potęga

 

Po chwili, dało się słyszeć jego oddech. Trzaskający i pękający lód, osuwające się fragmenty. Ogromna bryła, spadając z hukiem, echem odbiła się od ośnieżonych ścian, przerywając arktyczną zadumę. On żył i pokazywał przybyszom swą moc. Arctic Circle Trail – oto adres tej fascynującej przygody. Jej 165-kilometrowym, ekstremalnym szlakiem trekkingowym z Sisimiut do Kangerlussuaq, wiodącym przez dziewicze i niedostępne tereny Grenlandii, pośród gór, jezior i bagien, wyruszył Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży. Niezapomniane wrażenia z tej wyprawy, będące żywą i niezwykłą lekcją geografii, opowiedział młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej.

Zanim jednak wspólnie poznamy te magiczne opowieści, pochylmy się nieco głębiej nad tą odległą, i jeszcze do niedawna, zupełnie zapomnianą Krainą, ukrytą przed oczami całego świata…

Bo oto teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ta wyspa jest na ustach wszystkich, będąc przedmiotem dyskusji, pertraktacji, handlu, a nawet politycznego szantażu. Przedmiotem. Sprzedać Grenlandię. Oddać Grenlandię. Przejąć Grenlandię. Zupełnie zapomnianym wydaje się, że jest ona domem dla jej mieszkańców i stanowi niezwykły „zakątek” Ziemi, gdzie jeszcze można dotknąć Natury w czystej postaci. Choć człowiek i tam odcisnął swoje niszczycielskie piętno. Wodospad, przelewający tu grzmiący nurt, to już ostatni oddech Lodowca Russella, który gwałtownie topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody.

Ta „podróż” spróbuje pokazać dwa oblicza Grenlandii. To powszechne i znane, funkcjonujące w przestrzeni medialnej, i to pierwotne, niedostrzegane i niedoceniane, dzikie, do głębi prawdziwe, dostępne tylko nielicznym.

 

W świecie Anaruka

 

Największa wyspa świata znajduje się w północnej części Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy Ameryką Północną a Europą. To autonomiczne terytorium Danii. Ma powierzchnię ponad 2,1 miliona kilometrów kwadratowych, pokryta jest w 80% lądolodem, a grubość lodu momentami przekracza 3000 metrów. Usiana fiordami, błękitnymi zatokami i stromymi klifami. Są tu gorące źródła bijące z wnętrza ziemi, o temperaturze wody +37 st. C. Jest otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego, Morza Grenlandzkiego, Oceanu Arktycznego i Morza Lincolna. Przez wielu z nas kojarzona ze szkolną lekturą „Anaruk – chłopiec z Grenlandii” Aliny i Czesława Centkiewiczów, opowieścią o przygodach dzielnego dwunastolatka spod koła podbiegunowego.

A jego surowa Kraina jest niezwykła w swym pięknie i nieujarzmionej naturze. Zimą temperatury spadają nawet do –50 stopni Celsjusza. Latem rzadko przekraczają 10–15 st. C. Co roku od 25 maja do 25 lipca słońce nie zachodzi, to tzw. dzień polarny. 21 czerwca, w najdłuższy dzień roku, obchodzone jest święto narodowe Grenlandii. Jest jednak i czas, gdy dookoła panują nieprzeniknione ciemności, czyli tzw. noc polarna, trwająca od drugiej połowy października do połowy marca. Słońce nie wschodzi nad horyzont. Ten okres to też najlepszy moment, by obserwować zorzę polarną. Magiczny spektakl na niebie, na którym można podziwiać zjawiskowy taniec kolorów, gdzie szmaragdowa zieleń, głęboka czerwień czy subtelny fiolet przenikają się nawzajem, tworząc wyjątkowe, barwne widowisko.

Pomimo powierzchni 2,16 miliona kilometrów kwadratowych, na Grenlandii nie ma dróg ani torów, które łączyłyby miejscowości. W miastach i osadach kończą się one na ich obrzeżach. Podróże międzymiastowe odbywają się samolotem, helikopterem, łodzią, skuterem śnieżnym lub psim zaprzęgiem. Na całej powierzchni wyspy znajduje się jedynie 150 kilometrów dróg. Jedynie 410 tysięcy kilometrów kwadratowych Grenlandii wolnych jest od lodu, to obszar porównywalny do wielkości Szwecji.

 

Eryk Rudy i Zielona Wyspa

 

Historia Grenlandii wiąże się z Erykiem Rudym, Normanem (Wikingiem), który w roku 982 naszej ery został wygnany z Islandii za popełnione morderstwo. Znając opowieści o nieodległym od Islandii lądzie, dotarł do największej wyspy świata. I tu: jak głosi jedna z wersji: wtedy jej klimat zupełnie różnił się od obecnego, stąd powstała nazwa: „Zielona Wyspa” (Green Land). Według drugiego przekazu, warunki naturalne już wtedy nie były sprzyjające, a więc Eryk zastosował „chwyt marketingowy” z nazwą, aby ściągnąć na nią także innych. Bo po kilku latach wraca on na Islandię, i stamtąd na czele 25 statków rusza, by skolonizować wyspę. Dociera do niej 14 z nich i przybysze zakładają kolejne osady.

W 1721 roku na Grenlandię wyruszyła duńsko-norweska ekspedycja pod wodza Hansa Egede, by nawiązać kontakty z wcześniejszymi kolonizatorami wyspy. Założono nową kolonię o nazwie „Dobra Nadzieja” (Godthåb) – dzisiejszy Nuuk, stolica. W 1953 roku Grenlandia stała się częścią Danii, a na mocy postanowienia parlamentu duńskiego w 1979 roku uzyskała autonomię. Jej mieszkańcom przyznano te same prawa cywilne jak Duńczykom, a Grenlandczycy znaleźli się w duńskim parlamencie. Do 1905 roku do części wyspy roszczenia terytorialne mieli też Norwegowie, ostatecznie odstąpili od nich w roku 1919. W 1916 roku, w wyniku negocjacji i traktatu podpisanego z Danią, USA uznały suwerenność Danii nad Grenlandią.

II wojna światowa przyniosła wyspie obecność amerykańskich baz wojskowych. Od roku 1951 do dziś, 1200 km na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu osady Qaanaaq, działa baza wojskowa – Pituffik Space Base(dawniej: Thule Air Base).

W 1985 roku Grenlandia opuściła Unię Europejską, pozostając nadal częścią Danii. To efekt protestu Grenlandczyków, którzy nie chcieli otwarcia ich mórz dla europejskich flot. Na wyspie są silne dążenia niepodległościowe, ich zwolennicy upatrują chęć zdobycia autonomii i swoją niezależność, w potencjalnych złożach surowców, które ma skrywać lądolód i rezultacie globalnego ocieplenia, które ma te surowce odsłonić przez stopienie pokrywy lodowej. Od 1949 r. Grenlandia razem z Królestwem Danii należy do NATO. Co w obliczu ostatnich zdarzeń, nabiera już szczególnego znaczenia…

 

Pizza z renifera, stek z wieloryba

 

Grenlandię zamieszkuje ok. 56 tys. mieszkańców, 18 tys. z nich stanowi populację stolicy- Nuuk. W mieście znajduje się port, mała stocznia, lotnisko. 89% całej ludności to rdzenni mieszkańcy – Inuici (Kalaallit). Określenie „Eskimos” jest obraźliwe dla Grenlandczyków, ta nazwa wywodzi się bowiem od wyrażenia „zjadacze surowego mięsa”. Natomiast w językach Inuitów słowo „inuk” znaczy „osoba”, a „inuit” – „ludzie”. Mieszkańcy wyspy czują silne więzi z rdzennymi ludami Kanady i Alaski. W ich językach można zauważyć pewne podobieństwa.

Urzędowy język wyspy to grenlandzki. Z niego wywodzą się słowa „kayak” i „igloo”, przejęte przez inne języki. W grenlandzkim wiele słów składa się z powtarzających się lub zdublowanych liter. Język jest opisowy, wyrazy bardzo długie i oznaczają często…całe zdanie. Wyjaśniane jest to tym, że ludziom łatwiej było się porozumiewać, wypowiadając jedno długie słowo, wyrażające całą myśl, zamiast kilku zdań, oszczędzając tym samym energię podczas srogich mrozów. Zwłaszcza, że jak spostrzegli niektórzy, niezwykle długie słowa, zbudowane z powtarzających się liter, brzmią niczym… szczękanie zębami drżącego z zimna człowieka.

Główne źródła dochodów Grenlandczyków to: wielorybnictwo, rybołówstwo, łowiectwo, turystyka. Mimo surowego klimatu, ponad 90% mieszkańców korzysta z Internetu. Najpopularniejszymi potrawami są te oparte na darach morza i zwierzętach. I tak można tam zjeść: pizzę z mięsem renifera lub woła piżmowego, stek z wieloryba, zupę z mięsa foki.

Grenlandia ma wiele niewykorzystanych bogactw naturalnych, co niewątpliwie, ma wpływ na jej „popularność”. To nie tylko ropa naftowa i gaz, są tam też jedne z największych na świecie złóż metali ziem rzadkich. Tu znajdują się również złoża: cynku, wolframu, litu, grafitu czy tytanu.

 

Znikająca Wyspa

 

Założony w 1974 roku na Grenlandii Park Narodowy, jest największym tego typu parkiem na świecie. Na wyspie bytują jedynie zwierzęta potrafiące przystosować się do bardzo ekstremalnych temperatur. To m.in.: niedźwiedź polarny, lis polarny, zając arktyczny, renifer, wół piżmowy, gronostaje, lemingi arktyczne i rzadki rosomak. W wodach przybrzeżnych żyją rekiny żywiące się mięsem z upolowanych białych niedźwiedzi. Niektóre osobniki mogą dożywać 200 lat. Tam też znaleziono świecącą rybę, której krew nie zamarza. W jej żyłach płynęła substancja, która chroniła ją przed zamarzaniem.

Lód, pokrywający wyspę, to naturalny zapas słodkiej wody na ziemi, stanowi on 7% całej słodkiej wody występującej na naszej planecie. Według badań, ze względu na zawirowania klimatyczne od 2003 roku pokrywa lodowa Grenlandii traci ponad 10 miliardów ton lodu rocznie. Latem 2021 r. ilość stopionego tam lodu odpowiadała powierzchni stanu Floryda. To 170 kilometrów kwadratowych i 8,5 miliarda ton masy. Topniejące lodowce są ogromnym zagrożeniem dla człowieka, przyczyniają się do wzrostu poziomu mórz i oceanów. Uwalniają też śmiertelnie niebezpieczną truciznę. Zaobserwowana wiosną 2022 r. ilość rtęci w trzech rzekach lodowcowych i trzech fiordach Grenlandii jest jedną z najwyższych odnotowanych w historii.

 

Kupię Grenlandię!

 

Od kilku tygodni, w mediach całego świata, nieustannie przewija się temat Grenlandii. Donald Trump dąży do tego, aby Stany Zjednoczone przejęły nad nią kontrolę. Uzasadniając, że chodzi tu o bezpieczeństwo i powstrzymanie ekspansji Rosji i Chin w rejonie Arktyki. Wielu europejskich przywódców, polityków, ale i społeczność międzynarodowa, sprzeciwia się jego zapędom, nazywając je wprost: naruszeniem suwerenności innego państwa i powrotem do czasów neokolonialnych, przez bezwzględne stosowanie prawa silniejszego. Znamienne, iż prezydent USA, przynajmniej na początku, nie wykluczał nawet użycia siły, by przejąć wyspę. Ta „grenlandzka Odyseja” rozpoczęła się jednak za pierwszej kadencji Trumpa.

Wtedy już bowiem, w 2019 roku, wyspa znalazła się na… „liście zakupów”, prezydenta USA, gdy zaproponował on Danii jej kupno. A jak historia pokazuje, Amerykanie mają już „praktykę” w tego typu transakcjach. Dla przykładu. W 1898 r. nabyły Filipiny od Hiszpanii za 20 mln dol, a w 1867 r. Imperium Rosyjskie sprzedało im Alaskę, (pow. ok. 1,5 mln km kw.) za 7,2 mln dol. W 1917 roku kupiły od Danii – Wyspy Dziewicze (St. Thomas, St. John, St. Croix) za 25 mln dol. w złocie.

W 2019 roku, Dania stanowczo odmówiła sprzedaży Grenlandii i wydawało się, że to koniec „targów”. Jednak, w 2025 roku, po udanej amerykańskiej operacji usunięcia z urzędu i kraju wenezuelskiego prezydenta Maduro, sprawa nieoczekiwanie powróciła ze zdwojoną siłą.

- Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie – zapowiadał Donald Trump, dodając: - Jeśli nie zrobimy tego po dobroci, zrobimy to w trudniejszy sposób.

A nawiązując do tego, że Dania jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo Arktyki, kpił: - Co Dania zrobiła ostatnio, aby wzmocnić bezpieczeństwo na Grenlandii? Dodali jeszcze jeden psi zaprzęg.

Może i dlatego internauci, aby przerwać ten impas, pospieszyli „z pomocą” i jak zamieszczał „Daily Mail”, znaleźli metodę na patową sytuację, która by w sposób i romantyczny, i pokojowy rozwiązała cały problem. Otóż, dostrzegli idealną kandydatkę na…żonę dla najmłodszego syna Donalda Trumpa. Doradzając, aby Barron poślubił księżniczkę Izabelę z Danii, córkę króla Fryderyka X i królowej Marii, zajmującą drugie miejsce w kolejce do duńskiego tronu, bo ona przekazałaby Grenlandię mężowi jako część… swojego posagu.

 

Arktyczni komandosi z psami

 

Prezydent USA wypowiadając się w tak ironiczny sposób o duńskich metodach zapewnienia bezpieczeństwa Grenlandii, przywołał wobec opinii publicznej zapewne najbardziej wyjątkową i elitarną formację wojskową na świecie, należącą do duńskiej marynarki wojennej. „Sirius Patrol”, czyli „Patrol Syriusza”, nazywany również „Arktycznymi komandosami z psami”. Jej „funkcjonariusze” pełnią też rolę policji i strażników Parku Narodowego Grenlandii. Cała formacja liczy 12 żołnierzy podzielonych na sześć dwuosobowych patroli i dwie osoby, przebywające w bazie Daneborg, odpowiedzialne za łączność.

Kandydaci do niej przechodzą niezwykle restrykcyjną rekrutację w zakresie predyspozycji psychicznych i sprawności fizycznej. Każdego roku, jest wybieranych sześć osób, które rozpoczynają 26-miesięczną służbę, patrolując teren za pomocą psich zaprzęgów, odwiedzając najdalsze i najbardziej niedostępne zakątki grenlandzkiego wybrzeża. Działają w ekstremalnych warunkach pogodowych, przy bardzo niskich temperaturach, nawet –55 stopni Celsjusza, i podczas polarnych nocy, w ciemnościach. Są wszechstronnie wyszkoleni i zakresem „kompetencji” przypominają momentami filmowego Jamesa Bonda. Umiejętności: wojskowe, strzeleckie, dywersyjne, łącznościowe, psychologiczne, medyczne, weterynaryjne, policyjne, te z zakresu mechaniki pojazdów czy… szycia. Z tą różnicą, iż futurystyczne samochody zastąpiły tu specjalnie wyszkolone psy: rasy husky. „Arktyczni komandosi” wykonują swą misję nieprzerwanie przez 26 miesięcy, nie mają wtedy możliwości powrotu do domu czy też skorzystania choćby z jednego dnia urlopu.

 

Przytul pingwina?

 

W styczniu, podczas swojego przemówienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w roku 2026, amerykański prezydent zapewnił, że nie użyje siły, aby przejąć Grenlandię, ale ponownie zażądał rozpoczęcia negocjacji w sprawie pozyskania wyspy przez USA, argumentując, że – „w imię bezpieczeństwa i obrony pokoju na świecie” – prosi tylko o „kawał lodu”.

Wkrótce potem, oficjalne konto Białego Domu opublikowało w mediach społecznościowych zdjęcie z podpisem „Przytul pingwina”, na którym widać prezydenta Trumpa, który ramię w ramię w przyjacielskim duecie z… pingwinem, trzymającym powiewającą flagę USA, przemierza… Grenlandię. Na śniegu znaczą się głębokie ślady wędrowców. Zmęczeni? Zapewne. W końcu prezydent prowadzi swojego kompana, aż… z drugiej półkuli, z Antarktydy. Bo na Grenlandii te eleganckie, urocze stworzenia w biało-czarnych frakach, nie mieszkają. O czym, zdaje się wśród współpracowników amerykańskiej głowy państwa zapomniano, myląc Arktykę z Antarktydą…

Na wpadkę natychmiast zareagowały… nie, nie pingwiny. Ale Chiny. Publikując w sieci mem pod hasłem: „Nawet, jeśli na Grenlandii są pingwiny…”, na którym widać identyczną scenerię Grenlandii, a przemierza ją, w ręce dzierżąc kij, wuj Sam, alegoryczna postać symbolizująca USA, ciągnąc za sobą usilnie opierającego się pingwina.

Po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, w Davos, Donald Trump ogłosił, że uzgodnił ramy przyszłego porozumienia dotyczącego Grenlandii i Arktyki. Szczegółów nie podano. Nieoficjalne źródła informują jednak, iż w ramach niego USA otrzymałyby suwerenność nad fragmentami terytorium Grenlandii, na których zostaną utworzone amerykańskie bazy wojskowe.

To, że te ustalenia zapadły „za zamkniętymi drzwiami” i przy braku obecności przedstawicieli władz Wyspy, napełniło głębokim niepokojem i rozgoryczeniem mieszkańców Grenlandii, którzy odpowiadają: - Nie jesteśmy tylko kawałkiem ziemi. Nie jesteśmy na sprzedaż. A na konferencji prasowej premier ich rządu – Jens-Frederik Nielsen – stwierdzał: - Nie wiem, co jest w porozumieniu dotyczącym mojego kraju. Nie wiem, o czym rozmawiano beze mnie.

I tak, ze zmiennym natężeniem, wśród coraz to nowych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji, wciąż trwa „grenlandzka Odyseja”… A jak naprawdę wygląda ten „kawał lodu”, który tak niespodziewanie znalazł się w centrum uwagi całego świata?

O tym już w kolejnej części naszej opowieści, w następnym numerze.

 

Jolanta Baran

Druga część fascynującej opowieści o Grenlandii: TUTAJ

 

Dział: Bez kategorii
Etykiety

 

Gmina Wolbrom miała zaszczyt zainaugurować jubileuszową, piątą edycję tej proekologicznej akcji. Pogoda może nie była sprzymierzeńcem, ale mimo to frekwencja dopisała! Ale najważniejsze jest to, co uczestnicy zostawili po sobie – trwały, zielony ślad!

Co udało nam się wspólnie zdziałać?

Posadzić aż 200 drzew wokół zalewu (m.in. buki, dęby, lipy, dzikie jabłonie, jawory, brzozy i olchy).

Edukować się na warsztatach, miniwykładach i podczas zabaw ekologicznych.

Smacznie zjeść, dzięki poczęstunkowi przygotowanemu przez niezawodne KGW z Wolbromia – KGW ZABAGNIANKI, KGW Wierzchowisko, Koło Gospodyń Wiejskich Kaliś, Dziecięce Koło Gospodyń Wiejskich i Gospodarzy Sulisławice Gmina Wolbrom.

 

Sadzenie drzew, pikniki ekologiczne, warsztaty i wydarzenia edukacyjne w całym regionie – już wkrótce rozpocznie się jubileuszowa, V edycja Małopolskich Dni dla Klimatu. W inicjatywę od lat angażują się samorządy, szkoły, organizacje społeczne i mieszkańcy, którzy wspólnie podejmują działania na rzecz środowiska.

Mieszkańcy zyskują zielone tereny w swojej okolicy, mogą wygrać sadzonki drzewek w quizach i zabawach, a także porozmawiać z doradcami ds. klimatu i ekodoradcami.

Małopolskie Dni dla Klimatu odbywają się od 2022 roku i z każdą edycją przyciągają coraz więcej uczestników. – To wydarzenie pokazuje, że wspólne, konsekwentne działania przynoszą wymierne efekty. W ciągu czterech edycji posadziliśmy ponad 100 tysięcy drzew i zaangażowaliśmy ponad 110 tysięcy mieszkańców naszego regionu. Zapraszam do udziału w jubileuszowej, piątej edycji tej inicjatywy – mówi Ryszard Pagacz, Wicemarszałek Województwa Małopolskiego.

W akcję co roku włączają się powiaty i gminy z całego regionu. Współorganizatorami wydarzeń są także szkoły i przedszkola, instytucje kultury, organizacje społeczne, lokalni przedsiębiorcy oraz mieszkańcy. Dzięki temu inicjatywa ma nie tylko charakter edukacyjny, ale także przynosi realne efekty w postaci nowych nasadzeń i lokalnych działań na rzecz środowiska.

Inauguracja tegorocznej edycji odbędzie się 8 kwietnia w Wolbromiu (powiat olkuski).

Finał zaplanowano 24 kwietnia w Pleśnej (powiat tarnowski) – w symbolicznym Światowym Dniu Ziemi.

 

Szczegółowy harmonogram wydarzeń w poszczególnych powiatach będzie publikowany na stronie:

www.klimat.ekomalopolska.pl oraz w mediach społecznościowych projektu EKOMAŁOPOLSKA dla Klimatu.

 

Małopolskie Dni dla Klimatu są realizowane w ramach Projektu LIFE EKOMAŁOPOLSKA „Wdrażanie Regionalnego Planu Działań dla Klimatu i Energii dla województwa małopolskiego” (LIFE-IP EKOMALOPOLSKA / LIFE19 IPC/PL/000005), dofinansowanego ze środków programu LIFE Unii Europejskiej oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.

Dział: Wolbrom

 

Pod koniec 2027 roku, bloki na osiedlach po północnej stronie Wolbromia, będą ogrzewane energią z nowej, niskoemisyjnej ciepłowni o mocy ok. 4 MWt. Obecnie, na bazie umów podpisanych przez Wolbromską Spółdzielnię Mieszkaniową oraz wsparciu władz samorządowych, trwają prace przygotowawcze i projektowe związane z budową źródła, w oparciu o paliwo gazowe. Planowany koszt inwestycji, około 10 mln zł, w całości poniesie firma Tauron Ciepło. Jak zapewnia Ireneusz Perkowski – wiceprezes zarządu spółki, ceny jakie będą płacić za ogrzewanie mieszkań lokatorzy, powinny w wyniku tych działań zmaleć.

- Nowy, ekologiczny system ciepłowniczy to realna szansa na czystsze powietrze i lepszy komfort życia mieszkańców Wolbromia. Dzięki inwestycji firmy Tauron Ciepło zyskamy nowoczesne, bezpieczne i bardziej efektywne źródło ogrzewania dla naszej społeczności – mówił na spotkaniu 28 stycznia burmistrz Radosław Kuś. Inwestycja zapewni przyjazne środowisku ogrzewanie dla około 3000 mieszkańców Wolbromia.

- Ten projekt to przykład, jak ambitne cele dekarbonizacji można przełożyć na konkretne, nowoczesne rozwiązania służące mieszkańcom. W Wolbromiu zaplanowaliśmy budowę tzw. wyspowego źródła produkcji ciepła, zaprojektowanego na potrzeby miasta i jego mieszkańców. Inwestycja w tę nowoczesną, ekologiczną jednostkę, przełoży się przede wszystkim na konkretne korzyści – niższe koszty ogrzewania, komfort i czystsze powietrze – przekonywał prezes Perkowski.

Spotkanie w auli szkoły na osiedlu Władysława Łokietka, poprzedziła lekcja pokazowa oraz inauguracja piątej edycji kampanii edukacyjnej #WeźNieSmoguj #WeźOddychaj, którą poprowadzili nauczyciele – Małgorzata Janiec i Piotr Siewiorek, a wzięli w niej udział uczniowie z klasy VII i IV Szkoły Podstawowej Nr 1. Ta ekologiczna kampania, prowadzona przez Tauron Ciepło od 2020 roku, skierowana jest do dzieci i młodzieży szkół. Ma na celu pokazanie w jaki sposób rozwój ciepła sieciowego wpływa na ograniczenie smogu w miastach.

 

Dział: Wolbrom
Etykiety
sobota, 24 styczeń 2026 11:10

NIE dla rezerwatu "Dolina Udorki"

 

Mieszkańcy Udorza i kilku okolicznych sołectw, którzy spotkali się 23 stycznia w miejscowej remizie OSP, wyrazili zdecydowanie negatywną opinię na temat proponowanego utworzenia rezerwatu przyrody "Dolina Udorki". Propozycja ta, która pojawiła się na stronie internetowej Klubu Przyrodników bodaj jeszcze w 2024 roku, wzbudziła sporo kontrowersji i zaniepokojenie lokalnej społeczności. Podzielają je władze samorządowe gminy Żarnowiec i Pilica, przedstawiciele Koła Łowieckiego "Hubertus", Nadleśnictwa Olkusz oraz Śląska Izba Rolnicza. Obecni na spotkaniu wójtowie Grzegorz Scelina i Artur Janosik jednoznacznie wypowiedzieli się na ten temat. Zapoznali także przybyłych z oficjalnymi pismami, które otrzymali z Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach i Krakowie, które uspokajają: na dzień dzisiejszy temat utworzenia rezerwatu nie jest w żaden sposób rozpatrywany, a jeśli kiedykolwiek do tego dojdzie, lokalne społeczności zostaną o tym powiadomione i poproszone o konsultacje.

Mieszkańcy jednak wolą "dmuchać na zimne" i zbierają podpisy pod pismami z wyrazami sprzeciwu. Boją się, że na terenie rezerwatu i jego otuliny utrudniona będzie normalna gospodarka rolnicza, leśna, obostrzenia dotkną działające na tym terenie firmy oraz budownictwo. Czy jest to obawa uzasadniona czy nie trudno na razie ocenić. Zdaniem obecnego na spotkaniu byłego posła i ministra Jacka Soski, trzeba zawsze "brać sprawy w swoje ręce" i nie czekać na działania urzędników.

Na temat rezerwatu "Dolina Udorki" pisaliśmy na naszej stronie w grudniu 2025 roku: 

https://www.wiesci.info.pl/index.php/powiat-olkuski/wolbrom/item/2864-czy-powstanie-rezerwat-przyrody-dolina-udorki

 

Dział: Region
Etykiety
sobota, 03 styczeń 2026 09:39

Starym autem nie wjedziesz już do Krakowa

 

Od 1 stycznia 2026 roku w Krakowie obowiązuje strefa czystego transportu, która wprowadza nowe zasady wjazdu do części miasta. Obejmie ponad 60% obszaru Krakowa. Dla przyjezdnych spoza miasta, będących właścicielami starszych aut, będzie się to wiązać z uiszczeniem opłat.

Kto nie musi się martwić?

Samochody benzynowe (w  tym na LPG) będą mogły swobodnie wjeżdżać do strefy, gdy spełniają normę Euro 4 lub zostały wyprodukowane w roku 2005 albo później. Oznacza to, że w chwili wprowadzenia strefy akceptowane będą samochody benzynowe mające nawet 21 lat.

Samochody z silnikiem diesla muszą spełnić nieco większe wymogi. Dla pojazdów osobowych do 3,5 tony jest to norma Euro 6 lub rok produkcji 2014 i nowsze, co oznacza, że akceptowane będą diesle mające maksymalnie 12 lat. Jeśli dysponujesz większym pojazdem ciężarowym (dieslem), ten musi spełniać normę Euro VI lub być wyprodukowany w roku 2012 albo później.

Jeśli Twój samochód spełnia powyższe normy emisji spalin lub wymagania rocznikowe i jest zarejestrowany w Polsce, zostanie automatycznie dodany do systemu SCT. Będziesz mógł bez żadnych ograniczeń wjeżdżać do strefy.

Więcej szczegółów:

https://ztp.krakow.pl/wszystkie-aktualnosci/sct/strefa-czystego-transportu-w-krakowie-praktyczny-przewodnik.html

 

Dział: Kraków
poniedziałek, 29 grudzień 2025 21:12

Życie dla lasu

„Natura nie jest miejscem do odwiedzenia. To jest nasz dom”.

Gary Snyder

 

Najpierw bywa nieśmiałe pragnienie, a potem budzi się marzenie, które płonie w duszy. Nie ma znaczenia punkt startu, ale meta. Pierwszy krok bywa trudny, drugi czasem też. Praca, która przywołuje ukrytą tęsknotę z dzieciństwa i jest spełnieniem naszych snów. Taka, która łączy w sobie radość przebywania pośród przyrody i pielęgnowanie leśnej braci. Gdy wydaje się to nieosiągalne, ulegamy zwątpieniu i pokusie rezygnacji, warto pomyśleć o tym, jak radzi sobie Natura. Nieznudzona i niezmęczona, co roku odradza się na nowo...

A gdy wytrwamy wystarczająco długo, sen staje się codziennym dniem wśród malowniczych ciepłych buków i jodły niezwykłej urody. I kto wie, jakie jeszcze skarby znajdziemy pośród drzew...

 

Bieszczady nieopodal Miechowa

 

Droga wije się w dół, zamknięta w koronach drzew, które otaczają ją niczym czujni zieloni strażnicy. Potem, stopniowo, wznosi się ku górze i zakręca, dookoła otoczona niezmiennie szmaragdową ścianą lasu. Nad przybyszami z zaciekawieniem pochylają się majestatyczne potężne dęby i smukłe brzozy, otulone lekkim powiewem wiatru. Gdzieś przemyka ruda kita Pani Wiewiórki, a gdzieś bezszelestnie płynie sowa. Miejscowość Cisie, gmina Książ Wielki. Teren Leśnictwa Trąby, należącego do Nadleśnictwa Miechów. Na wzgórzu, dookoła otoczony lasami, jasny domek pośród złotych łanów zbóż.

Honorową wartę obok domostwa trzymają: wiekowa lipa, a z drugiej rozłożysty buk, który w swych konarach skrywa dawną kapliczkę Matki Bożej. Wita mnie energiczna grupa trzech rozszczekanych yorków pod przewodnictwem Kory, która, najwidoczniej czując się zobowiązana swym imieniem, ujada najgłośniej. Żela i Kajtek grają drugie skrzypce.

- To takie nasze psy obronne – mówi z uśmiechem gospodarz, Władysław Bielawski, emerytowany leśnik, który w Lasach Państwowych przepracował 47 lat.

- Czyli w przypadku ataku, trzeba je wziąć na ręce i bronić? (śmiech) - Dokładnie tak. To ten typ.

Rozglądając się wokół, nie sposób nie zauważyć, że tak urokliwie usytuowane miejsce, przypomina zieloną oazę: ciszy, spokoju i naturalnego piękna.

- Czujemy się tak, jakbyśmy mieszkali w Bieszczadach – jakby na potwierdzenie moich myśli mówi pan Władysław – ta konfiguracja terenu, pagórki otoczone lasami z trzech stron, widoki wspaniałe. Zieleń. Dużo zwierzyny dookoła. Sarenki, jelenie, borsuki, daniele.

- Niedawno, wyglądamy przez okno, a w gościnę do nas przybył jeleń, wskoczył do ogródka i spacerował dookoła – dodaje pani Lidia, jego żona. - Często pojawiają się lisy, bażanty, jeże. A jakie mamy dzięcioły cudne! Zielone, czarne. Dudki przepiękne! – i pokazuje budki dla ptaków, rozstawione wokół domu na zielonej łące.

W gabinecie pana Władysława prawdziwe leśne archiwum. Zdjęcia, artykuły z gazet, dyplomy, odznaczenia, podziękowania, trofea myśliwskie i obrazy pełne Natury. Na miejscu honorowym, najwyższe i najbardziej prestiżowe odznaczenie: Kordelas Leśnika Polskiego, przyznany w 2014 roku, w 45. roku aktywności zawodowej. Wyraz najwyższego uznania w tym zawodzie. W uzasadnieniu jego przyznania czytamy m.in., iż: nagrodzony „jako dobry organizator bardzo szybko uporządkował leśnictwo po klęsce szadzi lodowej w 2010”, „efekty jego pracy terenowej są widoczne w postaci bardzo udanych upraw i młodników”, „ma duże osiągnięcia w inicjowaniu odnowień naturalnych”. Ponadto „cieszy się dużym autorytetem wśród miejscowej ludności”.

 

Etykiety